Wywiad rzeka z Marcinem Barwińskim – Wagabundowy.

Marcin, pierwsze pytanie może się zdziwisz, ale mam nadzieję, że cię nie zaskoczę. Masz taki fajny zwrot, który pewnie osoby, które cię obserwują, znają doskonale, nie spotkałem drugiej osoby takiej, czyli Ola Boga, pamiętasz, jak on zadomowił z tobą, gdzie to gdzieś tam pierwszy raz powied,ziałeś, albo skąd to w ogóle powstało? 

Wiesz co, ja nie jestem zbytnio kreatywny i sam rzeczy nie wymyślam. Wydaje mi się, że to usłyszałem, ogólnie słucham mnóstwo podcastów i usłyszałem to w podcaścietrochę światopoglądowy, polityczny. Tam prowadząca, przepraszam, nie pamiętam imienia i nazwiska, ale czasami mówi „ola Boga” i mi się spodobało to określenie i skopiowałem.

Nawet nie wiedziałem, że tak często to powtarzam. Jak zobaczyłem, że wszyscy zwracają uwagę, znaczy w takim pozytywnym aspekcie, to ja chyba trochę przestałem mówić. Ale sam nie wiem, albo przestałem mówić dlatego, że mówiłem to bardzo dużo, albo zmieniłem rowery. Jednak miałem wrażenie, że głównie tego Ola Boga na przykład używałem jak jechałem wtedy na twardym gravelu po jakichś wielkich kamieniach, tarce czy coś takiego. No nie było zbyt przyjemnie. To można powiedzieć, że było takie kulturalne przekleństwo, zamiast zwrotu na k, to ja mówiłem „Ola Boga”. Ale teraz rower, amortyzacja, szersze opony i nawet tak się nie ciśnie to „Ola Boga” na usta. Ostatnio chyba to dopiero jak na jednej z eskapad złamał mi się telfin i musiałem z nim jechać pod pachą, co nie było zbyt wygodne. To chyba wtedy dopiero mi się właśnie zamiast przekleństw „ola Boga” mówiło. 

Tak, pamiętam to z filmu. Z jednej strony Marcin wybierasz zawody gravelowe, gdzie jazda jest zawsze na 200% i walczysz o zwycięstwo, dając z siebie maksa, praktycznie aż do trupa, w cudzysłowie, a z drugiej strony organizujesz sobie wyjazdy bikepackingowe, gdzie potrafisz się zachwycać najdrobniejszymi elementami przyrody, otoczenia. 

Taki zachwyt Ci towarzyszy, który można fajnie zobaczyć na Twoich filmikach, choćby tych ostatnich z Badlands’ów. Co jest Ci bliższe z tych wyjazdów? Czy zawody, czy wyjazdy bikepackingowe. 

Jeśli musiałbym wybrać jedną rzecz, z której musiałbym zrezygnować i nie mógłbym jej robić do końca życia i miałby to być bikepacking lub zawody, no to zdecydowanie zrezygnowałbym z zawodów. Tylko tak po prawdzie, nie powiedziałbym, że walczę o zwycięstwo w zawodach, ja staram się. Walczę w zawodach ze sobą, staram się zawsze pojechać jak najmocniej, a na to jak pojadą inni nie mam wpływu. Tutaj to jest jednak sport indywidualny, w przeciwieństwie do takiego kolarstwa powiedzmy, nie ma jakichś tam glaftingów i tak dalej, wielkiej strategii. Czasami powiedzmy inni pojadą słabiej, udaje mi się skończyć wysoko. Czasami ja pojadę najlepiej w życiu. 

Miało to miejsce chyba w sezonie 2024. Zawody, z których byłem najbardziej zadowolony i tam zrobiłem swoje życiówki takie watowe, to było chyba najgorsze moje miejsce w sezonie bodajże, było to chyba ósme miejsce na wanodze.

 A powiedz w takim razie, za co lubisz i co daje Ci największą satysfakcję w zawodach, a co w wyprawach? Czy są wspólne elementy? Domyślam się, że raczej nie. 

No w sumie trochę różne są. Więc z czasem to się trochę zmieniało. 

Pierwsze zawody, drugie, może jeszcze kilka kolejnych trochę przypominało to bikepacking. Na przykład drugie zawody, w których wziąłem udział, to było Poland Gravel Race. Tam dojechałem bodajże 70 na 300 osób. Nocowałem dwa czy trzy razy. Zajęło mi to prawie trzy dni. To już było prawie jak bikepacking. Usłyszałem chyba kiedyś u Piotra Wierzbowskiego, że on takie wyprawy rowerowe nazywa medytacją, zmęczeniem fizycznym, ale odpoczynkiem psychicznym. Wydaje mi się, że u mnie jest dosyć podobnie. Dobrze się czuję sam ze sobą i takie nawet 15 godzinne jazdy samemu sprawiają mi przyjemność. Dodatkowo zwykle też łączę jazdę rowerem z czymś jeszcze. Uwielbiam słuchać audiobooków, podcastów. Później mam zabawę, jak na przykład przypominam sobie o czymś, czego się na przykład dowiedziałem z podcastu i od razu mam jakieś miejsce przed oczami, w którym się o tym dowiedziałem. Są to wszelakie, różne rzeczy. 

Fajnie mieć tak powiązane to z jakimś miejscem. Ciężko mi opisać to uczucie, ale świadomość, że jest się w miejscu, w którym się nigdy wcześniej nie było, daje taki dreszczyk emocji, przyjemności. Tu nawiązuję do tego, że też zbieram tzw. kwadraty. I te tereny nie są często zbyt wizualnie piękne. Ale nie wiem, coś jest w tym, że na kwadratach się nie nudzę pomimo jazdy 5-6 godzin. Wokół komina ciężko mi się jeździ dłużej niż 2-3 godziny. Na rowerze potrafię przemyśleć sobie wiele spraw, wiele codziennych, życiowych spraw. Uwielbiam być w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byłem, a jeśli do tego akurat jestem w miejscach przepięknych, czyli na przykład często to są góry, to dodatkowo jest jeszcze piękniej. 

Aby sprostać swoim wyprawom, ale też zawodom, jesteś świetnie przygotowany fizycznie. Prawie każdy Twój wyjazd, czy to z przyjemności, czy to start w zawodach, pokazuje również, jak mocną masz głowę i jak mocny jesteś mentalnie na wiele niedogodności. Mam na myśli tutaj mało snu, chwilę dłuższe lub krótsze spadku mocy, brak chęci do jazdy, trudne warunki pogodowe, terenowe, czy losowe zdarzenia, choćby jak wspominałeś, czy jak można zobaczyć na Twoim filmie z tym telfinem. Czy to wrodzony dar, jak myślisz, czy można to wytrenować, takie mentalne przygotowanie głowy do ultradystansów czy też bikepackingowych wypraw, ?

Na pewno zawsze, ale do tego, że trzeba mieć jakieś predyspozycje. Nie mam na myśli predyspozycji fizycznych w stylu jakąś długą czy silną nogę, lecz takie predyspozycje psychiczne. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym poświęcać na przykład tyle czasu na trenowanie łyżwiarstwa, bo po pięciu minutach na łyżwach jestem znudzony i nie sprawia mi to żadnej przyjemności, a na rowerze jest wręcz przeciwnie. Próbowałem też kiedyś biegać. No i zwyczajnie to nie było to. Odliczałem aż minie te 45 minut i wrócę do domu. Na rowerze mija 5-6 godzin i często mam ochotę jeździć o wiele dłużej. Wydaje mi się, że nie da się wyrobić do końca psychicznie aspektu takiego, że coś się uwielbia i jest to moją pasją. To trochę musi zaskoczyć, tak bym to ujął. Więc ja miałem szczęście. Od razu, od momentu, w którym kupiłem rower, od razu u mnie to zaskoczyło. Ok, może nie pierwszy w sumie rower. Odkąd kupiłem Gravela i stwierdziłem, że spróbuję tego kolarstwa, to od razu mi to zaskoczyło.

Psychicznie, to wiadomo. Fizycznie nie miałem formy, ale psychicznie od razu byłem gotowy na bardzo długie dystanse i blokowała mnie tylko forma fizyczna. Co do takiego przygotowania na awarie sprzętowe i inne niedogodności, których nie mogę przewidzieć, to szczerze mówiąc, to często jestem gotowy. W takiej sytuacji, że nie mam wyjścia, tylko muszę sobie poradzić, bo albo zamarznę, albo będzie mi bardzo, bardzo nieprzyjemnie. Tak jak z tym telfinem. Zwyczajnie nie mogłem się położyć i zacząć płakać, a jakbym to zrobił, to i tak po kilku minutach musiałbym zacząć działać, bo przede mną była bardzo chłonna noc. Oczywiście miałem ze sobą zestaw do spania, ale już miałem zarezerwowany nocleg. Często są to sytuacje bez wyjścia. Albo sobie poradzę, albo będę musiał wzywać pomoc, a na szczęście jeszcze nie byłem w takiej sytuacji, gdy musiałem wzywać pomoc, zawsze mogłem poradzić sobie sam.

No tak zdecydowanie. Forma mi się fizyczna z roku na rok poprawia, co widać w filmach. W tym roku kilka razy sponiewierany dojechałem, ale trochę inaczej niż kiedyś. 

Teraz więcej od siebie też wymagasz, więc to sponiewieranie nieraz wynika może nie z tego, twojego nieprzygotowania, tylko narzucasz sobie trudniejsze warunki, wyższe prędkości, większe moce i myślę. Gdybyś popatrzył na tempo z pierwszego roku, czy z drugiego twojej jazdy, to ono wzrosło i moce wzrosły, wszystko wzrosło. 

Tak, tak, no kiedyś zdecydowanie obciążało mnie to, tak inaczej. Kiedyś nie miałem doświadczenia w tak długich dystansach i już sam dystans potrafił mnie bardzo sponiewierać teraz często mnie wyczerpuje bardziej intensywność jaką dobieram do tego dystansu. Jeszcze kilka lat temu nie miałem wyboru w jakiej intensywności mogłem jechać, bo od 20 godziny jechałem i tak już w trybie zombie. Teraz jakbym chciał mógłbym jechać po 20 godzinach lżej i czuć się lepiej, ale narzucam sobie często tempo szybsze niż minimum. 

Powiedziałem, że mam mocną głowę. Nie do końca się z tym bym zgodził. Ja jestem, jakby to  ująć – wygodnym kolarzem i naprawdę może to wiele osób zaskoczy, ale mi to zwyczajnie sprawia frajdę. Ja się za bardzo nie forsuję, co można było zobaczyć w filmie z Maroko, w którym nie bawiłem się najlepiej. Moim zdaniem, może 10% wpływu miało to, jak trudna to była trasa, ale 90% na to, jak źle się bawiłem, miało wpływ to, że byłem jeszcze przemęczony po starcie w Across Andes w Chile, które było niecałe 2 czy 3 miesiące wcześniej. I zwyczajnie nie byłem jeszcze mentalnie przygotowany na taką trudną trasę. I od samego początku nie sprawiało mi to zwyczajnie przyjemności. Więc wydaje mi się, że gdybym miał taką mocną głowę i potrafił się forsować, to bym ukończył te zawody w Maroku. A jako, że uważam właśnie siebie, że nie mam mocnej głowy, jestem po prostu takim kolarzem wygodnym, to zdecydowałem się wycofać. 

Ale w tym filmie z Maroka powtarzałeś tam kilka razy sobie, że nie cieszy Cię ta jazda, męczy Cię ten teren. Tam nawet pamiętam jak powiedziałeś, że Ty to wolisz las tak naprawdę, a nie ten góry. 

Tak, ja nie jestem lekkim zawodnikiem, ważę 82 kg. I nie najlepiej sobie radzę w górach, zdecydowanie lepiej radzę sobie po pagórkach lub po płaskich terenach. A w Maroku, ani nie miałem roweru adekwatnego do trasy, bo miałem gravela na oponach chyba 44 mm, a jest to zdecydowanie trasa dla roweru górskiego. Nie miałem frajdy psychicznej, bo byłem przemęczony jeszcze. Nie było chrapki na takie zawody. Nie byłem też w życiowej formie. Nic tam się nie zgrało i skończyło się właśnie DNF-em. 

Bardzo możliwe, że gdybym był w innym stanie psychicznym, na przykład gdybym nie wystartował w Chile te 2-3 miesiące wcześniej, to bym skakał tam z radości, byłbym super zaparty i może byłby to wyjazd życia. 

Moim zdaniem bardzo dużo zależy od stanu psychicznego, w jakim w danym momencie się jest. U mnie wtedy nie był zbyt dobry. Nie było chrapki na te zawody. Długo myślałem nad tym, czy się wycofać, ale tak z dnia na dzień wydawało mi się, że już chce mi się jechać. No i finalnie nie przełożyłem startu na kolejny rok. Nie powiedziałbym, że to był błąd, bo mam bardzo cenne doświadczenie. Cieszę się, że tam byłem, ale skończyło się DNF-em. 

Jeżeli dobrze pamiętam, to w Chile przeszedłeś, jeżeli nie mylę wyścigów, taką mega metamorfozę. Zaczynałeś tak strasznie słabo, nie szło ci, nie miałeś ochoty i tam, napędzałeś się z dnia na dzień, jakby odwrotnie niż tutaj w Maroku. Pamiętam, że tam nocy nie przespałeś, pamiętam tą stację, w której opowiadasz, o pani na stacji benzynowej (polecam film na kanale You Tubę Marcina). No i skończyłeś finalnie na pudle tam, prawda? 

Tak, to były absurdalne zawody. 

W Maroku, nie zdecydowałem się ani wcześniej, ani po zawodach, na wycieczkę z torbami. Do Chile, jako że tam podróż zajmuje aż tak dużo. Jeśli dobrze pamiętam, od drzwi wyjścia z domu do dotarcia na pierwszy nocleg zajęło mi to bodajże 35 lub 40 godzin. Dwie przesiadki i autobus więc z tego powodu nie chciałem jechać tylko na zawody i zdecydowałem się jeszcze na wypad bikepackingowy i finalnie jak dobrze pamiętam skończyło się to tak, że przed zawodami jeździłem 10 dni z torbami przed siebie i pomiędzy bikepackingiem a zawodami miałem bodajże tylko 2 dni przerwy. Trener mówił, że nie zagra, mi się wydawało, że może zagrać. Finalnie trener miał rację, Byłem przemęczony i nie było formy. No i też, jako że na tym bikepackingu bawiłem się przedoskonale, i można powiedzieć, że to była taka podróż życia. Było przepięknie, i już nie miałem takiego głodu. Nie miałem już takiej zajawki na zawodach, no ale wystartowałem. Watomierz nie pokazywał zbyt przyjemnych liczb. 

Na pierwszym checkpoint’cie wydaje mi się, że to był jakiś 170 kilometr, dojechałem nawet na trzydziestej którejś pozycji. A jako, że ja zawody traktuję sportowo, a turystycznie mam wyjazdy bikepackingowe, to troszeczkę mnie to bolało, w jak słabej formie jestem. Wiem, że stać mnie na więcej. Ale jechałem, mijały kolejne godziny, a o dziwo ja jechałem podobnie i po 20 godzinach moce, które generowałem już były zadowalające. Wyprzedzałem kolejnych zawodników. Pogoda nie dopisywała. Tu jako Polak chyba mogłem mieć przewagę, bo noc była bardzo deszczowa. Wydaje mi się, że Chile’jczycy mogą (z północy, którzy przylatują na zawody na południe) mogą nie być przygotowani na tak niskie temperatury i deszczowe warunki. Wydaje mi się, że w Santiago panuje dosyć ciepła zwykle temperatura. No i przejechałem pierwszą noc. Wycofanie się z zawodów też nie jest często zbyt łatwe, jak jesteś w innym kraju, a właściwie na innym kontynencie. Nie ma pociągów, cała logistyka wycofania nie jest zbyt łatwa, więc jechałem dalej. O dziwo po około 24 godzinach z tego co pamiętam zacząłem się czuć dobrze, jakkolwiek to dziwnie brzmi i jazda zaczęła mi sprawiać coraz większą przyjemność. Zmieniło się to dopiero, jeśli pamiętam, po 35 godzinach od startu, gdy jeszcze nabawiłem się kontuzji. Małej kontuzji mięśnia czworogłowego. Lecz wtedy już zaczął napędzać mnie wynik, bo jakoś przesunąłem się na pozycję, jeśli dobrze pamiętam, piątą. Tu mi się trochę poszczęściło bo Łukasz Ugarenko drugi Polak który startował w tych zawodach dostał kontuzji pleców i musiał się zatrzymać na wiele godzin. Innemu zawodnikowi, jeżeli dobrze kojarzę zepsuła się przerzutka i wycofał się z zawodów. I nagle wyjeżdżając ze stacji benzynowej dostaję wiadomości na telegramie, że jestem na pozycji trzeciej. Do mety było jeszcze 300 km ale dało to trochę wiatru w żagle, pomimo przeogromnego już zmęczenia psychicznego i bólu mięśnia przez kontuzję. 

Jakoś udało się dojechać do mety. Jak dobrze pamiętam zajęło to 55 godzin, gdzie finalnie nie spałem nawet minuty. Postojów na odpoczynek też było zero. Wiadomo gdzieś tam jadłem szybko na stacji coś siedząc, ale to nie, że się zatrzymałem i sobie odpoczywałem. Udało dojechać się do mety, przez chwilę panowała radość, jako że udało mi się zająć trzecie miejsce, co jest dla mnie niesamowitym wynikiem, którego nigdy się nie spodziewałem. Lecz później trzeba było zapłacić za ten wysiłek. Totalna dewastacja układu nerwowego, mini depresja. 55 godzin bez snu z takim wysiłkiem zostawia lekką skazę, na moim umyśle. I kilka tygodni zajęło, zanim świat zaczął być znowu kolorowy, że tak to ujmę. 

To przeżyłeś to nieźle. 

No tak, tego nie widać. Ludzie wrzucą rolkę na Instagrama, wszystko hihihihi, jak fajnie. Później wyłącza aparat i banan z twarzy znika. 

Ja właśnie staram się nie ukrywać takich emocji i nie kantuję. Bardzo, bardzo ciężko było. Wiadomo, ta chwila po dojechaniu do mety, była euforia. Ale później… Później psychiczny o dziwo dołek. W moim przypadku była dewastacja układu nerwowego. Ale coś w tym jest, że chętnie chcę to powtórzyć. Ale tak to bywa. 

Oglądając Twoje filmy, można wywnioskować, że nagrywanie w trakcie jazdy dodatkowo Cię czasami motywuje. Gdzieś tak pomiędzy Twoimi słowami można to wywnioskować. Bo mówiłeś, że nawet nagrywanie nie daje Ci satysfakcji, i wyłączałeś nagrywanie, chyba w Maroku to właśnie było. Czy tylko o to chodzi, czy na przykład dzięki tym filmom, które tworzysz, które nagrywasz, robisz w ten sposób swój pamiętnik z tych wszystkich przygód, czy jest jakiś inny klucz? Co cię nakręca, mobilizuje, zachęca, żeby kolejne wyprawy tak fajnie nagrywać i w nich opowiadać? 

Podczas pierwszych wycieczek z kamerą, czy to bikepackingowych, czy zawodów, było to bardzo stresujące i nie dawało mi to za dużo frajdy. Lecz dałem sobie chwilę czasu, aby się z tym oswoić. Co też wydaje mi się, że widać po latach z filmami. Teraz czuję się z kamerą bardzo swobodnie i nie powiedziałbym, że właśnie nagrywanie mi przeszkadza w na przykład ściganiu się na zawodach. Wręcz jakoś mnie nawet motywuje. A filmy traktuję jako swego rodzaju pamiątkę z wyjazdu. Ja robię bardzo mało zdjęć i właśnie lubię sobie czasami zerknąć na filmy, głównie na te momenty z fragmentami muzycznymi, bo dziwnie się czuję słuchając siebie. Przesuwam sobie szybko tylko te momenty, gdy jest fragment muzyczny. Są to najczęściej momenty z ładnymi widoczkami. Do tych momentów lubię wracać w swoich filmach i cieszę się, że będę miał taką pamiątkę za 5, 10 czy 20 lat. 

Bardzo lubię poznawanie świata, zwiedzanie z perspektywy roweru, który się zgoła różni od klasycznego podróżowania. Bardziej mnie ciekawi popatrzenie, poobserwowanie lokalnych ludzi pod wiejskim sklepem w wiosce, w której nie ma żadnych turystów, bo nie jest przy jakiejś głównej drodze. Jak żyją, co kupują interesuje mnie bardziej niż na przykład przebywanie w miejscach w stylu jak Sagrada Familia w Barcelonie czy prawie wszystkich miejscach takich w stylu top 5 Trip Advisor.

No właśnie. Ja oglądając Twój film z Badlland’sów, to chyba najbardziej tam poczułem to, co właśnie mówisz, czyli Twój zachwyt nad takimi zwykłymi rzeczami. 

Dużo takich interakcji z ludźmi, czy ogólnie nawet zakupów w sklepie nie nagrywam, bo na ich miejscu niekoniecznie chciałbym być nagrywany. Szanuję prywatność tych ludzi, też to są takie moje, powiedzmy, prywatne momenty.

Czy masz jakieś jeszcze dodatkowe swoje tipy na długą samotną jazdę ? Słuchasz muzyki i podcastów to widać na Twoich filmach. Masz coś jeszcze takiego co pomaga ci jechać te kilkaset kilometrów samotności, bo praktycznie cały czas jedziesz sam.

 Często staram się dobrać podcast do lokalnego miejsca, w którym jestem. Dodaję to fajnego smaczku podróży, bo dowiaduję się czegoś o tym miejscu. A tak to naprawdę mi ciężko odpowiedzieć, bo ja wiem, że większość tak nie ma, ale ja naprawdę bardzo dobrze się czuję sam ze sobą. I ten czas, czy to jest 10 czy 15 godzin, naprawdę zlatuje mi momentalnie i się nie nudzę. Dla mnie to jest takie naturalne. 

Z Twojego doświadczenia tych kilku lat wypraw i zawodów, co jest według Ciebie największym wyzwaniem w realizacji celu jakim jest ultra czy bikepacking długodystansowy? Czy jest to przygotowanie fizyczne, sprzęt, logistyka, dobry plan, doświadczenie ?

Największym problemem jest stres. Ja zawsze pierwszy, często ostatnio nawet i drugi dzień takiej wyprawy potrafi być naprawdę bardzo stresujący. Dopiero trzeci, czwarty dzień już czuję jak ten stres schodzi i zaczynam czerpać o wiele, wiele większą przyjemność z jazdy. Wyobrażam sobie, że dużo osób ten stres potrafi zniechęcić już na etapie planowania podróży. Bo świadomość tego, że jeszcze podróżuje się w pojedynkę, że jedzie się w miejsce, którego się nie zna, język, którego się nie zna, często ludzie… Właściwie nie byłem jeszcze w miejscu na świecie, gdzie ludzie mówili bardziej po angielsku niż w Polsce. Mam wrażenie, że to może wielu zaskoczyć niepodróżujących. I na etapie właśnie planowania podróży już stres potrafi być bardzo duży i może zniechęcić wiele osób. 

Moja pierwsza większa wycieczka to była eskapada z Krakowa. I trochę to była niestandardowa wyprawa, bo nie miałem określonego dnia, w którym muszę wyjechać, ale miałem określonego dnia, w którym muszę dotrzeć. A mianowicie dlatego, że żona dolatywała do Rzymu samolotem. Finalnie chciałem dojechać w okolicach chyba 15-16 dni, a to był dystans w okolicach chyba 2300 kilometrów. Lecz jeszcze deszczowa pogoda skróciła mi czas, jak dobrze pamiętam, o 2 dni. A zmierzam do tego, że pierwszy dzień tak się stresowałem, że jak wyruszyłem bodajże w okolicach godziny 12 z Krakowa, to o godzinie 16 wynająłem nocleg, bo już mnie tak bolała głowa ze stresu. Dojeżdżając na nocleg jeszcze zwymiotowałem, i musiałem położyć się spać. I nie byłem zatruty, tylko tak stresowała mnie ta wyprawa – jak to się potoczy, eskapada w nieznane. 

Lecz nie wycofałem się i finalnie bawiłem się przecudownie, lecz nie pierwszego dnia, tylko później jak stres zniknął. Wydaje mi się, że to głównie ludzi blokuje i tak jakby to jest najpiękniejsze. Przełamać ten stres i strach, strach przed nieznanym. 

Tak dodam jeszcze. Często te miejsca nie są jakoś bardzo odludnione. Zawsze jakoś w miarę można wezwać pomoc. Wydaje mi się, że to jest najtrudniejsze, myśląc o tym, niż w rzeczywistości jest faktycznie. Tak mi się wydaje. 

Są różne typy podróżowania. Dla mnie to jest dopiero hardcorowe, że są osoby, które, żyją na rowerach, to znaczy nomadzi. Jadą 4 miesiące. Ja nigdy na takiej wyprawie nie byłem i raczej nie będę. Ja lubię wyprawy w stylu tydzień, dwa tygodnie max. Z jazdą od rana do nocy. Powiedzmy jak jest możliwość to często i nawet po 10, 14 godzin dziennie. 

A odnośnie tej długiej jazdy, pamiętam jak ubolewałeś będąc na Badlandach, że ten dzień taki krótki, prawda? I że już w sumie noc i tej jazdy tak mało, a Ty się dopiero rozkręcasz. 

Tak, tak. Na Badland’ach pod koniec sezonu brakowało mi długiego dnia. Realnie było tylko 10 godzin jasno i czułem troszeczkę takie ciśnienie, że mam mało tego czasu, jednak przy 15 na przykład godzinach światła dziennego już takiego ciśnienia nie mam, daję radę się wyjeździć każdego dnia, a przy 10 godzinach brakło mi już trochę tego czasu. Bo to jednak też często trzeba znaleźć nocleg. Nie zawsze nocuję w namiocie, co czasami powoduje, że mam do wyboru albo zjadę teraz, albo następny nocleg będę miał za 3-4 godziny. Więc czasami ucinam trochę tego światła dziennego. 

Czy planując Marcin, wyprawy masz ustalony plan działania krok po kroku? Myślę tu o takich większych raczej wyjazdach. Jakaś lista? Czy działasz spontanicznie i zostawiasz troszkę miejsca na jakieś niespodzianki, które wiemy zawsze się przydarzają? 

W sumie moje planowanie wycieczek kończy się na tym, że ustalam trasę, I w sumie to koniec. Wyznaczenie trasy trochę czasu mi zajmuje. Korzystam z kilku map, Strava, Global Heat Maps, chociaż niestety czasami zdarzają się tereny, gdy ta mapa nie istnieje, bo nikt tam nie jeździ, na przykład ukraińskie Bieszczady. Korzystam z satelit, żeby zobaczyć, czy w ogóle tam jest coś wyjeżdżonego. A ostatnio jeszcze odkryłem patrzenie na segmenty i w jakim czasie ludzie potrafili tam wjechać. Na przykład rozważałem jedną drogę raz czy wybrać, w drodze na Piku i na najwyższy szczyt Bieszczad, lecz znalazłem, że ten segment ktoś pokonywał maksymalnie chyba z prędkością 3,8 km na godzinę przez dwie godziny. Jakaś kobieta, która jechała tam 10 lat temu i do swojej aktywności dodała zdjęcia, więc mogłem sobie jeszcze zobaczyć, jak ta trasa wyglądała. 

Podczas moich wycieczek nie odwiedzam turystycznych miejsc, nie zwiedzam zamków koloseum, czy muzeum, tylko delektuję się jazdą, więc w sumie przed wycieczkami mam tylko zaplanowaną trasę i tyle, którą też często jeszcze modyfikuję na bieżąco. 

Chciałbym zapytać o Ukrainę, wiem że podejmowałeś trzy wyprawy na Piku, ale interesuje mnie ten ostatni. Natomiast jak w kontekście tych wydarzeń, które się dzieją, czyli całej wojny, jak na to patrzyłeś, wybierając się tam ?

To zacznijmy od tego, że mój pierwszy, ale taki naprawdę pierwszy, pierwszy wypad bikepackingowy w życiu to był na Piku. 

I to jeszcze było w roku 2000. Ja wtedy nie jeździłem na rowerach, może miałem przejechane, 500 km, pewnie przez rok może nawet 5 lat. Przyjaciel powiedział, że jego brat jedzie z kolegą na Pikuj, w ukraińskie Bieszczady, I czy chcę jechać z nimi ? Pojechaliśmy.  A skończyło się to tak, że to już był trzeci wypad. Lecz zdecydowanie nie byliśmy przygotowani na teren, który nas czekał, na trasę, która nas czekała. Głównie to rowery, nasze wielkie rowery trekkingowe z sakwami ważące pewnie po 40 kilo pchaliśmy. Finalnie nie udało się dojechać do Pikuj’a. No i minęło jakoś pięć, sześć lat, aż się wkręciłem w rowery i zawsze mi ten Pikuj siedział w głowie. Ciekawiło mnie, jak bym sobie poradził teraz, gdy już mam sensowniejszy rower, wiedzę, żeby nie pakować wielkiej szczoteczki elektronicznej ważącej pół kilo. 

Też mam jakąś formę, więc zawsze miałem ten pikuj z tyłu głowy. Po rozpoczęciu pełno skalowej inwazji Rosji na Ukrainę nie rozważałem tam wyjazdu. Do pewnego dnia, gdy wszedłem na strawę i zobaczyłem, że Urszula Żuchowicz wrzuciła zdjęcia, że jeździ po zachodniej Ukrainie. No więc zapytałem, jak wygląda obecnie wjazd na zachodnią Ukrainę. Okazało się, że jest bezproblemowy, a zachodnia Ukraina od frontu jest tak daleko, że w sumie poza takimi wojskowymi kontrolami na drogach, życie toczy się normalnie. Tak bym to mniej więcej ujął. Po tym jak zobaczyłem te zdjęcia Urszuli, dowiedziałem się, że można bezproblemowo wjechać na Ukrainę, to spakowałem się i wybrałem. Lecz niestety dojeżdżając już, zaczynając podjazd pod Pikuj, który miał jeszcze trwać 20 czy 30 kilometrów, najechałem na jakiś pręt zbrojeniowy, przedziurawiłem aż obręcz w rowerze i zdecydowałem się zawrócić, bo bałem się później jechać w tak odległym terenie z niepewną obręczą. 

I co? No więc drugi wyjazd na Pikuj, też był nieudany, więc dalej mi siedział z tyłu głowy i postanowiłem wrócić trzeci raz na Pikuj. No wtedy już czułem się jeszcze bardziej przygotowany. Wyznaczanie tras w ukraińskich Bieszczadach było bardzo trudne. Nikt tam właściwie nie jeździ, więc na Global Heat Map ciężko. Satelity też są bardzo nieaktualne, więc było to problematyczne. Musiałem na przykład zawracać lub robić jakieś objazdy na bieżąco. Jakaś pani krzyczy, żebym tam nie jechał, bo tam są wilki. 

Tak, tak, kojarzę z filmu. 

I finalnie na Pikuj udało się dopiero wjechać podczas trzeciej próby. Nie obyło się bez perypetii. A to znosiłem rower przez kilkadziesiąt metrów a to wypychałem po jakichś chaszczach. Ale się udało i pikuj odhaczony. 

I chyba z tego, co mówiłeś, nie ostatni raz byłeś na Ukrainie. 

Mam nadzieję. 

Bardzo byłeś zachwycony Ukrainą. 

Bardzo lubię podróżować do miejsc, gdzie poziom życia jest znacznie niższy niż w Polsce. Na szczęście rozwinęliśmy się tak bardzo, że tych miejsc jest bardzo dużo. Niekoniecznie się dobrze czuję w miejscach w stylu Lago di Garda, czy jezioro Komo o wiele lepiej się czuje na zachodniej Ukrainie wśród drewnianych chat, do których nie prowadzi droga asfaltowa. Mam wrażenie trochę jakby to była podróż do dzieciństwa, bo ta zachodnia Ukraina obecnie w wielu miejscach mam wrażenie, że wygląda tak jak Lublin, w którym się wychowałem dwadzieścia kilka lat temu. Te sklepiki, jak się wchodzi…  i nie ma, przecież Żabki, nic nie ma, żadnego napisu. jakieś to takie ubogie te sklepy. 

To była dla mnie taka podróż sentymentalna.

Gorąco polecam Połoniny ukraińskie. W Polsce nie ma możliwości chyba jazdy po Połoninach, takich bieszczadzkich czy innych gór. Tam są drogi lekko wyjeżdżone przez, wydaje mi się, zbieraczy jagód, którzy dojeżdżają motocyklami na te połoniny. Więc jest jakaś ścieżka. Naprawdę gorąco polecam. Wydaje mi się też, że to są piękne tereny na rower elektryczny, tylko trzeba go chyba zabrać z Polski, bo pożyczyć na miejsce nie można. 

miłe było to, że podczas wszystkich wyjazdów moich na Ukrainę, rozmawiając czy to z wojskowymi na blokpostach, czy nie wiem, co nazwać woli, punktach kontrolnych, czy z lokalnym facetem przy źródełku wody i tak dalej. 

Wszyscy, których spotkałem na Ukrainie mieli jakieś skojarzenia z Polską, a to miasto, w którym pracowali, a to miasto, w którym studiuje jego córka. Bardzo miło. Inaczej wygląda polityka, a inaczej rzeczywistość. I jest trzeci naród, któremu to zależy, żebyśmy byli skłuceni. 

Spróbuj sięgnąć pamięcią albo blisko, albo daleko. Czy pamiętasz jakąś historię spotkania z człowiekiem podczas Twoich wypraw, która utkwiła Ci w głowie i jest z Tobą ? 

Pierwsze takie małe, które mi przychodzi do głowy akurat, to nie było na rowerze, lecz podczas eskapady rowerowej, a mianowicie doleciałem do Chile, do miasta Coyhaique i nocleg miałem pod tym miastem. Szedłem przy głównej drodze na piechotę do miasteczka, spacer by mi zajął 30 minut i lokalna osoba zatrzymała mnie. Nie łapałem autostopa, lokalna osoba i tak się zatrzymała i zapytała, czy mnie podwieźć. To jednak jest taka mała rzecz a cieszy, skorzystałem z podwózki, chwilę porozmawialiśmy. 

W Maroko pamiętam w kilku wioskach lokalne dzieciaki wyciągały ręce żeby zbić z nimi pionę w czasie jazdy. Coś pięknego.

Na Ukrainie podczas trzeciej próby wjechania na Pikuj. Ostatnia wioska przed wjazdem na Połoninę przed szczytem. Robi się już ciemno. Sklep, więc się zatrzymuję. Podłoga klepowisko i jak to w prawie każdym wiejskim sklepie, kobieta za ladą i kilku pijaczków. O, Polak! Gdzie jedziesz? Pikuj?! Ciemno już! Przenocuj u mnie w chacie.

Nie skorzystałem i wybrałem namiot, ale to urocze jak ktoś zaprasza Cię do swojego domu a znacie się kilkadziesiąt sekund.

Ja czasami jestem zdziwiony, jak w dzisiejszych czasach dużo osób boi się osób nieznanych. Ja osobiście podchodzę ze sporym zaufaniem do osób. Postanowiłem tak kilka lat temu, że jak mnie spotka niemiła sytuacja, to może wtedy zdanie zmienię. Ale jak na razie mnie nie spotykała. Czasami mam wrażenie, jakbym żył w innej rzeczywistości, jak czytam na przykład komentarze pod swoimi filmami, że miałem szczęście, że mnie nie okradli w tej Andaluzji, że miałem szczęście, że mi nie ukradli roweru przed sklepem itp.

Mnie naprawdę takie niemiłe sytuacje nie spotykały. 

Marcin, jak oglądam Twoje filmy, gdzieś tam po którymś już nasunęło mi się pytanie, że mało mówisz o swoim jedzeniu. Tym bardziej ciekawi mnie to podczas Twoich bardziej egzotycznych wypraw.

Na zawodach do 20 godzin często bywa, że pokarmu stałego w sumie nie jem nic, tylko kalorie z płynów. Bardzo lubię też chodzić do restauracji, lecz niestety nie zawsze mam taką możliwość na wyjazdach bikepackingowych. W Andaluzji szczerze mówiąc nie było zbytnio tych restauracji, a jak były, to miałem wrażenie, że właściwie prawie zawsze trafiałem na siestę i były zamknięte. Więc niestety musiałem się głównie stołować w sklepach, a czasami niestety nie przewidywałem, że nie uda się nic zatankować i troszeczkę głodowałem. Niestety, wtedy też często przetworzone jedzenie, bo w małych sklepach nie ma zbyt wielkiego wyboru. Lecz jak jest możliwość, to bardzo uwielbiam zajrzeć do lokalnych piekarni i tam nabierać świeżych wypieków. 

Jak zobaczę podczas eskapady, otwartą piekarnię, to od razu banan na twarzy. Na przykład podczas wyprawy na Bałkanach, jak byłem, głównie w restauracjach są ryby. Tak się składa, że ja mięsa nie jadam, więc jedyne, jak przeglądałem sobie menu restauracji to były frytki, więc wolałem odpuścić, niż jechać do restauracji na frytki. Skończyło się, że cały wyjazd jadłem w piekarniach, które na szczęście były często nawet otwarte do północy i można było dostać lokalnego, przepysznego burka, czyli ciasto świeżo pieczone na oliwie z takim białym serem. Jadłem tego, nie wiem, po dziesięć dziennie. No i dopiero pod koniec tego dziesięciodniowego wyjazdu zaczęło mi się to nudzić, więc mogę jeść też chyba monotonnie.

Oswajam się dopiero z nocowaniem w namiocie i jeśli nie nocuję w namiocie, to często pytam na kwaterze, gdzie można coś zjeść. Zostawiam rower i idę na miasto coś przekąsić do restauracji. Często cały dzień mało jem i później jest obżarstwo na wieczór w restauracji. Inaczej to wygląda, jak nocuję w namiocie, już coraz bardziej się oswajam, coraz lepiej się czuję i coraz lepiej się wysypiam. Ale mi osobiście nocowanie w namiocie nie przychodzi dosyć łatwo. Nocowanie jest okej, ale wysypianie się nie przychodzi mi łatwo. Wiem, że nic mi nie grozi, ale każdy jakiś szum trawy powoduje, że jestem na takim trybie czuwania, a ten nocleg w Andaluzji zdarzył się tak, że był to nocleg na ślicznej plaży przy morzu. Jedyne co słyszałem to szum fal, który mnie uspokajał. Umysł nie był w takim trybie czuwania i wyspałem się przecudownie. Niesamowita to była noc, nie zapomnę jej nigdy. To są plusy podróżowania poza sezonem, które właśnie też staram się uprawiać. Wybieram się poza sezonem, co pozwala cieszyć się pięknymi miejscami z o wiele mniejszą liczbą osób. Często jazda w sezonie w nadmorskich miejscowościach rowerem nie jest zbyt przyjemna, ani komfortowa.

Powiedz mi, gdzie siebie widzisz w tym kolarstwie gravelowym, bypackingowym, zawodach za dwa, pięć albo dziesięć lat. Czy gdzieś tak czasami wyobrażasz sobie albo rozmyślasz o tym, co mógłbyś robić? Czy czujesz, że może przyjść punkt kulminacyjny? Czy na razie w ogóle o tym nie myślisz ? 

Nie jest to zaplanowane, lecz widzę, że cały czas staram się od odrobinę podnosić poprzeczkę w wypadach z torbami, jak i zawodami. Eskapady są coraz trudniejsze, zawody też staram się w sezonie, żeby były coraz trudniejsze. I w maju tego roku wystartuję w zdecydowanie najtrudniejszych zawodach, w jakich w życiu brałem udział. Będzie to też dla mnie taki test, czy takie zawody, a mianowicie bikepacking races mi się podobają. Bo dotychczas nie brałem udziału w czymś podobnym, niby było Maroko, ale tam DNF. Dotychczas nie brałem udziału w zawodach, które trwają cztery albo i więcej dni. 

W maju wystartuję w Transbalkan Race na dystansie 1300 kilometrów i bodajże chyba 30 czy 35 tyś m przweższeń. Ale ja bardziej patrzę na czas, w którym ukończył go zwycięzca. I jest to chyba 5 dni, ukończył go jeden z najlepszych zawodników na świecie. Więc mi na pewno to zajmie dłużej. A więc jest to zdecydowanie podniesienie poprzeczki. Nie mogę się doczekać tych zawodów i po nich będę musiał się zastanowić, czy sprawiało mi to frajdę, a jeśli tak, no to kolejny raz podnieść poprzeczkę. A możliwe, że zdecyduję, że jednak nie mam ochoty jeździć tak długich tras na takiej deprywacji snu i takie eskapady pozostawię sobie na jazdy takie z 8 godzin snu, bez trackera, czyli wypady bikepackingowe. Bo myślę, że wiele osób jeździ zawody podobnie do tego, jak ja jeżdżę moje eskapady z torbami, czyli jazda prawie od świtu do zmierzchu. Ja zawody traktuję sportowo, i tak jakby nie chcę ich jeździć turystycznie.

Czyli rozumiem, że potrzebujesz celów i wyznaczasz je, a potem je realizujesz. Tak to działa u ciebie ? Bo chyba to nie jest tak, że budzisz się w maju i może dzisiaj sobie to pojadę.

 Zapisując się do Chile wyglądało to w ten sposób. Miałem gorszy dzień. Wstałem, była godzina dwunasta, jak dobrze pamiętam. I włączyłem sobie na YouTube wywiad z Łukaszem Ugarenko. I powiedział Acros Andes. Jedzie zawody. To było do tych zawodów jeszcze około pół roku, jak nie więcej. Postanowiłem, że nic nie sprawdzam, po prostu klikam, zapisuję się. Nie wiedziałem jaka tam jest do końca trasa. Wiedziałem, że jest tylko 950 kilometrów. I się zapisałem na te zawody. To były moje pierwsze zawody za granicą, więc to też wtedy była tak jakby poprzeczka zawieszona wysoko. 

Tak jak właśnie powiedziałem, było to bardzo spontaniczne, nieprzemyślane. Zapisanie się do Maroko było chyba jeszcze bardziej spontanicznie, bo Łukasz Ugarenko mi napisał, że dzisiaj mija termin zapisywania się. I napisałem mu nie kuś diable i jakoś, nie wiem, godzinę, dwie, później byłem zapisany.

Jest w tym taka fajna opowieść, ale też jest w tym taki powiedziałbym romantyzm takiej osoby, która podróżuje i która lubi ten klimat. To właśnie pokazuje takie Twoje kolarstwo oczywiście w cudzysłowie, romantyczne.

No właśnie, tak. Wielotorowo. Można też powiedzieć, że wiele form kolarstwa sprawia mi wiele frajdy. Mianowicie jedno to, co robi każdy, czyli jazdy wokół komina. To chyba przypada mi najmniej. Druga to jest, akurat połączone z jazdami wokół komina, czyli trenowanie. Trzecia, to są kwadraty, które uwielbiam, lecz też specyfika polskiej pogody i tak dalej. Nie można tego właściwie robić cały rok. Wiele jazd w roku jest pod te kwadraty. To była trzecia. Czwarta, to są zawody i piąta, którą uwielbiam najbardziej, to właśnie takie eskapady mniej więcej tygodniowe. Tydzień z hakiem, z jazdą od rana do nocy i raczej za granicą. Tutaj też powiedzmy podnoszę sobie poprzeczkę i nie mogę się doczekać co przyniesie przyszłość. Nie mam jeszcze pomysłu co w tym roku, lecz staram się mieć taką jedną wyprawę rocznie. 

Pierwsza to był Rzym, druga Bałkany, trzecia Chile, czwarta to teraz Andaluzja była, no i jeszcze 2026. Nie wiem, co przyniesie. Oby coś przyniósł.

Tags:

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *