Po kilku latach przerwy wróciłem do jazdy na trenażarze, bardziej dla zabawy niż prfosjonalnych jednostek treningowych. A miniona zima była dobrym momentem na przeproszenie się z dodatkowym mebelkiem w domu.
Zimą regularność treningu najczęściej przegrywa z pogodą. Deszcz, mróz, wiatr, smog i krótki dzień skutecznie utrudniają realizację planu treningowego dla jednych a dla drugich zwykłej aktywności kolarskiej dla czystej przyjemności. W pewnym momencie przestaje chodzić o motywację, a zaczyna o logistykę i bezpieczeństwo. Trenażer rozwiązuje ten problem w prosty sposób — pozwala trenować wtedy, kiedy mam czas, a nie wtedy, kiedy akurat pozwala aura.
Godzina na trenażerze to godzina realnie przepracowana. Bez świateł, bez zjazdów, bez przerw wymuszonych ruchem ulicznym. Mogę precyzyjnie kontrolować moc, kadencję i czas trwania interwału. W okresie budowania bazy to ogromna przewaga. W przygotowaniach pod starty gravelowe i ultra — jeszcze większa, bo tam liczy się powtarzalność wysiłku.
A dla tych co chcą podtrzymać rowerową formę zapewnia możliwość zwykłych codziennych aktywności. Daje frajdę, trochę endorfin i dobrą zabawę.
ThinkRider 2X Pro – mój test w praktyce.
Model XX Pro był u mnie podstawowym narzędziem treningowym przez kilka ostatnich zimowych miesięcy. Trenowałem na nim zarówno spokojne jednostki tlenowe, jak i podjazdy, bo to lubię najbardziej. Sprawdziłem go w codziennym użytkowaniu — nie tylko „na świeżo po wyjęciu z pudełka”, ale w regularnej pracy kilka razy w tygodniu. Najdłuższe jazdy jakie na nim zrealizowałem miały do maksymalnie 2 godzin. Nie służył mi do treningów tylko do podtrzymania kondycji fizycznej i pracy mięśni kolarskich. W poprzednich latach zimą biegałem, a na rower wracałem na początku marca. Jestem ciekaw różnicy jaka będzie po zimie spędzonej na trenażerze.
Stabilność i konstrukcja.
Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to stabilność. Przy wyższych mocach, sprintach czy pracy w pozycji stojącej trenażer nie „pływa” i nie przesuwa się po podłodze. Szeroka podstawa robi swoje.
Podczas interwałów powyżej progu mogłem skupić się na jeździe, a nie na kontrolowaniu roweru. Nie miałem wrażenia, że sprzęt pracuje pode mną nerwowo. To ważne szczególnie przy mocnych akcentach. Jego kompaktowa konstrukcja pozwala bez problemu znaleźć miejsce dla niego. A po złożeniu do pudełka będzie zajmował mało miejsca w piwnicy lub garażu.
Realistyczna symulacja podjazdów.
Podczas jazdy w aplikacjach treningowych opór zmienia się płynnie. Kiedy wirtualna trasa zaczyna się wznosić, czuję to od razu, ale bez nagłych szarpnięć.
Testowałem go na Rouvy — reakcja na zmianę nachylenia jest szybka i przewidywalna. Przy dłuższych podjazdach mogłem pracować kadencją i przełożeniami w sposób zbliżony do jazdy w terenie.
Cicha praca.
Jednym z moich warunków było to, by sprzęt nadawał się do mieszkania. XX Pro pracuje cicho — dominującym dźwiękiem jest łańcuch i napęd, nie sam trenażer. Nie jest idealnie cicho i raczej spać współdomownikom nie uda się.
Trenowałem rano i wieczorem, nie martwiąc się o hałas. To istotne, jeśli ktoś mieszka w bloku albo ma dzieci.
Kompatybilność i łączność.
Parowanie z aplikacją przebiegło bez problemów, łączy się błyskawicznie i bez dodatkowych czynności z mojej strony. Laptop automatycznie od razu po włączeniu zasilania wykrywał trenażer poprzez Bluetooth. Połączenie podczas jazdy było stabilne, nie zrywało sygnału w trakcie treningu.
Doceniam to, że nie musiałem kombinować z dodatkowymi adapterami czy aktualizacjami przy każdej sesji. Włączam, łączę i jadę.
Uniwersalność zastosowania.
Na tym modelu realizowałem różne typy jednostek:
• spokojną bazę tlenową 60– 90 minut,
• interwały progowe,
• krótkie, mocne akcenty,
• symulacje długich podjaz- dów pod starty gravelowe.
Sprzęt poradził sobie w każdym scenariuszu. Nie miałem wrażenia, że nadaje się tylko do jednego rodzaju treningu. To ważne, jeśli ktoś przygotowuje się zarówno pod krótsze wyścigi, jak i długie dystanse.
Jedyny minus jaki zauważyłem, to jazda w dół na dużej prędkości. Powyżej 60 km/h brakowało obciążenia. Jeździłem na kasecie 10-34 i korbie z 2 blatami 50/34.
Stosunek ceny do możliwości.
Patrząc na to, co oferuje — stabilność, tryb ERG, kompatybilność, płynną zmianę oporu — uważam, że to rozsądna propozycja w swojej klasie. Funkcje, które kilka lat temu były dostępne tylko w wyższych segmentach, dziś są tutaj standardem.
Podsumowanie
ThinkRider XX Pro nie jest gadżetem. To narzędzie. W moim przypadku pozwoliło utrzymać ciągłość treningu przez okres, w którym jazda na zewnątrz była ograniczona.
Regularność buduje formę. Trenażer tylko umożliwia jej realizację. A zimą to często kluczowa różnica między „chcę trenować” a „trenuję”. Czy za rok do niego wrócę, zobaczymy co pokaże wiosna.
Jazda rowerem przez Toskanię ma jeden zasadniczy problem, to że stajesz co pięć minut z nowym zapierającym dech w piersiach widokiem. Ów krajobraz wyzwala emocje, wzbogaca duszę i wzbudza chęć życia drogą.
Od trzech lat mamy stałe miejsce na początek podróży przez Stare Bianche. Pętla 100 km rozpoczyna się na zakręcie miasteczka położonego tuż przy Sienie przy ulicy Deli Acostoli. Tutaj zostawiamy auto i wyruszamy. Nie czuć jeszcze zapachu białych piasków, ciepłego wiatru z rozległych wzgórz wokół Sieny, nie czuć również tradycji i 20 letniej (w tym roku) historii wyścigu kolarskiego.
Rozkręcamy się powoli, na początku szybkim zjazdem a później lekkim podjazdem. I to właśnie już ten początek streszcza najbliższe kilka godzin jazdy, profil trasy będzie falował.
Ekscytacja miesza się się z oczekiwaniem na pierwszy szutrowy odcinek. W środku mam uczucie wyczekiwania, jak na pierwszą gwiazdkę. Wiadomo, że zaświeci i przyniesie początek czegoś nowego i fascynującego. Tak samo ja, czekam, rozglądam się, liczę, odmierzam.
Dokręcamy, czym prędzej, szybciej, bardziej nerwowo. Jeszcze majestatyczne zjazdy szosami, jeszcze szum ulicy, jeszcze jedno miasteczko, jeszcze kilka podjazdów i zjazdów … I wreszcie jest zakręt w lewo, gdzieś po środku ni to pola ni to łąki, nie ma wielkiego billboardu, nie ma neonów krzyczących jak na drodze do Zakopanego, nie ma Żabki na rogu z ostatnim zimnym napojem na drogę … I to mi się podoba, nie krzyczy, nie woła, nie świeci.
Jest cichy, skromny, ukryty zjazd z szosy w długą i prostą szutrową drogę. Po lewej stronie po 10 metrach stoi kamienny znak, ledwo widoczny z numerem i oznaczeniem Strade Bianche – dla nas pierwszy na liście. Więc jak bardzo ważny, to zrozumiałe. To drogowskaz na dzisiejszy dzień, na historię zapisaną własnym potem i siłą nóg, na być może przygodę życia. Stoi niczym bóstwo kolarskiego etosu fascynacji, historii, dumy i chwały. Jak dla legionów rzymskich znak zaszczytów i męstwa przyznawany na całe życie. Chełpimy się to chwilą, strzelamy fotosy, dotykamy materii, głaskamy jak dzika przy Fontannie del Porcellino we Florencji dla szczęścia na dalszą drogę.
Do drugiego odcinka nie trzeba długo czekać. Za parę kilometrów rytuał się powtarza, ale miejsce na zdjęcia o wiele dostojniejsze, bardziej natchnione, mocniej emanujące szumem dziesiątków tysięcy kolarskich opon, które rozdmuchiwały w tym miejscu biały szutr. Wchodzimy w stan lekkiego obłędu i zachwytu, jakby droga unosiła nas kilka centymetrów nad ziemią, a my nagle stajemy się częścią historii Strade Bianche — gotowi upaść z rowerem przyciśniętym do piersi, walcząc do ostatniego tchu z Galami nadciągającymi z północy.
Dobrze, że już pierwsze 20 km za nami a przed nami tylko 80, bo ten stan mógłby trwać jeszcze długo, więc jakoś na przekór sercu i emocjom rozpoczynamy dalszą jazdę. Jesteśmy przekonani o nadciągających kolejnych niesamowitych krajobrazach z toskańskimi hacjendami, wśród cyprysów i kamiennych miasteczek. Wyczekujemy kolejnych falujących, białych szutrowych dróg wijących się przez toskańskie wzgórza, obsypanych jasnym pyłem, który unosi się spod kół, tworząc niemal filmową mgłę. W której tańczymy, pląsamy, wijemy się jak dziecko w piaskownicy, zafascynowane każdym kątem i miejscem małego czworoboku.
Przesypujemy myśli z jednej strony falujących pól na druga stronę niczym biały pył z jednego koła na drugie. Jak bardzo go pragniemy. Aby oblepił nam gołe łydki, pokrył ramiona, przykurzył okulary – przecież to piętno, znak, tatuaż wyciśnięty na naszej dumie i chwale. Pragniemy wrócić z orężem na piersi, niesieni okrzykiem tłumów wiwatujących przy każdym podjeździe na Stare Bianche. Pragniemy zapisać swoją historię jazdy, chcemy zostać legendą toskańskich wzgórz i pól, zostać tutaj ze swoim oddechem, śladem opon i cieniem przesuwającym się po białym szutrze, choćby na jedną chwilę, zanim droga zabierze nas dalej. A jutro o Nas zapomni…
Szutry szybkie, równe, pędzimy przed siebie po pustej drodze. W lewo i zjazd, ktoś krzyczy – „puść te heble”. Jak nie masz opon powyżej 45 mm to raczej nie szalej. Mijamy zielone pola golfowe. I zaczynamy najdłuższy podjazd, najbardziej wymagający na dzisiejszej trasie. Serpentyny zatopione w białą drogę, nachylenie wymagające, staję w korby aby było przyjemniej, aby znaleźć siłę i chęć na cieszenie się tym co przede mną. Strzela dętka, w połowie podjazdu, więc konieczny postój. Nie, nikt z Nas nie jedzie na mleku. Ale za to jest czas na żelki, orzeszki, batonik i inne smakołyki z kieszonek. Jest okazja na szybką toaletę gdzieś w krzakach zbocza.
Mija podjazd, teraz dłuższy odcinek po toskańskich asfaltach. Ależ to przyjemność jechać uliczkami falujących wzgórz z krajobrazem dalekiej Sieny po lewej stronie. Dwa fantastyczne zjazdy ponad 70 km/h po gładziutkim asfalcie. I równie piękne dwa podjazdy. Wystarczy popatrzeć za plecy by tracić oddech nie z wysiłku ale z roztaczającego się piękna. Październikowe słońce, rozkoszne ciepło, pastelowe kolory z palety Monet’a tworzą scenografię dla jazdy, w której każdy kolejny zakręt sugeruje by na chwilę się zatrzymać i zapamiętać ten moment, ten impresjonizm plam i barw.
Tym razem kilka zdjęć przy znaku z trasą Eroica i Gravel Tuscany. Znowu wpadamy na białe szutry. Droga niesie nas wraz z białym pyłem przed siebie. Dynamikę wyznaczają kolejne podjazdy i zjazdy, już krótsze ale nadal wyciskają siły, napinają mięśnie, powodują szybszy oddech.
Potrafię to opisać tak jakbym to widział kilka sekund temu, obrazy zapamiętane, zakodowane gdzieś głęboko pod skórą, gotowe wracać w każdym momencie, jak na zawołanie. A to wywołuje kolejny impuls, który znów każe wsiąść na rower i pojechać przed siebie. I powstaje lawina kolejnej potrzeby drogi, która nie daje spokoju, rozpędzona tęsknotą za przestrzenią, światłem i ruchem, aż w końcu nie wiadomo już, czy to my jedziemy, czy to droga jedzie nami.
I właśnie teraz wpadamy w odcinek, który tylko dziś — pośród sześciu wcześniejszych — jest skąpany w słońcu i ciepłym powietrzu. W pozostałych przypadkach rozpoczynaliśmy jazdę w deszczu, otuleni mgłami i wilgocią. Droga prowadzi najwyższym pasmem wzgórz na całej trasie wokół Sieny. Dużo lasów po obu stronach drogi. Nie ma sensu czekać aż przestanie, trzeba jechać dalej bo to minie, jak tylko zjedziemy w dół, w kierunku rozległych pól usianych toskańskimi hacjendami.
Znowu białe szutry, jedziemy cały czas w dół, jakbyśmy sunęli korytem rzeki. Po bokach mamy pola i łąki, w kolorach zielonej oliwki a raz w kolorze ochry i terakoty. Naprzemiennie krajobraz mieni się barwami jesiennych iluminacji – rozmyty w świetle, nasycony powietrzem i ruchem, gdzie granica między niebem a ziemią istnieje tylko przez chwilę. To idealne tło dla gravelowej jazdy, w której bardziej liczy się bycie w drodze niż tempo.
W połowie trasy zatrzymujemy się w typowo włoskiej kawiarence Bar La Camricolla w malutkim miasteczku Monteroni d’Arbia. Kawa, lemoniada, croissanty, panini. Zostajemy tutaj ponad pół godziny. Delktujemy się smakami włoskich przysmaków. Obserwujemy miasteczko w porze siesty. Czterech starszych panów przy winie gra w karty. Pojedyncze osoby czytają gazetę, soczą proseco i palą papierosy. Klimat senny niczym z bajki o kocie Filemonie – w której nawet czas przeciąga się leniwie jak kot na piecu.
Wyjeżdżamy z miasteczka w kierunku wschodnim i za chwilę znowu jesteśmy wśród białych szutrów, pyłu i gęstego, ciepłego powietrza. Droga faluje i kręci, nie pozwala złapać rytmu. Trzeba być uważnym, dużo zakrętów, trochę nierówności, szybkie zjazdy i ostre podjazdy. W zamian na deser otrzymujemy kolejną porcję fantastycznych toskańskich pejzaży. Kilka mocnych podjazdów daje nam mocny wycisk. Kilkanaście kilometrów bez asfaltu, wokół nas niekończące się pola miękko falujące na wzgórzach jak rozlane złoto i zieleń, poprzecinane wąskimi liniami cyprysów, które wyznaczają rytm toskańskiego krajobrazu.
Dojeżdżamy do szosy i rozpoczynamy długi, płynny zjazd, który wymaga od Nas dużej uwagi. Wiatr boczny a na liczniku ponad 70 km/h zmusza do patrzenia przed siebie, a po bokach kolejne widoki. Zadziwiające jest to, że nie mamy ich dość chcemy chłonąć je w nieskończoność. Mijamy drogowskaz do Sieny 18 km, ale my skręcamy w prawo i mamy do celu jeszcze ponad 30 km. Snujemy się ulicami pomiędzy miasteczkami. Mocny zapach rozmarynu upaja, odurza i hipnotyzuje. Na moment wraca myśl o ciepłej focacci — chrupiącej z wierzchu, miękkiej w środku, polanej gęstą, lokalną oliwą i posypanej świeżymi ziołami.
Czuję ten zapach nawet teraz, kiedy piszę ten esej. Zostanie ze mną na zawsze – jak cichy ślad drogi. Zakorzenił się w neuronach, w pamięci głębszej niż słowa, wraca niespodziewanie i przynosi ze sobą miejsce, kurz drogi i tamto niepowtarzalne drżenie chwili.
Po kilku kilometrach, kiedy przed naszymi oczami staje podjazd z kilkunasto stopniowym nachyleniem i gdy już szykujemy się w blokach, okazuje się że trasa nagle odbija w lewo, mocno w dół. Tuż za rzeką rozpoczynamy ostatnią cześć szutrowych segmentów. Na początek ścianka ponad 13% z około 1 kilometrem podjazdu. Później wszystko zwalnia. Droga znów miękko faluje między oliwnymi gajami i równymi rzędami winorośli. Mijamy niewielkie winnice ukryte za kamiennymi murkami – w powietrzu unosi się słodkawy zapach młodego wina, zmieszany z kurzem i ciepłem popołudnia. Słońce osiada na liściach, a my jedziemy dalej, jakby droga prowadziła nie tylko przez Toskańskie wzgórza, lecz także przez smak i zapach tego miejsca.
Żegnamy białe szutry, wjeżdżamy na szosę w kierunku Sieny. Ruch samochodów jeszcze niewielki. Jedziemy razem ale jakbby osobno. Każdy ze swoimi myślami, które zostały gdzieś za nami może 30, może 50 km. Jesteśmy w innej rzeczywistości. Szybko mija nam droga do Sieny. Jeszcze podjazd do centrum pod bramę Porta Camollia i zjazd w dół. Po 15 minutach jesteśmy w punkcie startu.
Nie będzie puenty, jeżeli przejechaliście tą trasę z nami to jestem przekonany, że pojedziecie tam osobiście aby tego doświadczyć. Plik GPX do pobrania po kliknięciu w ikonę.