1433 kilometry i prawie 25 tysięcy metrów przewyższenia. Maroko. Atlas. Wiatr, który potrafi dojść do 120 km/h. I ona — Justyna Jarczok — szósta wśród kobiet na Atlas Mountain Race.
Zanim jednak stanęła na starcie, potraktowała rozgrzewkę dosłownie. Z Malagi dojechała rowerem — skromne 500 kilometrów bikepackingu, żeby „rozkręcić nogę”. A potem ruszyła w góry. 1433 kilometry surowej przestrzeni i niemal 25 tysięcy metrów wspinania. Cztery pierwsze dni z chorobą, która nie pyta o zgodę.
Mówi o tym wyścigu spokojnie: „To jest stworzony dla mnie. Dystans i technika — to mój styl”. Dla niej to było turystyczne tempo. Telefon do babci w środku pustkowia, techno w słuchawkach, treningi po 2–4 godziny dziennie, około 25 godzin tygodniowo.
Wyścig nauczył ją cierpliwości i większego zaufania do siebie. Że czasem zamiast zimnego prysznica lepiej zjeść podwójną porcję jedzenia. Że życie i tak napisze własny scenariusz.
W sześć dni przejechała pół Maroka. Samochodem byłoby to wyzwanie. Na 1430 kilometrów — jeden kapeć.
Ultra wygrywa się brakiem snu. Ale jeszcze częściej — zgodą na drogę.
Całość rozmowy w naszym podcaście.

