Czasem nie chodzi o wybór idealny, tylko o ten możliwy. O moment, w którym rower przestaje być projektem, a staje się narzędziem do jazdy. Gdy szerzej już się nie da, a przed tobą są setki kilometrów różnych dróg, opona musi po prostu nieść Cię do przodu. A ja lubię patrzeć przed siebie a nie pod koła.
Artykuł niesponsorowany.
Są rowery, które nie pytają, czego chcesz, tylko jasno stawiają granicę. Szosowa Orbea taka jest, nie powinno to dziwić ale jak się człowiek uprze to kto mu zabroni.
Maksymalna szerokość opony jaką mogłem wrzucić to 33 mm i został tylko optyczny prześwit między oponą a widełkami. Ale na szczęście pomogła karbonowa obręcz, na której opona ułożyła się idealnie. I to mnie uratowało, bo karbonowa obręcz jest szersza od fabrycznej obręczy i to już pozwoliło na wystarczający prześwit. Na tyle duży, że można śmigać gravelowe trasy a na tyle mały że, opona minimetr więcej nie pozwoliłaby już na jazdę.
Schwalbe X-One Tubeless w rozmiarze 700C x 33 — opony, które z definicji są kompromisem, ale w praktyce potrafią zaskoczyć.

Przejechałem na nich 3 sezony, średnio jeden zestaw na sezon, czyli około 5-6 tysięcy kilometrów. Wspólnie zmierzyliśmy się podczas objazdu tras Ultra Race Roztocze, Dolina Bugu, Silesia i Podlasie, czasami coś dłuższego na szosie (z lenistwa, nie chciało mi się zmieniać opon a po przejściu na koła karbonowe nie chciałem wracać do fabrycznych). Wiosna, lato, jesień, zima, ale bez śniegu. Szutry, kamienie, bruki, płyty, piaski, błoto, asfalty, lasy i pola. Bez wybierania warunków i bez zmiany ogumienia pod konkretną trasę. X-One musiały radzić sobie ze wszystkim — i w większości przypadków radziły sobie uczciwie.
Jestem niereformowalny i jeżdżę na dętkach, ale nie odczułem tego zbyt mocno. Na trzy sezony może 3-4 razy przebiłem dętkę ale to nie były przypadki, po prostu musiały strzelić.
Będę szczery, pierwszy sezon cisnąłem na atmosferze 5-6, dopiero później zacząłem testować ciśnienie w oponach. Teraz jeżdżę na ciśnieniu około 3,5-4,5 bar’a.
Na asfalcie są szybkie. Toczą się lekko, bez wyraźnego oporu, utrzymanie średniej prędkości powyżej 30 km/h jest realne.
To jest coś za co je kocham, bo lubię pocisnąć czasami sobie tak, żeby wiatr rozdmuchiwał mi włosy na brwiach. W terenie zachowują się przewidywalnie: na suchych szutrach i leśnych drogach trzymają dobrze, w lekkim piasku dają radę, choć nie oszukujmy się — to nie jest opona do głębokiego sypkiego podłoża. Zdażyło się raz w okolicy Włodawy, że przednia opona wbiła się w piach. To był ułamek sekundy, moje myśli i kontemplacja jazdy zatrzymały się razem z przednim kołem. Skończyło się na 3 szwach w okolicy kolana. Zasugerowałem na pogotowiu lekarzowi aby użył mocnej nici, bo następnego dnia mam jeszcze do przejechania kilkadziesiąt kilometrów. W błocie szybko pokazują swoje ograniczenia, ale nie tracą nagle kontroli — raczej informują, że to już nie ich żywioł. Kilka razy jasno dały do zrozumienia – znajdź lepszą drogę. Pamiętajcie – technika to ważny element jazdy w terenie.

Największą zaletą X-One jest uniwersalność w ramach wąskiego marginesu. To opona, która pozwala jechać dalej bez ciągłego zastanawiania się, czy dziś było „dobrze dobrane ogumienie”. Trzymanie w zakrętach jest pewne, prowadzenie przewidywalne, a tubeless (dla tych co tak wolą) daje spokój psychiczny na długich trasach.
Obiektywnie patrząc — X-One 33 mm lepiej sprawdziłyby się podczas zawodów gravel race niż w bikepackingu. To opona bardziej pod tempo niż pod dźwiganie ciężaru i walkę z naprawdę trudnym terenem. A zdarzało się nie rzadko, że wiozłem ze sobą ekwipunek 3 dniowy. Czasem nie wybierasz idealnego rozwiązania — wybierasz to, które mieści się w ramie. I w tej roli Schwalbe X-One spisały się lepiej, niż mogłem oczekiwać.
To nie jest opona marzeń. To opona rozsądna. A w świecie ograniczeń sprzętowych rozsądek bywa największym sprzymierzeńcem drogi. Nie zamieniłbym tej opony na inną. Jeszcze pewnie nie raz założę je do szosowej Orbei.
Artykuł niesponsorowany.
