Posts from 11 lutego, 2026

Dzień: 2026-02-11

  • 100 km przez Podlasie. Gravelem wśród dzikiej przyrody.

    100 km przez Podlasie. Gravelem wśród dzikiej przyrody.

    9.30 rano. Auto parkuje pod niebieską cerkwią z 1823 roku. Ubieram się dość ciepło, jest około 5 stopni, rześko i wilgotno. A ja jestem zmarzluch. 

    Słońce lekko nad horyzontem, przenika mgły Bugu. Mielnik w jesiennym śnie, cichy i spokojny. Wygląda jakby ten stan trwał tu nieustannie. Tylko ten jeden raz wymówię jego nazwę. Później już nie ma znaczenia kto, co, skąd, gdzie, ile. Nie dlatego tutaj jestem. Cel zaplanowałem jednoznaczny – droga.

    Zabieram ze sobą kilka batoników, 2 bidony (jeden z ciepłą miksturą imbiru, miodu i soku z czarnej porzeczki), jedna kanapka, resztę dokupuję w sklepie. Trasę zaplanowałem pod wpływem pozytywnych opinii uczestników Ultra Race Dolina Bugu.

    Jeszcze szybko do sklepu, jest po drodze, tylko 2 minuty. Dokupuję drożdżówkę i pączka, paczkę kabanosów, pepsi zero w małej puszce. Od śniadania upłynęło już trochę czasu, więc pączka zjadam na miejscu. Resztę chowam po kieszonkach. Mam tylko jedną sakwę pod górną rurką, 2 lampki (na wypadek gdybym się nie wyrobił do 16), powerbank, kanapkę ze smażonym jajkiem i boczkiem, zapasową dętkę i 1 nabój.

    Jesień tutaj zaczyna się od ciszy. Nie tej absolutnej, lecz podszytej szelestem liści i szumem roweru, który jeszcze nie wie, dokąd pojedzie. Sto kilometrów pętli brzmi jak plan, ale to tylko liczba – pretekst. Wyruszam sam, bo samotność jesienią jest jak druga skóra: nie grzeje, ale pozwala czuć i czerpać najwięcej z otoczenia.

    Pierwsze kilometry płyną. Ubita droga jest miękka od wilgoci. Bug oddycha mgłą. Zostawiam wszystko za plecami, nie obracając się za siebie. Miasteczko, ze swoim kościołem i śladami dawnych historii, patrzy na mnie jak architekt, który zgodził się na modernizm: pozwala odejść, ale pamięta. W murach jest spokój, w cegle – czas. Znika bruk, pojawia się droga, a ja – w rytmie oddechu – staję się częścią pejzażu. Trochę jak intruz, trochę jak gość, który przybywa z daleka i chce zabrać co nie swoje dla siebie. 

    Chłonę pierwsze kilometry jak małe dziecko – naiwnie i prosto. Koduje każdy obraz, staram się nie robić zdjęć bo wiem, że nie po to 

    tu przyjechałem. Pragnę nasycić się bez opamiętania, do pełna, ile zmieszczę. Zachwycający jest pierwszy odcinek. Bug nie odstępuje mnie ani na krok. Ścieżka wije się, skręca, meandruje jak rzeka. Czuję jej zapach a wilgoć otula mnie kroplami wody. Chciałbym tak cały czas, nie oddalać się od niej. Trwać przy niej, ciągle na wschód, wzdłuż niej aż do źródła w Werchobużu na północnej Wyżynie Podolskiej na Ukrainie. Kiedyś tak zrobię. Celem będzie – być w drodze przy Bugu.

    Dynamika na chwilę zmienia się. Wjeżdżam w wioseczki, kilka kilometrów asfaltu, domki po prawej i po lewej, gdzie nie gdzie podlaskie chaty. Wiatr. Podjazd. Nie minął mnie ani jeden samochód. Ostry skręt w prawo. Zjeżdżam z asfaltu. Drzewa gęścieją, jakby chciały mnie zatrzymać. Złote liście strzelają spod kół, krótki deszcz przemyka po ramie roweru. I wreszcie jestem sam na świecie, a droga prosto przed siebie prowadzi mnie w pędzie. 

    Po prawej ściana lasu, po lewej ściana lasu. Białe brzózki, sosny, buki. Jeszcze patrzę, obserwuję, liczę, sprawdzam. Ale już za chwilę mój umysł odpuszcza, nie analizuje. Wchodzi w stan tańca Świtezianki- Mickiewicza. Tajemniczy i wirujący ruch w nieznane, gdzie droga nadaje rytm a przestrzeń uruchamia wyobraźnię.

    Ja i droga. Ona nie obiecuje niczego. Ma do zaproponowania wiele. Ja wybieram to czego pragnę i sam przytulam się do niej. Ona beznamiętnie otwiera przede mną siebie. I pyta czego oczekujesz, czego szukasz, czego pragniesz. Jaki jest Twój cel ? Mój jest drogą, tylko albo aż. Jeżeli coś więcej to tylko w nagrodę. Kilka razy chyba zasłużyłem czymś sobie. Dostrzegł mnie Podlaski Juda, który to raz pomaga, raz płata figle. Dla mnie przygotował kilka miłych niespodzianek.

    Podlasie jesienią nie krzyczy kolorami, ono mówi półgłosem. Pola rozciągają się jak płótna jeszcze wilgotne po pracy malarza. Spotykam ludzi w trakcie polowych prac –  na polu, ze zwierzętami. Kiwnięcie głową, krótkie „dzień dobry”, jak zawarcie przymierza: ty jedziesz, my zbieramy, a wszystko dzieje się w rytmie natury, w harmonii z otoczeniem. Traktory mruczą, a ja prześlizguję się między ich rytmami, jak obcy. Nie zakłócam ich spokoju, nie ingeruję. Tylko na chwilę podlaski rolnik zwróci głowę w moją stronę. Ich myśli, nie są moimi myślami. Ich życie dalekie od mojego. 

    Zwierzęta pojawiają się bez zaproszenia. Sarna wyskakuje z rowu jak myśl, która przychodzi za późno. Łoś przecina drogę i wśród drzew, zostawia po sobie drżenie powietrza. Mijam go jeszcze kilka razy, nie daje się sfotografować, trzyma mnie na 

    dystans. W jednej z wiosek pies biegnie chwilę obok mnie – jakby sprawdzał, czy wytrzymam tempo. Wytrzymuję. Inne za ogrodzeniem głośnym szczekaniem zaznaczają swoją obecność. Śledzę je aż minę koniec płotu, czy czasami jakaś dziura nie umożliwi im pościgu za mną. 

    Spotykam rytmicznie, co kilka kilometrów drewniane domy, pochylone jak starcy, cerkwie z cebulastymi kopułami, kapliczki przy drodze – małe punkty odniesienia w przestrzeni, gdzie wszystko jest równiną. Zatrzymuję się na moment. Jedno, dwa zdjęcia, zjadam batonik, łyk z bidonu. Kolejny odpoczynek mam trochę dłuższy, przy niebieskiej cerkwi, przy samej granicy. Płot strzelisty z drutem wkuwa się do mojej wyobraźni. Chwile świdruje, szuka swojej myśli. Nie dałem się, szybko go wyrzuciłem z siebie. Pozostał tam gdzie stał. 

    Po kilku godzinach jazdy spotykam mundurowych. Kilka minut rozmowy o pracy, o życiu, o pogodzie, o Podlasiu. Miło i sympatycznie, z uśmiechem. Kilka wskazówek na drogę. Pierwsza i jedyna rozmowa podczas całej drogi. Ale też nie szukałem ich więcej. No może jeszcze kilkanaście zdań wypowiedzianych do samego siebie, a może do kogoś z boku. Już tak mam. Czasami myśli dostają słów i spadają na język, by w powietrzu zadrgać. Nie jeżdżę ze słuchawkami, nie po to szukam drogi, emocji aby zagłuszać to w zarodku. Lubię uczestniczyć w procesie zjednoczenia się z otoczeniem, rower aktywuje ten proces za każdym ruchem korbą. 

    Wioska, miasteczko, nazwa, tytuł, liczba … nie mają znaczenia. Zdaje mi się, że przesuwam się ze stałą prędkością, płynę wśród sennego, bezbarwnego krajobrazu. Jestem wiatrem, ciszą, rytmem. Zamknąłem się w sobie. Czuje własny puls, oddech i pot na plecach. Raz zimno, raz gorąco. Raz szybko, raz wolno. Zmieniam tempo, ale nie spieszę się.  

    Pod koniec drogi jesień gęstnieje, tak jak moje myśli. Słońce schodzi nisko, światło przecina pola jak nóż. Wracam w stronę początku inną drogą, bo zawsze warto wracać inaczej. Miasteczko przyjmuje mnie bez fanfar. Zmęczenie jest ciężkie, ale dobre – jak kamień w kieszeni, który przypomina, że byłem gdzieś naprawdę. Jeszcze tego dużo w głowie, w myślach, w emocjach, ale będzie czas to poukładać. 

    Wracam, kiedy już ciemno. Obraz z za szyby samochodu, jest bardziej obcy, tam gdzie przed chwilą byłem spleciony z nim teraz już nie stanowimy żadnej jedności. Ale uważam, że tak jest bardziej fair. Byłem gościem, na chwilę. Zabrałem co mogłem, co chciałem i odjechałem. Więc dlaczego miałbym jeszcze czegoś oczekiwać. Przyjmuję ten stan rzeczy takim jakim jest. 

    Sto kilometrów domyka się jak zdanie. Bez kropki. Bo ta podróż nie była o dotarciu, tylko o byciu. O samotnej jeździe, która nie izoluje, lecz zbliża. O Podlasiu, które nie musi nic udowadniać. O jesieni, która uczy, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy pozwolisz drodze prowadzić, nawet jeśli nie wiesz dokąd.

    Nawet uważam, że tak jest lepiej. 

    Ta droga również czeka na Ciebie. 

    Napisz ją po swojemu.