Na Roztocze nie jedzie się po rekord ani po dowód, że „było warto”.
Jedzie się, bo coś ciągnie — miękko, bez nacisku, jak leśna droga tuż po deszczu. Ścieżka prowadzi pomiędzy wysokimi sosnami o zapachu żywicy, gdy nagle skręca na pola i nie tłumaczy dlaczego. Rower jest tu tylko sposobem, żeby się nie zatrzymać zbyt wcześnie. Ludzie, krajobraz, wioski… to wszystko szybko wciąga jak wiosenna łąka poranną mgłę. Nie zauważysz a właśnie w niej jedziesz, by za chwilę zapomnieć o tym, bo czeka Cię kolejny wyjątkowy spektakl przyrody. I jeżeli tylko będziesz miał oczy otwarte, a głowę wysoko uniesioną dostrzeżesz jeszcze więcej.
Wiosną Roztocze budzi się nieśmiało. Drogi długo są jeszcze wilgotne, ciężkie, jakby nie były pewne, czy chcą znów prowadzić. Piach klei się do opon, powietrze pachnie wodą i zeszłorocznymi liśćmi. Jedziesz wolniej, bo nie da się inaczej — ciało, rower i krajobraz dopiero się dogadują. Co chwilę coś przerywa rytm: rozlana rzeka, zwalone drzewo, błoto po osie. I dobrze. To pora, w której droga uczy cierpliwości, a Roztocze pokazuje, że nie jest tłem, tylko rozmówcą. Szeptaj, nie bądź bierny, niech powietrze wokół Ciebie drga, niech ścieżka czuje Twój rytm, a wiatr dyktuje tempo, kiedy suniesz kolejne kilometry. W końcu poczujesz jedność, wtedy nie będzie liczyło się nic tylko Ty i droga pośród roztoczańskich krajobrazów.
Latem wszystko przyspiesza, ale nie staje się łatwiejsze. Kurz wisi w powietrzu, słońce wypala myśli, a długie, falujące odcinki dróg sprawiają, że czas się rozciąga. Wioski mijasz powoli, jakbyś był tylko przejazdem przez cudze życie. Babcia siedzi na ławce, ktoś podlewa ogród, ktoś patrzy bez ciekawości. Roztocze latem nie jest spektakularne — jest konsekwentne. I jeśli dasz mu czas, odda go z nawiązką: ciszą w lesie, chłodem w dolinie, nagłym zjazdem, który przychodzi dokładnie wtedy, gdy zaczynasz wątpić. Dynamika drogi jest teraz najbardziej odczuwalna. Bądź jak tęskniący kochanek, najpiękniejsze momenty przed Tobą. Każdy zakręt, każde wzniesienie odkryje przed Tobą jakąś tajemnicę.
Jesień to pora, dla której wielu przyjeżdża tu po raz pierwszy — i często ostatni, bo trudno potem znaleźć coś równie uczciwego. Kolory nie krzyczą, tylko gasną powoli. Drogi są twardsze, bardziej przewidywalne, ale w głowie robi się miękko. Jedziesz przez liście, przez mgłę, przez dym z ognisk. Każdy kilometr wygląda jak wspomnienie, którego jeszcze nie masz. To najlepszy czas na powroty — nie tylko na Roztocze, ale do myśli, które zostały gdzieś po drodze. Nie musisz się spieszyć, droga opowiada Ci swoją historię minionego lata.
Zimą Roztocze zostaje dla tych, którzy nie potrzebują potwierdzeń. Śnieg zmienia wszystko: znika orientacja, znikają znane kształty, drogi stają się linią domysłu. Jedziesz wolno, czasem prowadzisz rower, czasem stoisz bez ruchu i słuchasz, jak cicho potrafi być świat. Tu nie ma heroizmu. Jest prosty wysiłek i nagroda, która nie daje się sfotografować. Zimą Roztocze najbardziej przypomina drogę jako ideę — coś, co istnieje nawet wtedy, gdy nie da się nim łatwo iść.
Warto wracać na Roztocze o każdej porze roku, bo ono nie oferuje jednego obrazu. Zmienia się, ale nie próbuje się podobać. Nie udaje przygody, nie sprzedaje doświadczenia. Jest sobą — mozaiką lasów, falą pól, wzniesień i dróg, które czasem prowadzą donikąd, a czasem dokładnie tam, gdzie trzeba.
To miejsce, które najlepiej czyta się w ruchu. Nie na ekranie, nie na mapie, nie w opisie. Na rowerze, który pozwala być wystarczająco szybki, żeby jechać dalej, i wystarczająco wolny, żeby zauważyć. Roztocze nie pyta, po co tu jesteś. Przyjmuje cię takim, jakim jesteś tego dnia. A to, niezależnie od pory roku, zawsze jest dobry powód, żeby wracać.
Jedzie się tu od miasteczka do miasteczka, jakby każde było osobną historią, krótkim przystankiem w długim zdaniu. Zamość,
Szczebrzeszyn, Zwierzyniec, Krasnobród, Józefów, Susiec i te mniejsze, których nazw czasem nie zdążysz zapamiętać — każde z nich mogłoby być celem samym w sobie, z rynkiem, kawą, cieniem drzew i obietnicą, że warto zostać na dłużej. I pewnie warto. Ale nie po to się tu przyjeżdża.
Przyjeżdża się dla drogi pomiędzy, dla odcinków, które nie mają tablic informacyjnych, dla momentu, gdy miasteczko zostaje za plecami, a przed tobą znów jest tylko piach, las i cisza. Te miejsca są jak oddech, nie jak meta — pozwalają się zatrzymać, ale nie zatrzymują na dobre. Bo sens Roztocza nie mieści się w punktach na mapie, tylko w tym, co wydarza się pomiędzy nimi, gdy znów jedziesz dalej.
Jest jednak moment w roku, kiedy Roztocze pulsuje trochę inaczej. Maj. Czas, gdy drogi są już przejezdne, ale jeszcze nie wygładzone przez lato, a lasy oddychają intensywnie, jakby nadrabiały ciszę zimy.
To wtedy odbywa się Ultra Race Roztocze — zawody gravelowe, które nie próbują zmienić tego miejsca w arenę, tylko na chwilę wpisują się w jego rytm. Roztocze na kilka dni pozwala się rozgościć pasjonatom i miłośnikom jazdy rowerem na dłuższych dystansach. Możesz zmierzyć się z 130, 330 i ponad 500 km gravelową przygodą.
W maju przyjeżdża się tu niby na zawody, ale szybko okazuje się, że rywalizacja jest sprawą drugorzędną. Droga nie reaguje na numery startowe. Piach wciąż potrafi zatrzymać, podjazdy dalej ważą tyle samo, a zmęczenie przychodzi dokładnie wtedy, kiedy chce. Ultra Race Roztocze nie skraca dystansu między tobą a krajobrazem — przeciwnie, wydłuża go, zmusza do uważności i pokory.
Majowe Roztocze jest najbardziej szczere. Zielone, ale jeszcze nie gęste. Żółte od rzepaku. Szybkie, ale nie łaskawe. To moment przejścia — między zimą a latem, między planem a improwizacją, między ambicją a odpuszczeniem. Nawet jeśli przyjeżdżasz tu na jeden dzień, wracasz z poczuciem, że byłeś częścią czegoś większego niż trasa. Twoje zmęczenie, odwaga i hart ducha piszą historię rowerowego Roztocza. Pot kreśli drogę od ambicji do pokory. Na metę wjeżdżasz nie po sławę, nie po medale i fanfary ale by spotkać siebie, przemienionego, nowego i spragnionego kolejnej takiej przygody jak Ultra Race Roztocze.
Dlatego właśnie w maju warto tu być najbardziej. Nie po to, żeby wygrać, ale żeby sprawdzić, jak droga poprowadzi cię tym razem. Trasa Ultra Race Roztocze 2026 jest tylko pretekstem. Resztę robi Roztocze.
Cześć Marcin. Zafascynowała mnie Wasza nazwa Pafaro. Historią sięgacie do początków, 1948 roku, czyli wyprodukowania pierwszych rowerów szosowych w Polsce – Bałtyk i Pafaro. Powiedz, dlaczego akurat wybrałeś Pafaro do tego, aby powiązać swoją markę z tą nazwą, z tą historią?
Cześć. Interesowałem się historią rowerów przedwojennych i powojennych. Powojennych to wszyscy znamy. No i to się od tego zaczęło. Czyli od chęci nawiązania do historii. Tak, do historii. Jak szukałem jakiejś nazwy dla Naszej marki, to chciałem, żeby nawiązywała do tych korzeni polskich rowerów. I tak się natrafiła okazja, żeby można było reaktywować nazwę Pafaro.
A nie miałeś problemu z tym, żeby tą nazwę ściągnąć do siebie?
Nie. Nie, bo u nas to wyglądało tak, że generalnie zastrzegliśmy znak towarowy. I w momencie, jak robisz zastrzeżenie znaku towarowego, to w ciągu trzech miesięcy ktoś musi zgłosić sprzeciw do tego. Akurat nie miał kto zgłosić, bo to była nazwa państwowa i po prostu tym sposobem tę nazwę pozyskaliśmy.
A czy w filozofii stworzenia marki Pafaro chciałeś sięgnąć do tej historycznej marki Pafaro ?
Jak zauważyłeś po rowerach, u nas nie ma tanich rowerów. Wszystko ma być premium. Moim marzeniem największym jest robienie tego wszystkiego tutaj w Polsce. Nie mówię o grupach napędowych, bo tego się tutaj po prostu nie da robić i nie ma nawet sensu. Ale całe serce roweru, czyli rama, kokpity, sztyce, malowanie żeby jednak jak najwięcej tego produktu było robione tutaj.
Żeby produkcja wróciła tak jak kiedyś do naszego kraju, żeby była w Polsce. Kiedyś produkowaliśmy wszystko, korby, koła, szprychy, wszystko było robione w Polsce. U nas teraz to nie ma sensu.
W branży rowerowej jesteś ponad 20 lat. Wydaje się więc naturalnym krokiem stworzenie własnego roweru. Co było głównym impulsem, żeby rozpocząć cały proces budowania nowej marki rowerów?
Wiesz co, od samego początku jeszcze jak miałem sklep w Dębicy tutaj na Kolejowej, od samego początku nawet prowadząc sklep zawsze chciałem robić rowery. To nie było nawet dyskusji, to był mój cel. I przed marką Pafaro, produkowaliśmy bardzo dużo rowerów skierowanych do szerszej grupy odbiorców. Ale to było działanie czysto biznesowe, miało zarabiać. A Pafaro powstało już bardziej z pasji. Dlatego to doświadczenie w montażu i w produkcji już mam bardzo duże. Te kilkanaście lat pracy teraz procentuje w budowaniu rowerów na najwyższym poziomie, bo tylko takie dla mnie się liczą. To musi być najwyższa światowa jakość. Nie powstydziłbym się postawić nasz rower obok najlepszych rowerowych marek jakie tylko znasz.
Nie będę ukrywał, że impulsem do spotkania z Tobą było przypadkowa rozmowa z kolegą Grzegorzem, który opowiedział mi jak bardzo indywidualnie został przez Was potraktowany tutaj w sklepie. Sam jakiś czas temu budowałem kolarską markę i bardzo doceniam jakość w obsłudze klienta, więc czułem, że tutaj musi powstawać coś wyjątkowego.
Czym zaskoczyliście jego i czym zaskakujecie swoich klientów ?
Indywidualne podejście, elastyczność i światowa jakość. Na to przede wszystkim stawiamy. Klient może sobie wybrać wszystko – począwszy od komponentów, przez malowanie, przez rozmiar, nwet owijkę, dosłownie wszystko. Nie ma aż takiej elastyczności u innych producentów. Nie chcemy sprzedawać roweru pudełkowego. Czyli idziesz do sklepu i kupujesz ten kolor, albo ten kolor, albo ten w tej konfiguracji albo w innej. U nas wszystko można zmienić. I bardzo dużo klientów zwraca uwagę na to, że np. kupując przykładowo Trek’a, kupuje cały rower ale generalnie z tego roweru bardzo dużo podzespołów musi wymienić, żeby mieć taki jaki naprawdę chce.
U nas tego nie ma. Czyli nie idziesz w dodatkowe koszty np. żeby wymienić koła, sprzedajesz i kupujesz nowe. To samo dotyczy np: siodełka, kierownicy, sztycy, napędu, owijki, korby itd. My to od razu robimy. Nawet jak nie mamy czegoś w konfiguratorze, to ktoś może sobie to zażyczyć i my to też założymy.
Czyli te sety rowerowe, które są na stronie to tylko punkt wyjścia, a potem klient dokłada…
Tak, my wychodzimy od ramy, nawet od gołej ramy. Ktoś wchodzi w konfigurator u nas, to jest zaprojektuje swój rower i dopiero wtedy buduje sobie cały rower od podstaw. Przed malowaniem. Przez wybór lakieru, połysk, mat, komponenty koła, opony, szprychy, siodełka, owijki, dosłownie wszystko. Wszystko dobiera sobie klient.
Czy swoją ofertą jesteście gotowi sprostać każdemu klientowi?
Tak.
Czyli nie ma takiego podzespołu, w który nie mógłby wyposażyć swojego roweru. Wszystko jesteście w stanie włożyć. To pięknie.
Tak jak powiedziałeś, klient nie wybiera tylko podzespołów z listy, może sobie dobrać wszystko. To znaczy włożyć każdy komponent, który uważa za ten, który chciałby mieć i Wy mu go bez problemu wkładacie.
Tak. Dlatego też bardzo dużo rowerów sprzedajemy na przykład bez siodełka albo bez kół, bo ktoś ma i wysyła je do nas, i my to montujemy na jego komponentach. Ważne jest aby to były elementy nowe a jeżeli używane to takie, które nie wpływają na sprawne techniczne działanie roweru. Też zdarza się, że ktoś na przykład wysyła do nas napęd, bo ma, my go zakładamy, dokupuje sobie koła, opony u nas i my to wszystko montujemy w całość. Ważne jest to, żeby te komponenty do nas dotarły przed składaniem roweru bo my to sobie zmontujemy tak jak trzeba.
Czy to co teraz mówisz, można odczytywać jako taki trochę pomysł i klucz w biznesie sprzedaży rowerów na najbliższe lata? Chodzi mi o to Wasze indywidualne podejście i elastyczność w połączeniu z najwyższą jakością ?
Myślę, że tak. Wydaje mi się, że masz rację, że troszkę ewoluuje ten rynek w Polsce, bo teraz np. jak widzę dużych graczy, przykładowo Centrum Rowerowe, czy na przykład Sprint Rowery, oni otwierają bardzo duże sklepy. Tam jest po kilka tysięcy metrów powierzchni sprzedażowej i to troszkę zabije te małe sklepy.
Albo oni wyspecjalizują się w takie manufaktury typu jak my, Albo wyspecjalizują się w sklepy takie stricte butikowe, że będą mieli Colnago lub inne bardzo drogie rowery, ale w małych ilościach. Wydaje mi się, że trochę ten rynek będzie tak skręcał. W Niemczech jest bardzo dużo takich manufakturek jak Pafaro. I tam ten rynek cały czas rośnie. W Polsce dopiero zaczynamy. Wszyscy tutaj, razem z konkurencją zaczynamy, ale wydaje mi się, że to będzie rosło. Już widać na przestrzeni lat, ile się pojawia na przykład marek odzieżowych, tego jest bardzo dużo. Ile już jest firm, które robią koła. Z rowerami jest troszkę ciężej, wszystkim. Ale trend jest podobny.
No tak, na pewno nie jest tak łatwo zdobyć dobrej jakości ramę.
Dobre ramy, no właśnie.
Trzeba też jasno powiedzieć, że za tym wszystkim stoi twoje doświadczenie. To nie jest tak, że wczoraj wymyśliłeś sobie, że będę budował rowery. Ty bardzo dobrze wiesz, czego oczekujesz, żeby ta rama spełniła wszelkie oczekiwania klientów i wiesz, skąd ją sprowadzić.
Tak, bo my znamy rynek ten tajwański, znamy rynek chiński, jakby z tych poprzednich produkcji bardzo dobrze. Mamy świetny kontakt w Tajwanie, to jest kluczowe. Ale we wcześniejszych latach naprawdę bardzo dużo sampli testowaliśmy. Bo to nie jest tak, że masz ramę i od razu budujesz na niej rower i sprzedajesz. Pierwsze zamawiasz sample, trzeba go objeździć, zobaczyć, sprawdzić itd. I były takie sample, które w ogóle od razu odrzuciliśmy. To się w ogóle kupy nie trzymało. Nie można było na tym budować roweru. Także ja też mam dużą wiedzę odnośnie karbonu. Ja też sam projektuję, no te wszystkie rzeczy, co widziałeś, to to wszystko ja sam zaprojektowałem. Mam program opanowany i znam całą technologię karbonu, jak to jest wytwarzane, na co zwracać uwagę. Tam musisz też materiałowo zwracać uwagę, wiesz, przeróżne karbony i to też jest szeroki temat. To się może tylko wydawać, że a karbon, prawda? Rama, karbon i temat gotowy. A to jest mega skomplikowany temat. Póki się nie wejdzie do środka.
Taka ciekawostka. W Pafaro ramy robione są w jednym monokoku.
Czyli? Jakby Ci to wytłumaczyć. Jeśli na przykład ktoś produkuje ramę, No to przeważnie ten przedni trójkąt jest doklejany do tylnego z racji gabarytów formy. U nas jest wszystko w jednej formie. Jest to mega skomplikowane. Tylko około 10% innych marek w ten sposób buduje swoje ramy.
Powiedz mi jak zaczyna się składanie roweru.. Jakie są kroki? Klient sobie wybiera ramę, jedną z tych która jest w ofercie na stronie i co dalej ?
Wysyła do nas specyfikację. Mamy specyfikację i wtedy przystępujemy do projektowania. To zajmuje najwięcej czasu. Jeśli uzgodnimy specyfikację, napęd, tarcze, opony, koła, siodełko, owijka itd. To potem robimy projekt kolorystyczny, który też zajmuje nam bardzo dużo czasu, bo to są zmiany, przesuwamy napis, a tu jakiś drobny napis, małe, duże, kolory, efekty. I na tej podstawie, gdy dojdziemy już do takiego ostatecznego projektu, my to wszystko podsumowujemy, wysyłamy plik do potwierdzenia. Zawsze musi być akceptacja, że wszystko się zgadza, bo my też się możemy pomylić. I po akceptacji wysyłamy linka do zakupu i wymagamy zadatku 20%. 15 dni, wpłata reszty.
I wysyłka roweru czy odbiór osobisty?
100% wysyłka praktycznie.
A skąd są klienci?
Z całej Polski.
A myślicie o rynku zagranicznym?
Powoli. Powoli.
Mam jeszcze jedno pytanie. Jak według Ciebie w najbliższych 2-3 latach może wyglądać branża rowerowa?
Ciężkie pytanie. Rynek rowerowy od czasu pandemii się po prostu wywrócił do góry nogami. I zamykają się firmy. Wydaje mi się, że generalnie więcej firm się teraz zamyka, niż powstaje. I to jest taka bolączka troszkę teraz w branży rowerowej. Wydaje mi się, że zaczyna się po tej pandemii trochę czyścić też ten rynek. Filtruje się i zostanie to, co naprawdę gdzieś tam rynek jakby jest w stanie wchłonąć, czy tak jak powiedziałaś wyczyści się.
Ci co przetrwają to będą musiały dalej działać. My jesteśmy troszkę inaczej pozycjonujemy się w Pafaro. Nie patrzymy tak na ogólną tendencję rynku. Nasz rower jest premium, to jest troszkę inny segment, to jest też inny klient. Z reguły nawet przy tym kryzysie on jednak dalej jest majętnym klientem. Umówmy się, kto wydaje na rower 20 tysięcy złotych, to już ktoś musi mieć dobrą pozycję, zarabiać. A z drugiej strony jest to klient bardzo świadomy tego co che mieć w swoim rowerze. I docenia to, że my to wszystko możemy mu zaoferować.
Ja nikomu nie bronię, niech walczą, niech się przygotowują, dużo osób bardzo poważnie podchodzi do treningu, to nie jest tak, jak jeszcze 6 lat temu, że po prostu jeździli na spontanie. Oni inwestują w sprzęt, inwestują w trenerów profesjonalnych, czy tam w jakieś profesjonalne treningi, w profesjonalne diety, no i czuję ich oddech i niedługo pewnie, to ja będę ich gonił, a nie odwrotnie.
Opowiedz w jakich okolicznościach zrodziła się pasja czy bakcyl do jazdy rowerem długich dystansów ? Długich, czyli mam tutaj na myśli więcej niż 300-400 km co dla Ciebie w tej chwili to bardzo krótkie dystanse.
Ta pasja zrodziła się ogólnie z turystyki, ponieważ ja kończąc się ścigać na MTB jakieś 15 lat temu, zacząłem turystycznie jeździć na rowerze i nie tylko, bo dużo też kajakowałem. Czyli ta pasja zrodziła się, kiedy zacząłem wyjeżdżać po prostu w teren, kajakiem pływałem na cały dzień, nawet nocą pływałem.
To już nie chodzi o same rowery, tylko po prostu o przebywanie i formę wysiłku poza domem wielogodzinną, czy wielodniową. Bo ja zawsze to powtarzam, że jestem człowiekiem, który wywodzi się głównie z turystyki, czy rowerowej, czy kajakowej, czy różnej innej. Bo i pieszej, bo potrafiłem nawet na nogach przejść 100 kilometrów, bo sobie takie wycieczki robiłem nawet w zimę, kiedy było minus 10, minus 15 stopni, potrafiłem wyjść z domu i wrócić na przykład po dwóch dniach.
Więc ja w sobie już mam taką zakodowaną przyjemność zrobienia czegoś, co trwa więcej niż powiedzmy 10 godzin. I tak jak mówiłem, zaczynałem od turystyki. Ja zawsze to podkreślam, że pierwszą Wisłę 1200 przejechałem nieoficjalnie turystycznie.
Po prostu dowiedziałem się o tym wyścigu, że takie coś jest, więc to był chyba sierpień, a Wisła 1200 była w lipcu, więc postanowiłem przejechać tą trasę, bo mi się spodobała. Wziąłem sakwy rowerowe, namiot, jakiś tam śpiworek mały, oczywiście wszystko takie wylajtowane. No i pojechałem tą trasę z noclegami i powiedziałam sobie wtedy – w następnym roku na tej trasie już pojadę po prostu wyścigowo. Jak wiadomo z bardzo dobrym wynikiem. Ale ja zawsze to powtarzam, że zamiłowanie do długich dystansów wzięło się po prostu z uprawiania turystyki rowerowej, pieszej czy kajakowej, czy jakichś innych form ruchu.
W takim razie jak to się stało, że wybór padł na rower ? Bo rozumiem, że to on daje Ci w tej chwili największą satysfakcję ?
Na rowerze zawsze jeździłem, całe życie. Tak jak ojciec mnie nauczył za dzieciaka, startowałem w wyścigach szosowych, później w Polsce pojawiły się rowery MTB, zacząłem jeździć na MTB. Zawsze mnie pasjonowały jazdy terenowe. Porzuciłem szosę kiedy w Polsce zaczęła się moda na jazdy po terenie. Dużo osób może to nie pamięta, ale jak ja zaczynałem swoją przygodę z rowerem no to jako tako nie było nawet rowerów MTB w Polsce, tylko jakiś tam ewentualnie przełaj. A na przełajach jeździliśmy, głównie wiosną czy zimą.
Dopiero ta moda na jazdę po terenie to przyszła z Ameryki czy tam z zachodu i u nas w Polsce tak dopiero zaczęła raczkować. Wtedy po prostu kupiłem swój rower MTB, jeszcze taki typu retro i zacząłem jeździć tylko na rowerze MTB w terenie. Tak to właśnie się zaczęło. Wtedy szosę całkowicie porzuciłem i zacząłem jeździć właśnie w terenie, zacząłem się ścigać na MTB. Aczkolwiek w pewnym momencie te wyścigi MTB zaczęły mnie trochę nudzić ze względu na zbyt krótkie dystanse, a zbyt dużą intensywność, no i właśnie wtedy postanowiłem pojeździć turystycznie na tym rowerze dłuższe dystanse. Wtedy jeszcze nie było zawodów takich ultramaratonów, może był tam MRDP chyba, ale to był czasowy wyścig, to też startowałem. Pamiętam jedną edycję w górach, to było tam tylko 600 kilometrów, nie 1000 kilometrów.
I przyszła kolejna moda na gravele, może nawet nie chodzie o sam typ roweru jako gravel, tylko po prostu moda na zawody ultra i to chyba takie ultra w wydaniu typowo ultra, czyli dystanse po 1000 kilometrów czy ponad. To dla wielu osób, tak jak między innymi dla mnie było to wielkim wyzwaniem. I rzeczywiście ja z tego czerpię ogromną radość przy tych długich dystansach. Okazało się, że takie ściganie już nie jest takim intensywnym wysiłkiem. Postawiłem na maksymalne dystanse i tak zaczęła się ta przygoda i trwa do dzisiaj.
Czy to ta pierwsza Wisła 1200, to po niej poczułeś, że właśnie ten kierunek daje Ci największą satysfakcję i przyszła kolej na tego rodzaju wyzwania w Tobie?
No zdecydowanie takim bodźcem największym to była oczywiście Wisła 1200, ponieważ, kiedy wystartowałem pierwszy raz w tym wyścigu, czyli w drugiej edycji, to tych ultramaratonów w Polsce może było 3-4, na których jeszcze w tym samym roku wystartowałem.
Wiem, że chyba szosowy ten MRGP startował i nie pamiętam czy GLG to może było. Wtedy nie było wielu wyścigów, wręcz można powiedzieć, że można było na palcach jednej ręki policzyć. Dlatego tym bodźcem zdecydowanie była Wisła 1200 ze względu chociażby na dystans i na trudność terenu. I zacząłem od takiego górnego pułapu z grubej rury, bo mój pierwszy ultramaraton to był właśnie Wisła 1200.
Taki poważny wyścig, nie mówię o tym wcześniejszym przejeździe turystycznym, ale wyścigowo to był Wisła 1200. I od tego czasu takiego bakcyla złapałem, tak się w to wkręciłem, że zawsze sobie obiecuję, że już powinienem sobie odpuścić. Ale teraz na przykład jak siedzę czy jak dojeżdżam do pracy, to cały czas już myślę o nowym sezonie. Ledwo się skończył jeden, ale już wyszedł następny, więc ta pasja niesamowicie do mnie przyległa, dotarła. Każdy musi coś znaleźć, każdy ma jakiś swojego konika. Ja właśnie chyba na to postawiłem, moim konikiem jest stałość w tych długich dystansach. I to może podkreślę, bo dla niektórych dystans ultra, tak jak powiedziałaś, to jest 300 kilometrów czy 500, a dla mnie 500 km już nie jest jakimś dużym wyzwaniem ani długim dystansem.
Poszukuję coś dłuższego, cięższego, nie jest w Polsce tego dużo, ale to co jest, to staram się wystartować w tych dłuższych imprezach wielogodzinnych. Nie kilkanaście godzin, tylko kilkadziesiąt godzin. Dlatego m.in. ten start w zawodach dookoła Polski 3200 km w ubiegłym roku i w tym roku.
Powiedz w takim razie, co jest takiego w tych takich ultra długich dystansach tysiąc i więcej km, a nie ma tego w dystansie np. 500 czy 600 km ?Czy to jest kwestia wyzwania i podnoszenia poprzeczki, czy gdzieś indziej to leży ?
Myślę, że chyba znów powrócę znów do tego magicznego słowa turystyka. Ja pamiętam jak zacząłem startować na dystansie 500 km, np:. Pomorska 500, czy jakieś inne imprezy. To był czas na taką refleksję, na takie zatrzymanie, siedzenie na stacji, wypicie kawy, zjedzenia porządnego posiłku. Od tego czasu te dystanse krótkie, w nawiasie krótkie oczywiście mam na myśli około 500 km, to jest to typowo już gravel racing, czyli to jest wyścig po prostu. To jest start na pełnej mocy, na pełnym gazie od startu do mety.
I oczywiście ja mam w sobie też iskrę takiego ściganta i lubię się też ścigać, ale tak jak często podkreślam, ja się w życiu naścigałem bardzo dużo i po prostu w tych długich dystansach mnie właśnie kręci to, że to jest jakby mój powrót do takiej turystyki. Oczywiście tej turystyki w formie bardziej sportowej, bo cały czas się ścigamy na tych dystansach tysiąc kilometrów, czy nawet dłuższych, bo to jest oczywiście wyścig, zawody. Ale te wyścigi są na tyle specyficzne, że tam już jest czas na tą chwilę takiego zwolnienia i cieszenia się tą jazdą. Chociażby tak jak zawsze to podkreślam, niedawno uczestniczyłem na Watasze, teraz jesiennej. Pojechałem z kolegą 250 kilometrów. Jechałem jego tempem, czyli takim dla mnie wolniejszym, powiedzmy o te 2-3 km na godzinę.
Czyli wystarczy zwolnić o te 2-3 km na godzinę i człowiek ma o wiele większą frajdę z jazdy, przynajmniej z mojej strony. Podczas jazdy czerpie się więcej, niż podczas takiego typowo wyścigu, gdzie widzi się tylko i wyłącznie tą ścieżkę przed sobą, jest się cały czas skoncentrowanym. Nie ma czasu żeby się rozejrzeć, już nie mówię o jakimś zdjęciu czy nagraniu filmu. To na przykład na Watasze sprawiało mi to wielką radość i tak jak powtórzę, że te długie dystanse to dla mnie są ogromną frajdą, ze względu na moje zamiłowanie do turystyki i takiego nietypowego ścigania się, zamiast bicia jakichś rekordów, czy walki o każdą cenną sekundę. Więc sądzę, że chyba pójdę w tym kierunku w przyszłych sezonach, no i postawię na te najdłuższe dystanse w Polsce, oczywiście gdzieś tam przeplatając je tymi krótszymi.
Taka romantyczna przygoda rowerowa na długim dystansie, z mocnym akcentem na rywalizację i sport, czy dobrze rozumiem ?
Tak, dokładnie, tak jak mówisz. Jadąc na start, oczywiście startuję i się ścigam, bo jestem jeszcze zdrowy i mam na tyle chęci, aby walczyć z tymi najlepszymi i żeby z nimi rywalizować.
Ale od takiego czasu poczułem, że już trochę jest za dużo tego typowo racingu, gravel racingu i chyba pora coś zmienić i może po prostu trochę zwolnić. I to ja zawsze mówię, są młodzi, niech inni się wykazują. Ja już swoje, to co miałem, zrobiłem.
Te wszystkie lata, które przejeździłem na tych zawodach mnie satysfakcjonowały. Jestem moim zdaniem spełnionym zawodnikiem, bo nasz sport to jest tak naprawdę sport amatorski, nie wiem, jak to nazwać, to o jakiejś tam zawodowstwie czy zawodniczym starcie. Ale ja się w tym sporcie spełniłem, jak inni się wykazują, to nie znaczy, że ja im odpuszczę, bo to nie nastąpi aż tak szybko, ale stopniowo na pewno będę im ustępował z tej ścieżki i niech oni tam kręcą swoje rekordy.
Ja już swoje rekordy zrobiłem w życiu, więc pora na taką refleksję, takie spowolnienie. Więc obiecuję sobie, że zawsze to jest następny sezon, następny sezon. Dopóki mam siłę, zdrowie, to na pewno to nie będzie gwałtowne przejście do turystyki takiej, bo tak jak mówiłem, pewnie na zawodach takich grawelowych będziecie mnie spotykać jeszcze wiele, wiele lat, ale niekoniecznie już na tych najwyższych miejscach.
Więc powoli przyzwyczajam moich kibiców, że tak jak chyba do ubiegłego sezonu moim najgorszym miejscem było chyba drugie miejsce, o ile pamiętam, a tych startów miałem pewnie ze 60 albo i więcej. Tak w tym roku potrafiłem czwarte miejsce zająć (2024), pomijając to, że miałem jakieś defekty, przygody i zająłem inne miejsce, to nie można się tym tłumaczyć. Czy chociaż na Watasze przyjechaliśmy z kolegą na piątym, szóstem miejscu, czyli tak jak mówiłem, że wynikiem bardzo dobrym było, pomimo tego słabszego tempa.
Tak jak powiedziałem, powoli przyzwyczajam kibiców do tego, że nie zawsze będę wygrywał, nie zawsze będę nawet na podium. Niech się inni pocieszą z tej satysfakcji, zajęcia podium i bycia dekorowanym. Nie będę wszystkim zajmował tych miejsc.
Niech się inni też pocieszą, bo zawsze mówię, że jak Radek jest, to to już pierwsze miejsce zajęte. To tak nie do końca działa. I niejeden ze mną już wygrał i pewnie w najbliższym czasie, częściej to będzie się powtarzało.
Ale tak jak mówię, ja już się spełniłem w tym sporcie, zrobiłem to, co chciałem zrobić. Już nie mam jakichś takich celów sprecyzowanych, żeby tam bić te rekordy czy pobijać swoje granice. Zobaczymy, jak młodzi do tego podejdą, czy wykorzystają swoje szanse.
Łatwo im tego nie oddam. Na pewno będą musieli te poty wylewać, tak jak ja wylewałem, żeby ze mną zwyciężyć czy rywalizować.
Ale tak jak powiedziałeś, już nie ma różnic godzinowych, tylko są wręcz minutowe. Czuję oddech tych zawodników za sobą, te kroki szybkie, ta taka chęć wygrania. Nie koniecznie ze mną, bo to każdy ma jakieś swoje cele i każdy chce pobić swój rekord, a przy okazji może i mnie pobiją.
Życzę im tego z całego serca i czekam. Ja zawsze podkreślam, że ja już w życiu tyle kilometrów przejechałem, że wystarczy tą bazę jakoś tam utrzymać. Nie muszę wcale ani dużo trenować, ani długo, bo ja w nogach mam tyle przejechane, co niejeden tyle samochodem nie przejechał w swoim życiu.
Wręcz uważam, że gdybym zaczął mocniej trenować, czy pod okiem jakiegoś trenera, czy już nie daj Boże pod okiem pomiaru mocy, czy jakiegoś pulsometra, bo ja tego zawsze unikam, to po prostu uważam, że ta moja jazda nie sprawiałaby mi tyle radości. Nie to, że nie chcę być lepszy, ale nie potrzebuję być lepszy.
Bo to, że przegram w tej chwili, to niejeden pewnie by był załamany. A mi wręcz to nawet sprawia satysfakcję, bo wiem, że powoli będę mógł oddalić się w cień. A moje przygotowania są standardowe co roku.
Do pracy jeżdżę w dwie strony. Jedną stronę mam 25 km, drugą przed wiosną pojadę sobie na jakieś trzy może dłuższe treningi, typu 200 km przed tymi startami najważniejszymi. A później to tylko podtrzymuję tą formę startami głównie.
Jeżeli się startuje co dwa tygodnie, co tydzień, bo w tym roku co tydzień startowałem, to nawet nie ma prawa być miejsca na trening, bo to wtedy bym się skatował totalnie. Od zawodów do zawodów. Tak, w tym roku można powiedzieć, że nie nazwałbym tego treningu tyle, żeby dojechać do pracy jakiś tam rozjazd, a zawody były moim treningiem.
Więc nie myślę o jakimś specjalistycznym treningu, ani o jakimś specjalistycznym przygotowaniu się. Teraz wyjątkiem będzie ta zima, bo jedziemy z Łukaszem Ugarenko do Maroko na Atlas Mountain Race. To jest gravel race i tu będę musiał troszkę więcej pojeździć niż standardowo.
Przynajmniej co dwa tygodnie te 200 km zrobić, jak oczywiście pogoda nam to pozwoli. No bo żeby w lutym być przygotowanym, bo to jest wyścig w lutym, no to ten grudzień, styczeń trzeba jakoś tam przejechać, przynajmniej utrzymać tą formę z wakacji. No to postaram się w miarę możliwości trochę więcej trenować niż zawsze, niż co roku.
No ale to jest wyjątkowy rok ze względu na ten start, a tak to pewnie by się nic nie zmieniło standardowo. Dojechać do pracy w tą i z powrotem, a nawet w weekend czy zimą jako tako też nie jeżdżę, no bo jak 5 dni pojeżdżę w zimę przy różnej pogodzie, to szczerze mówiąc ten weekend to wolę sobie odpocząć, niż wsiadać znów jeszcze i gnać na tym rowerze.
To rozumiem, że nie interesują Cię po powrocie z jazdy średnie, jaka moc i jakieś inne cyferki ? Raczej unikasz tego, z tego co mówiłeś, prawda?
Ja nawet jak przyjeżdżam na metę, to wyłączam oczywiście licznik, bo to wiadomo, automatycznie zapisuję ten ślad, ale nigdy nie analizowałem tego, nawet nie sprawdzałem jaka tam średnia wyszła, czy ile miałem postoi, ile jazdy, jaka maksymalna, już nie mówię o jakiejś tam średniej mocy, no bo nawet nie mam sprzętu do tego, nie chcę mieć. Nawet ostatnio kolega się pytał o badania wydolnościowe, że chciałby mi zrobić tu u nas w Toruniu, ale ja mówię, no słuchaj, badania badaniami, ale to żeby to wykorzystać w treningu, to po pierwsze trzeba mieć rozpisany fajny trening, a po drugie trzeba mieć coś, co zmierzy tą Twoją intensywność, przynajmniej pulsometr, a najlepiej właśnie pomiar mocy, więc ja nie myślę o takich rzeczach.
Ja to zawsze powtarzam, że to są rzeczy dla zawodników, amatorzy, niech sobie po prostu jeżdżą na tych rowerach i niech się cieszą z jazdy, tak jak ja, tego wszystkim życzę. Bo ostatnio na Watasze widziałem gościa, który jechał, na początku jechaliśmy w takiej większej grupie, to wiadomo, na początku to było tam strasznie duże tempo, no to goście po prostu w ten licznik były zapatrzone, nie wiem, co on tam widzi ciekawego i krzyknąłem do niego, chłopie spójrz się do przodu, po to tu jesteś, po to tu przyjechałeś, patrzeć się w licznik to możesz sobie na trenerze, albo na treningu, a na wyścigu jesteś, nowy krajobraz, nowy świat, nowe doświadczenia, przeżyj to, a nie przeżywasz to w cyferkach. Może niektórzy mają tą satysfakcję z tych cyferek, z tych komów na przykład, co tam podbijają te rekordy, ale ja to zawsze powtarzam, jestem turystą, zawsze byłem turystą.
Mnie sama jazda na rowerze satysfakcjonuje, no i chęć przeżycia wielkiej przygody na łonie natury, to jest to po co ja jeżdżę, nic więcej mnie nie interesuje tak naprawdę.
To wiesz co, to w sumie jest niesamowite, że potrafisz łączyć, bo tak to odbieram, taką jazdę dość intensywną, no bo skoro wygrywasz, no to ona musi być intensywna, a mimo wszystko mówisz, nazywasz to przygodą, no i też lubisz jakby czerpać z tego co widzisz, lubisz czerpać przeżycia, doznania wyciągać z takiej jazdy, z takich zawodów.
To takie niesamowite połączenie, bo z reguły jak ktoś jedzie, no to tak jak mówisz, patrzy tam w to pierwsze przednie koło, patrzy czasami na licznik i leci jak dzida, nie myśląc w ogóle o tym co mija, a jeżeli się go zapyta na mecie, no to praktycznie nic nie widział. Widział koło, przód i nic więcej. I przerzutkę przeciwnika, tą co jedzie przed nim.
Tak, tak. To tak nie do końca jest, bo jadąc, ścigając się, no bo tak jak podkreślam to, no w szczególności te krótkie dystanse, tam 250 czy 500 kilometrów, no to jak przyjeżdżam, no to się ścigam, no chyba, że jest jakoś mała, obstawiona impreza. A jak jest mocna impreza, no to muszę to potwierdzić, że dużo rzeczywiście też nie widzę. Staram się coś tam zobaczyć, staram się tam rozejrzeć, ale na pewno nie ma czasu na jakieś zdjęcie, czy na kręcenie filmu, czy tam jakieś większe doznania. Mam prędkość i tą koncentrację jazdy, żeby jakiegoś błędu nie popełnić, żeby się tam nie wywrócić, żeby tam te sekundy, minuty, nie stracić.
I dlatego satysfakcjonują mnie te długie wyścigi, bo tam jednak ta prędkość nie jest już taka istotna, wręcz nawet niewskazana, a jak jedziesz pięć na godzinę wolniej, no to wtedy masz zresztą najwięcej czasu na wszystko i na spokojne zjedzenie i nawet możesz sobie spokojnie tą bułeczkę skonsumować, zrobić jakieś zdjęcie, czy się rozejrzeć wokoło. Więc to jest kwestia też od dystansu, no i też od przeciwników. Jeżeli przeciwnicy są wymagający, no to niestety też nie mam czasu na przeżywanie tego, jakbym tego chciał, ale tak jak mówię, no w tym sezonie podzieliłem to na pół na pół.
Były zawody, gdzie mogłem sobie pozwolić na chwilę takiej spokojnej jazdy, no ale część zawodów, kiedy walczyłem o te najlepsze miejsca, niestety nie pozwoliło mi na to. I dlatego na tych zawodach to po prostu zrównoważone mam tempo i podejście do tego. Wyścig oczywiście wyścigiem, wszystko fajnie, ale też od czasu do czasu trzeba zwolnić, tak jak chociażby na Watasze czy na innych imprezach.
Więc może dlatego to jest zamiłowanie do tych długich dystansów, bo tam, no tak jak powiedziałem, nikt nikogo nie goni, pomimo, że to są zawody, ale każdy jedzie swoim tempem i nie czujesz tej presji takiej, że ktoś za tobą jest 5 minut, czy tam 10 minut, tylko wiesz, że tam jest godzina, czy dwie, czy trzy godziny, więc wiesz, że możesz się zatrzymać na tą kawę, wypić tę kawę, zjeść coś ciepłego, bo te trzy godziny, jak się zatrzymasz te 20 minut, no to nie mają jakiegoś dużego wpływu. No więc w tym roku takie zrównoważone miałem zawody i tam, gdzie mogłem się rozluźnić.
A tam gdzie się ścigałem, gdzie byłem skoncentrowany, to uwierz mi, też dużo nie widziałem. Ale na pewno więcej widziałem niż tu, co tylko tamci te cyferki w licznikach.
Ja licznik używam tylko i wyłącznie do nawigacji. I gdyby nie to, to pewnie bez licznika bym jeździł, tak jak zawsze jeździłem bez licznika. Więc licznik służy mi tylko i wyłącznie do nawigacji, żeby jechać po tym śladzie.
Więc to jest taki przyrząd, który jest niezbędny oczywiście, ale w moim wydaniu mógłby być niezbędny, gdyby nie na trasach elektronicznych. Tak jak zresztą ja jeździłem kiedyś dużo na zawody na orientację z mapą. Tam licznika nie miałem.
Przepraszam, tam był licznik zabroniony wręcz. I też tam po dystansach po 200-300 kilometrów szukaliśmy tych punktów w lesie i jeździliśmy po prostu na mapie z kompasem. Więc to była też niesamowita frajda, bo człowiek cały czas wiedział przynajmniej, gdzie się znajduje, bo na mapie widzisz, tam miejscowość taka, tu rzeczka, a jak śledzisz ten ślad na liczniku elektronicznym, to tak naprawdę to tylko kreska, gdzie jest najbliższy zakręt, gdzie jest najbliższy zwrot.
I ty nawet nie wiesz, czy jedziesz na północ, czy na wschód, chociaż liczniki mają, możesz zorientować się, ale dużo osób to nie interesuje. Ale nie wiesz, czy jesteś wokół takiego miasta, czy takiego miasta dużo osób przyjeżdża przez jakieś miasto i na przykład tak jak ostatnio jechaliśmy w Watachę, jechaliśmy blisko Kielc i pewnie dużo osób nawet nie wie, że jechaliśmy tak blisko Kielc, czy nawet tam zahaczyliśmy o Kielce. A gdy śledzisz tą mapę cały czas, to przynajmniej wiesz, gdzie się znajdujesz i to też jest fajne.
Ale jazda z mapy to typowo już jest taka jazda turystyczna, więc nie ma co porównywać tych dwóch imprez, zawodów.
Okej, dzięki. Powiedz mi w takim razie, czy jesteś w stanie mi powiedzieć, jak według ciebie podczas, no może ścigania bardziej, rozkłada się przygotowanie mentalne, a fizyczne do takiej jazdy no i do osiągnięcia celu, czyli wygranej ?
Czy widzisz gdzieś tu przewagę, że coś pomaga akurat w twoim przypadku bardziej lub mniej, no bo fizycznie jesteś praktycznie perfekcyjnie przygotowany? Czy ty nie masz problemu z takim mentalnym nastawieniem, nie przychodzą chwile słabości nawet po 20-30 godzinie jazdy, czy jednak czasami masz z tym problem i musisz z tym powalczyć?
Tak, no wszyscy myślą, że nie mam w tej chwili słabości, tam ktoś mnie nieraz gdzieś ochrzcił, że jestem jakimś tam robokopem, ale to tak nie jest. Bo każdy ma jakiś tam kryzys i na każdego, jak mówisz ten kryzys przychodzi. Ja to tak myślę, że dużo osób odczuwa ten kryzys tak na 150-200 kilometrze, i ja też. Ale ja nauczyłem się, przez te wszystkie lata startów, jakoś ten kryzys mocno mnie nie spowalnia. Dużo osób jak ma kryzys, no to wręcz musi się zatrzymać, czy zjeść posiłek jakiś porządny, odpocząć nawet pół godziny, czy nawet dłużej, a ja podczas jazdy potrafię nawet troszkę zwolnić, coś podjeść mocniej i wtedy ten kryzys dość szybko mija.
Ale to są lata doświadczenia i tego nie można się nauczyć, tego nie można od kogoś zdobyć, bo to po prostu trzeba metodami krótkich błędów nauczyć się swojego organizmu, nauczyć się tego organizmu słuchać, co on potrzebuje w danej chwili. Największy błąd to jest chyba to, jeżeli ktoś ma kryzys, to jak mówisz, mentalnie się poddaje, bo jak na początku jechał 30 na godzinę, to podczas kryzysu może jechać 20 na godzinę i dużo osób mentalnie już słabnie, a jak wiadomo na tych zawodach mental jest bardzo ważny i to wtedy dla nich jest ogromnym szokiem, że coś się dzieje i wtedy po prostu nie mogą sobie z tym poradzić. Ale to każdego czasami dopada, każdy przeżywa chwilę słabości i to chyba bez wyjątku. Pytanie jest tylko, co zrobisz podczas tej chwili słabości. Czy mentalnie jesteś na tyle mocny, że wiesz, że trzeba to po prostu przetrwać i sobie z tym umieć poradzić, czy po prostu siadasz do baru i się poddajesz. Niektórzy nawet wręcz schodzą. Więc to jest najważniejsze, słuchanie swojego organizmu i uczenia się swojego organizmu, oczywiście na swoich błędach, bo nikt cię tego nie nauczy, co w danym momencie twój organizm potrzebuje. Czy potrzebuje na przykład zjeść coś słodkiego, jakiegoś szybkiego żela, czy na przykład może odwrotnie, może coś tłustego, jakąś bułkę z masłem, z serem, żeby na przykład na tłuszczu pojechać, a nie na węglowodanach.
Dużo osób jeździ na tych słodyczach i to też jest niedobre, jeżeli jemy non-stop te słodycze na tym słodkim, to też w końcu organizm się zamula i to wtedy przychodzi też takie zwątpienie, chwila taka. Bo ten organizm już nie przyjmuje jedzenia, bo ile można jeść tych słodkości, czy tych żeli, więc może wtedy właśnie trzeba coś zmienić w tym swoim żywieniu, może coś innego zjeść, może coś słonego, może coś kwaśnego.
Eksperymentujmy na swoich organizmach, a na pewno przyniesie to efekt, wiem to po sobie, bo ja już się na tyle nauczyłem, że wiem, co robić, aby ten kryzys był jak najmniejszy, to po pierwsze, a po drugie, co zrobić, aby ten kryzys jak najszybciej zażegnać.
Moje rady może będą cenne dla innych, ale dla niektórych niekoniecznie, ponieważ każdy potrzebuje czegoś innego. Na przykład ktoś potrzebuje chwili spokoju, odpoczynku, a ktoś inny potrzebuje jakiegoś dopingu od jakiegoś na przykład chociażby współzawodnika, który go tam pociągnie na kole przez jakieś 15 czy 50 kilometrów i wtedy on zmotywowany jest. O, taki przykład, mówimy o Łukaszu Ugarenko, pamiętam na Pomorskiej 500 jechaliśmy. Ja jechałem z Michałem, wtedy wygraliśmy, pierwsze dwa miejsca zdobyliśmy.
I w nocy Łukasz Ugarenko przed nami startował i w nocy Łukasza doścignęliśmy, to było gdzieś, ja wiem, 3 albo 4 lata temu, ojej, 4 lata temu bardziej. I Łukasz dojechaliśmy i on był strasznie zmęczony, skatowany i rozmawialiśmy, jechaliśmy przez chwilę i on już po prostu powiedział, że ma dość, on już by chciał najlepiej położyć się, spać, zejść z trasy, bo już mu się nie chce, bo już ani nie może nic zjeść, a jak nic nie zje, to wiadomo, nie ma energii, bo już jest tak osłabiony. Ma przesyt już tej jazdy, tego jedzenia. I my wtedy z kolegą Michałem trochę zwolniliśmy i mówimy, Łukasz, to chodź, pojedziemy razem.
No i on dzięki temu, że z nami pojechał, poczuł taką jakby werwę, taką drugą siłę, wiatr w plecy, bo potrzebował, może dobiła go ta samotność, na przykład potrzebował kogoś, kto go zdopinguje. A największym takim dopingiem było, że powiedzieliśmy mu, że tam, bo on tam chyba jechał na jakiejś piątej czy szóstej pozycji, ale tam dużo osób w nocy zaczęło wolniej jechać, nawet wręcz mocno osłabło, nagle się znalazł na trzeciej pozycji za nami. I go to tak zmotywowało, tyle energii mu to dało, że na metę po prostu można powiedzieć, że razem sobie wjechaliśmy i on z nami razem dojechał jak nowonarodzony człowiek.
Przygody są różne, historie, każda osoba jest inna. Ja na przykład potrafię sobie sam poradzić ze swoimi słabościami, a niektórzy na przykład potrzebują tej pomocy. Niektórzy na przykład w parach jeżdżą właśnie po to, żeby ta osoba mogła dopingować się przy tych słabszych chwilach.
Więc to jest fajne, bo każdy jest inny i każdy coś innego potrzebuje. Ale niesamowity jest ten Twój przykład, który pokazuje jak ogromna siła jest w głowie u człowieka. Nie tyle nawet fizyczność i siła jego, no bo przykład z Łukaszem Ugarenką pokazuje, że tak naprawdę fizycznie on mógł, tak? Tylko tutaj akurat głowa go trochę zawiodła w tym czasie.
A nie, no oczywiście mentalność najważniejsza, bo Łukasz Ugarenka sam mówił, po prostu mu się nie chciało już. Nie to, że on tam był słaby, czy go odcięło energetycznie czy coś w tym rodzaju, po prostu on, tak jak mówisz, on mógł jechać, bo z nami jechał, tylko po prostu potrzebował tego dopingu. Takiego większego zaangażowania się, takiej świeżej krwi, że tak powiem. No i to jest właśnie to na tych imprezach długodystansowych, że no te chwile są słabości, ale wiele możliwości jest, aby je szybko przetrwać i z nimi sobie poradzić. No ale tak jak powiedziałam, to są lata doświadczenia.
No i każdy jest inny organizm, każdy potrzebuje czegoś innego, więc ja to zawsze mówię, jeżeli tobie słabo idzie, zatrzymaj się na stacji benzynowej gdzieś, usiądź, zjedz coś ciepłego, wypij kawę i to naprawdę pomaga. To nawet takie, zejście z roweru, jak komuś coś słabo idzie i nawet się przejść 100, 200 czy 500 metrów, to człowiek już odpoczywa. Bo po pierwsze już nie jedzie na rowerze. Nie robi tego, co robił przez ostatnie 20 godzin, robi coś innego. I to jest już coś fajniejszego, bo nie ma tej monotonii.
Pomimo, że się przejdzie te 5 minut, ale to jest inna czynność i pozwala na odpoczynek psychiczny od tej takiej monotonnej czynności, którą robiliśmy przez te 20 czy 30 czy 50 godzin, więc ja często też na tych długich dystansach się zatrzymuję, czy nawet wręcz gdy na trasie dużo osób narzeka, że trzeba zejść z roweru, bo tam trzeba coś przeskoczyć, to na tych długich dystansach dla mnie to jest zbawienne, że trzeba zejść, wyprostować się, to dupsko, żeby też odpoczęło. Więc może nie jeździjmy tylko na rowerach, tylko może się zatrzymajmy i po prostu usiądźmy albo się przejdźmy, to też jest fajne.
A powiedz mi w takim razie, czy pamiętasz być może z tych wcześniejszych raczej lat takie sytuacje, gdzie sam musiałeś tak mocno powalczyć o to, żeby ukończyć jakiś wyścig, przychodzi ci coś takiego do głowy?
Oczywiście, że tak.
Ja już w niejednym wywiadzie opowiadałem, może się tu powtórzę, ale nie wszyscy może o tym słyszeli, może będą dopiero czytali. Największy kryzys miałem w ubiegłym roku Polska 3200. I to było coś takiego w Supraślu.
Ponieważ to jest ta ściana wschodnia. Pamiętam w ubiegłym roku było dość zimno, tam wiecznie padało. I moim celem było dojechanie do Supraśla, ponieważ wiedziałem, że tam jest stacja benzynowa, a na ścianie wschodniej jest bardzo mało sklepów.
Tam był chyba odcinek prawie 200 km bez żadnego sklepu. Ja jechałem to już którąś noc. To znaczy- drugą noc, nieprzespaną noc, czyli to było gdzieś od poprzedniej nocy, gdzieś 800 km czy nawet tysięczny kilometr, gdzie wcześniej po prostu tam spałem te 3-4 godziny. Czyli to było już gdzieś, gdzie miałem w nogach powiedzmy te 40 godzin jazdy.
Już na przykład po 1500 czy po 2000 przejechanych, wcześniejszych kilometrach. To nie były pierwsze 40 godzin, tylko kolejne 40 godzin. No i tam był drugi odcinek bez żadnego sklepu.
Ja wiedziałem, że ten odcinek taki będzie i dlatego się spodziewałem, że w Supraśle po prostu się zatrzymam, odpocznę i coś zjem, bo wiedziałem, że jest stacja benzynowa.
Przed Supraślem, to była głęboka noc, tam gdzieś nie wiem, koło 12 w nocy, czy nawet i pierwszej w nocy. To były noce w tej części Polski, no niestety są zimne, nawet w lato. Jeszcze deszcz padał i bardzo zmokłem tej nocy, a jeszcze byłem bardzo mocno osłabiony.
Już nie miałem, tak naprawdę chyba nic do jedzenia, tam o piciu już nie wspomnę. No i miałem ten straszny ubytek energetyczny, kryzys energetyczny, no bo już zacząłem po prostu nie mieć kalorii i już z skąd brać tę energię, tą energię na dalszą jazdę. No i moje zbawienie było tylko w Supraślu.
Jechałem i tylko myślałem o tym Supraślu.Patrzę na ten licznik 50, 40, 30, a przed Supraślem był bardzo trudny teren techniczny i było dużo piachów tam, jakieś takie haszcze były i po tych haszczach pamiętam jechałem i tam ta woda z tych liści, wiesz, jak tu jeździsz po takich gęstwinie, to po prostu nie dość, że pada deszcz, to jeszcze dodatkowy ten deszcz spada na ciebie z tych krzaków. Wszystko. Totalnie się tam zmęczyłem i te kilometry bardzo wolno upływały, te ostatnie tam przed Supraślem, nie wiem czy tam 20 kilometrów czy ileś. To był bardzo trudny teren w nocy, w deszczu i w chłodzie. No i dojechałem do tego Supraśla i już taki happy, zjeżdżam na tę stację Orlen, a tam stacja zamknięta.
A to było gdzieś 12 godzina pierwsza w nocy. Tam jest tylko jedna stacja benzynowa. Oczywiście nie sprawdziłem tego w googlach, spodziewałem się, że stacja będzie czynna.
Człowiek się przyzwyczaił do tego, ale naprawdę na ścianie wschodniej bardzo dużo stacji jest nocą zamknięte, więc na to trzeba też uważać. Ja się już tego nauczyłem i w tym roku już byłem o wiele mądrzejszy i sobie z tym o wiele lepiej poradziłem. Po prostu lepiej prześledziłem trasę, bo wtedy to tak trochę spontan był.
No i dojechałem do tego Supraśla, cały zmoczony, zziębnięty, jeszcze mocno wiał wiatr. No i co? To pierwsze. Jakiś nocleg. Dzwonię po tych hotelech najbliższych, nie ma miejsc żadnych.
Kompletnie po prostu nic. Często po prostu mówią, że im na jedną noc się nie opłaca przyjmować jakiegoś tam turystę, bo to dla nich jest za dużo roboty, tym bardziej jeszcze w nocy. Po prostu odmawiali mi noclegu. Wiem, że na stacji stał TIR i byłem tak desperowany, że po prostu zacząłem walić w tą kabinę. Ktoś tam może śpi, jakiś kierowca, chociażby mi dał koc, żebym się tym kocem otulił, żebym trochę się rozgrzał. Może gdzieś tam, w jakimś zacisznym miejscu z tym kocem gdzieś się przespał.
No niestety tam nikt nie otworzył. Może ktoś tam był, może nie było, może ktoś się po prostu bał otworzyć w nocy, jak ktoś tam wali w drzwi. No i słuchaj, no tam wykonałem no setki telefonów odnośnie tych noclegów.
Supraśl nie jest dużą miejscowością, więc tam to było też ograniczone pole. No i ja zawsze powtarzam, gdyby nie to, że na Supraślu nie ma stacji PKP, to kto wie, czy bym nie wylądował w pociągu i bym nie wrócił do Torunia pociągiem. Więc tak naprawdę to mnie uratowało, że nie było stacji.
Więc to był mój najpoważniejszy w całej historii kryzys. A jak rozwiązałem to, no miałem trochę szczęścia. Nie miałem wyjścia, po prostu na Google Maps wszystkie telefony wykonałem, wszystkie agroturystyki. Dzwoniąc po nocy, no to mało kto odbiera to po pierwsze, a jak ktoś odebrał, no to gdzie pan o tej porze, nie i tak dalej.
No ale, już chyba tam jeden z ostatnich telefonów. Pewna pani powiedziała, że ona nie ma miejsca, ale zna koleżankę, gdzie może mieć miejsce. No to dała mi ten numer do koleżanki i ona, akurat ta agroturystyka tej koleżanki nie była w żadnych tam, ani w Google Maps, ani tam gdzieś na bookingu czy coś. Zadzwoniłem do niej, ona mówi do mnie, że no też nie ma, przykro mi. Ale już po prostu byłem tak zdesperowany, że postanowiłem wręcz wybłagać, takim no głosem rozpaczy wręcz błagałem tą panią, pamiętam na kolanach, pani mi pomoże, bo ja naprawdę jestem no wykończony, ja już po prostu nie mam sił, nie wiem co ze sobą zrobić, strasznie mi jest zimno.
No i ta pani chyba rzeczywiście stwierdziła, że to jest taka sytuacja dość krytyczna i powiedziała, pan poczeka, chwilę ja do pana odzwonię. Poczekałem 10 minut, dobrze, pan przyjedzie do mnie. Słuchaj, jak ja byłem w Supraślu, gdzieś koło 12 w nocy, to 3 godziny czekałem, aż ktoś mnie przyjmie pod dach, w tych zimnych i mokrych rzeczach w nocy. Podjechałem do niej. Podziękowałem jej i myślałem, że ją obejmę i zacznę tam wręcz całować.
Wiesz co ona zrobiła?
To napisz też oczywiście o tym, bo to jest bardzo fajne, bo większość osób jest w tej chwili interesowna. Liczy się wyłącznie zysk i jak najmniej włożonej pracy w ten zysk, czyli jak najmniejszym kosztem.
Już nie obchodzi ludzkie cierpienie czy ludzka jakaś tragedia. Nikogo to nie obchodzi, ale ta kobieta niestety okazała się inna niż wszystkie. Przyjęła pod swój dach.
Wiesz co zrobiła? Udostępniła mi pokój swojego dziecka, a dziecko poszło spać do rodziców.
Rozumiesz? Bo też miała oczywiście te wszystkie pokoje wynajęte, zajęte, ale dzięki temu, że ją tak błagałem, no to jej chyba się żal zrobiło i po prostu udostępniła łózko. Zmieniła pościel i udostępniła łózko swojego dziecka, aby mógł się przespać. Wykąpałem się, zanim położyłem się spać, jeszcze pogadałem z nią, zrobiła mi coś ciepłego do jedzenia.
Wykąpałem się w ciepłym prysznicu, kurczę, w ciepłej wodzie, poszedłem spać o czwartej. Wstałem gdzieś chyba o szóstej, no to tak naprawdę dwie godziny spałem. No ale te dwie godziny to zupełnie wystarczyło, aby przetrwać ten kryzys, bo to jest ten najgorszy czas, te najgorsze zimno. Jak się rozwidniało w godzinach czwartej czy piątej, to jest zawsze najzimniej, to jest najgorszy moment, gdzie można naprawdę hipotermię dostać.
Więc jak już wyjechałem po szóstej, to już słoneczko zaczęło świecić, już się fajnie ciepło zrobiło i ten kryzys zażegnałem dzięki właśnie tej osobie. A najważniejsze jest to, że rano jeszcze śniadanie mi zrobiła, wstała też, zrobiła mi jajecznicę, jakąś kawę, herbatę. I pytam ile pani zapłacić ? No wie pan, ja biorę tak 60 zł za noc, ale pan był tylko północny, no to 30 zł. Pani mi uratowała życie, jeszcze połowę mam płacić. Dałem jej 50 zł i kurcze, nie dyskutujmy. Przecież ja bym zapłacił 500 zł za takie coś. Ona po prostu, dosłownie uratowała mi życie, więc te pieniądze nie grały roli. Ale zobacz jak można się zachować. Jeszcze są tacy ludzie, którzy nie liczą tych złotówek i dla nich jest coś ważniejszego.
Więc dzięki tej osobie przetrwałem to, pojechałem, tego dnia już mi się bardzo dobrze jechało. Gdyby nie ta, można powiedzieć jedna, jedyna osoba, która mi zadeklarowała chęć pomocy, nie wiem, jakby to się skończyło, kto wie, czy nawet nie tragicznie.
Chyba po jakimś tygodniu, wysłałem jej, bo ja jestem z Torunia, pierniki toruńskie w formie takiej wdzięczności, jeszcze dodatkowo z jakąś tam karteczką z podziękowaniami. Bo chcąc, nie chcąc, można powiedzieć, że po części stała się może nie ojcem, ale matką mojego sukcesu w ubiegłym roku, że dojechałem do tej mety na drugim miejscu.
Miałem taką sytuację krytyczną, mocno krytyczną. Ale rzeczywiście w takiej mojej całej historii, oprócz tej sytuacji, nie miałem jakichś takich sytuacji bardzo ciężkich, tego typu, że miałem na myśli zejście z trasy. Oczywiście były ciężkie momenty, ale z wszystkimi sobie dość dobrze, fajnie poradziłem, czy to był upał, czy zimno, zawsze sobie z tym radziłem i nie miałem myśli oprócz tej jednej sytuacji, że rezygnuję, że schodzę z trasy. Cieszę się, że przeżyłem tą sytuację, bo mam o czym opowiadać, no i to naprawdę taka jedna wielka lekcja pokory, i jeszcze to, że na tym świecie są ludzie, którzy martwią się o innego człowieka.
To mi po prostu na sercu się tak dobrze zrobiło, że jeszcze jest szansa na tym świecie. Z rozmów moich kolegów, zawodników, którzy oczywiście częściej nocują, bo ja bardzo rzadko nocuję, więc z rozmów wynika, że w szczególności na wsiach, jest dużo osób jeszcze, które wyciągną do ciebie taką pomocną dłoń i ratują niejednych udostępnieniem miejsca na nocleg, czasami nawet na sianie. Najgorzej, jak się trafi w takie miejscowości na kurorty, takie miejsca turystyczne, gdzie są ludzie nastawieni tylko i wyłącznie na zysk, tak jak nad morzem jest na przykład. Nad morzem też miałem problem, 3200km w ubiegłym roku ze znalezieniem noclegu, bo nikt nie chciał, bo mu się nie odpłaca, bo to, bo tamto, a jak ktoś to za 400 albo za 500 zł.
A tam gdzie są wioski, gdzie człowiek sobie żyje w zgodzie z naturą, no to łatwiej znaleźć tą pomoc niż w takich miejscowościach turystycznych.
A powiedz mi w związku z tym twoim doświadczeniem, tyloma startami w życiu czy masz jakiś taki zestaw kiedy wiesz, że jedziesz na przykład 1000 km to po prostu w głowie już jest lista co bierzesz, bo wiesz, że to na pewno musisz mieć to, to, to, bo to ratuje życie i bez tego się nie ruszasz?
Te długie dystanse aż tak dużo się nie różnią wyposażeniem od tych krótkich. Śledzę oczywiście prognozy pogody bo na 500 kilometrów można precyzyjnie ustalić co trzeba wziąć. Bo jak się jedzie tylko jedną noc, to można strategicznie dobrze określić co jest potrzebne: jakaś kurtka, czy rękawiczki czy czapkę wziąć, więc na 500 kilometrów, na tych krótkich dystansach no jestem precyzyjnie, że tak powiem ustawiony na konkretne warunki.
Na te długie trzeba już po prostu mieć więcej, bo tam jest więcej niejasności, że tak powiem, tu bardziej jak się jedzie dookoła Polski no to główną taką rzeczą, jest ubiór. Żeby nie mieć jednak za mało, ale też żeby nie wziąć za dużo na tych długich dystansach wolę mieć więcej typu jakieś dodatkowe rękawiczki dodatkową czapkę, czy nawet ochroniacze na buty po to, żeby utrzymać tą ciepłotę ciała. A odnośnie sprzętu jeśli chodzi od takich technicznych spraw, to taki zestaw mam standardowy. Jakiś zestaw do naprawy opon, jakąś dętkę, jakieś typowe klucze do szprych i tak dalej. Na te długie dystansy, te 1000 kilometrów czy 3000 to jakieś tam dodatkowe szprychy biorę, więcej oczywiście elektroniki, ładowarek, powerbanków. Na 500 km to wszystko jest wyliczone. Lampka ma wystarczyć tyle i tyle i jakby noc była dłuższa o 5 minut też by lampki zabrakło. To wyliczone mam precyzyjnie zawsze bo wiem na ile lampka mi wystarcza i wiem mniej więcej chociażby jaki jest teren tych zawodów czyli wiem, że mogę jechać tam z jakąś tam obniżoną mocą, by zaoszczędzić na tych bateriach. A na tych długich dystansach, no to trzeba już mieć więcej tej elektroniki no i tak jak mówimy jeszcze chyba szprychy miałem na tym długim dystansie dodatkowe.
Zdecydowanie ważne jest, jeżeli ktoś jedzie więcej niż te kilkanaście godzin czy kilkadziesiąt czy nawet ponad pięćdziesiąt, siedemdziesiąt godzin to ubiór to jest chyba podstawową rzeczą.
Dokładnie, no oczywiście tam wszyscy liczą te gramy i tę wielkość, i tych torebek, no ale lepiej mieć niż nie mieć, więc… No jak kogoś zastanie jakiś kryzys i nie będzie miał… Bo jak ktoś ma kryzys, no to wiadomo, tempo spada. Jak tempo spada, no to i ogrzanie organizmu, tempem już nie wchodzi w rachubę. Bo jak jedziemy wolniej, to się nie ogrzewamy wysiłkiem fizycznym. Jeżeli nie mamy tej dodatkowej kurtki czy czapki, no to może być słabo.
Więc pamiętajcie, że to zdrowie jest najważniejsze i nie lekceważmy tego, w szczególności w nocy. Noce są naprawdę nieprzewidywalne, bo niby się wydaje, że z prognoz wychodzi, że ma być 10 stopni, a wiem z oświadczeniem, że jak gdzieś się wiedzie jakieś dołki, jakieś łąki, jakieś takie tereny podmokłe, no to ta wilgoć, ta mgła dodatkowo i ta odczuwana temperatura nie jest 10, tylko 5 na przykład stopni. Więc na to trzeba być przygotowanym, no bo noc naprawdę zaskakuje i to zaskoczyła niejednego. Wiem, bo jak rozmawiamy ze sobą, to wszyscy się wtedy dziwią, że ale było zimno, ale było zimno. W Polsce noce niestety zimne. O dziwo, już tyle się najeździłem w nocy, już spędziłem, tyle tego musiałem znosić. Nawet w lato, lipiec, sierpień, potrafi być nawet 5 stopni, więc nie lekceważmy pogody i jazdy nocą, bo to jest naprawdę wyzwanie duże.
Radku, a możesz, bo to na pewno też wiele osób interesuje, tak skrótowo powiedzieć, na jakim sprzęcie jeździsz. Czyli osprzęt, rower, rama, oświetlenie, grubość opon…
A ja się dziwię. Pamiętam jak w Wisła 1200 km wygrywałem dzięki oponom. Tak, tak, szerokość opon to podstawa. To są indywidualne sprawy.
Na tym rowerze jeździłem 4 czy tam 5 lat najwyższe sukcesy na nim odniosłem, na osprzęcie SRAM Force. Wiem, że SRAM jest taki naprawdę niezawodny i mi przynajmniej tak pasuje. No w tym roku tam dzięki Przemkowi Szopie z Velopoint dostałem od niego rower na użyczenie, wypożyczenie w tym roku na jazdę – Cannondale’u Topstone, na osprzęcie SRAM Rival. Co mogę powiedzieć o sprzęcie – no sprzęt ma znaczenie. Ale chyba bardziej niezawodny sprzęt, niż najlżejszy. Też kiedyś opony starałem się mieć jakieś najwyższej jakości, to często łapałem kapcie, przecinałem te opony i z tego zrezygnowałem, więc wolę mieć tą oponę pięć gram cięższą, a pewniejszą.
Jeżdżę oczywiście na mleku, aczkolwiek ten system mnie bardzo zawiódł w ostatnich latach i nie wiem czy nawet nie przejść na dętki, ale do tej pory jeżdżę na mleku. Opony to różne, różne, różne testuję Bontragera i Zippa. Ja teraz jeździłem, na Hutchinsonach – Polskę 3200 przejechałem. Dobre opony, które też przecinałem, drogie opony i okazało się, nie aż tak skuteczne, zawiodłem się na nich. Wybieram oczywiście z małym bieżnikiem, jakimś drobnym bieżnikiem, bo tu jednak ta prędkość na grawelach jest coraz wyższa, trasy są chyba coraz łatwiejsze, więc nie potrzeba takiego agresywnego bieżnika, chyba, że gdzieś jedziemy w jakieś góry, albo w jakieś trudne warunki typu deszcz, czy jakieś błoto.
I co tam mogę jeszcze powiedzieć? No i na tym Top Stonie bardzo dobrze mi się jeździ, ponieważ on ma tamte tylne zawieszenie niby takie, może nie aktywne, tylko takie pasywne, ale zauważyłem, że jest różnica. Bo w tym roku naprawdę mój tyłek to chyba najmniej odczuł te wszystkie kilometry, więc wszyscy się pytają, jak sobie z tyłkiem radzisz, a akurat to jest chyba ta część ciała, która w tym roku mnie najmniej bolała po imprezach. Może jest to wynikiem tego zawieszenia, ale duże znaczenie ma też siodełko, ja na przykład przetestowałem chyba z 10 siodełek, na które w końcu trafiłem i to jest SLR, Selle Italia SLR Super Flow Boost, ale w wersji gravel, te grubsze. I na tym siodle chyba od dwóch sezonów jeżdżę i naprawdę mogę je polecić, jest bardzo dobrym siodłem, ale to też jest kwestia oczywiście indywidualna, oczywiście szerokość odpowiednia siodełka musi być.
No i polecam też jakieś ustawienie precyzyjne pozycji, czy jakiś tam backfiting, aby przynajmniej osoby początkujące miały tą pozycję dobrze ustawioną.
Ja na przykład przez te lata jazdy na tym rowerze pozycję sobie, że tak powiem ustawiam na oko i byłem u kolegi na backfitingu, no to może tam z 2 mm coś mi tam przesunął, już nie pamiętam czy siodełko do przodu czy do tyłu. Więc ja z doświadczenia wiem mniej więcej jaką pozycję sobie ustawić i wiem na jakiej pozycji czuję się dobrze. Osoby początkujące warto aby na ten backfiting poszły, bo sobie można krzywdę zrobić. Przejechać godzinę na złej pozycji, no to nie ma problemu, ale przejechać na złej pozycji 50 czy 60 godzin, no to już można sobie po prostu krzywdę zrobić, czy nabawić się wręcz jakiejś kontuzji kolan, czy kręgosłupa, czy odcinka szyjnego, na który też zawodnicy bardzo cierpią.
Ja na przykład nie odczuwam jeszcze jakichś takich wielkich skutków tych jazd, pewnie do czasu, bo to pewnie wszystko ma swój koniec. Może dlatego, że tą pozycję sobie ustawiłem sam, potwierdziłem to, że tak powiem badaniami, no i czuję się, że ta pozycja jest dla mnie optymalna. Radzę, żeby tą pozycję dobrze sobie ustawić. Buty też są ważne, tu też jest wiele modeli. W zależności od stóp, niektórzy mają duże stopy, wąskie, ja mam krótką nogę, ale szeroką stopę, też miałem problemy z tymi butami. Wkładki sobie dałem zrobić, więc buty to też są indywidualne sprawy, też kilka butów przetestowałem. Tak naprawdę dla mnie to Fizyk i Terra, ale MTB to chyba są X5, chyba są najfajniejsze dla mnie, przynajmniej najwygodniejsze. Ale jeździłem na różnych butach, więc jeśli chodzi o długie dystansy, to te Fiziki Terra mi przynajmniej pasują. A jeśli chodzi o strój, no to wiadomo, dobre spodenki z pampersem, wcale niekoniecznie muszą być jakiś gruby ten pampers. To nie o to chodzi, musi być dobrej jakości materiał w szczególności, aby ten tyłek się jakoś nie pocił ani nie obtarł. Tak samo siodełko nie musi być jakoś miękkie, ważne żeby było dopasowane do twojego kształtu tyłka. A spodenki to są też indywidualne, wcale te grubsze nie muszą być najlepsze, no i nie mogą być ani za duże, żeby nie ocierały, ani się tam nie ruszały, ani za ciasne. Więc polecam testować i jeszcze raz testować. Dla niektórych ta firma będzie lepsza, dla niektórych będzie ta druga lepsza, dlatego też nie chcę wskazywać jakichś tam moich faworytów, jest dużo tych firm. Tyle co mogę powiedzieć, to kieszonki te boczne, w tych spodenkach grawelowych. To uważam, że to chyba wynalazek z stulecia, no to polecam. Ja tyle lat jeździłem, nie miałem tego, to chociaż teraz mam gdzie śmieci przewozić, mogę to polecić, że jeśli chodzi o spodenki, no to warto kupić te grawelowe. To się dużo dopłaca nawet za te kieszonki boczne, ale to naprawdę jest duże ułatwienie, łatwo wyciągnąć jakieś batoniki, czy coś innego.Nie trzeba szukać po torebkach.
Torebki na rower, to też jest indywidualna sprawa, ja używam Apidura, no bo to jest z najwyższej półki marka, no i rzeczywiście akurat tu warto dołożyć tego grosza, bo są naprawdę wytrzymałe i niezawodne. Naprawdę się na nich nie zawiodłem, akurat na tą część wyposażenia roweru, warto wydać trochę więcej.
Owijka oczywiście, nie gruba, ale taka, która klei dłonie, czyli człowiek się nie ślizga. Jak masz owijkę, która jest taka klejąca, no to jakby mniej wydaje z tej energii na trzymanie kierownicy. Więc owijka też ma duże znaczenie. No kierownica, no te kąty, te dropy, te flary, niektórzy lubią duże flary, ja na przykład taką mniejszą, ale musi być jakaś flara.
To ostatnie pytania już. Jeśli możesz, oczywiście Radku, bo to nie jest pytanie, na które trzeba odpowiadać. Jak godzisz prywatne życie z treningami ? Powiedziałaś, że ich w sumie nie ma, bo jeździsz do pracy i z powrotem, a z tą ilością startów w zawodach?
Najgorszy problem to mam z urlopem, bo urlopu brakuje.
Znaczy inaczej, ja urlopu nie mam jako tako dla siebie. Cały urlop to jest na pewno na wyjazdy na rowerze. To takie dość może, niezrozumiałe, nietypowe, bo jednak ktoś wie, że urlop to jedzie na wypoczynek, a nie na to, żeby się katować. Ale ja w ten sposób wykorzystuję urlop jeżdżąc na tym rowerze i ja tak wypoczywam po prostu, wypoczywam psychicznie, a niekoniecznie fizycznie, bo uważam, że wypoczynek to powinien być aktywny. No a jeśli chodzi o rzeczy prywatne, to, ja mam też gospodarstwo rolne i hoduję zwierzęta. Mam własne kury, króliki, mam własne jajka, własne mięso. Mam jakieś warzywa swoje, jakieś marchewki, jakieś tam buraki, no i to mi też dużo absorbuje czasu, więc to trudno pogodzić takie życie zawodowe i prywatne, bo tych obowiązków mam mimo wszystko dość sporo. A jeśli chodzi jeszcze o moje życie, no to, nadal jestem kawalerem do wzięcia, więc nie mam obowiązków rodzinnych. Wiem, że to na pewno mi bardzo ułatwia, jeśli chodzi o starty. Bo mam brata, który też jest bardzo dużym miłośnikiem roweru, bardzo dużo lubi jeździć na rowerze, no ale on ma obowiązki w postaci rodziny, żony. I może sobie pozwolić na takie powiedzmy 2-3 wyjazdy do roku na jakieś zawody, a tak to wiadomo musi poświęcić czas rodzinie. Ja jestem powiedzmy na tej wygranej takiej pozycji, bo nie mam tych obowiązków rodzinnych, oczywiście z wyboru. Bo jakoś nie potrafiłem poświęcić się, oddać tą pasję rowerów do sportu, do tej turystyki, pasji innej. Jakoś po prostu nie mam tego instynktu do rodziny. Ale to nie znaczy, że mam tak całkiem łatwiej. Bo sam muszę sobie ugotować, sam muszę sobie wypaść, sam muszę posprzątać. No właśnie, to jesteś kawaler i nie masz co robić – właśnie nie, ja mam rzeczy najwięcej do roboty, muszę sam zakupy zrobić, sam ugotować, sam przygotować wszystko do wyjazdu, sam się oprać, więc to tak do końca nie jest łatwiej, no ale dużo obowiązków ci też oczywiście odpada,. Więc ja naprawdę podziwiam tych ludzi, którzy potrafią godzić to życie rodzinne, z zawodowym i jeszcze z tymi wyjazdami. To wielki szacun, bo wiem, że to jest ciężko. Aczkolwiek dużo osób tyle nie startuje, co ja. Co tydzień jeżdżąc, no to nie wiem, czy ktokolwiek by był w stanie pogodzić te wszystkie obowiązki, które są w życiu. Może z tego powodu, że tym kawalerem jestem, mogę sobie na to pozwolić i póki jestem, póki mam zdrowie, chcę się w to bawić i będę się w to jeszcze bawił. Moi przeciwnicy pewnie czytając to, nie będą zbyt zadowoleni.
Ja nikomu nie bronię, niech walczą, niech się przygotowują, dużo osób bardzo poważnie podchodzi do treningu, to nie jest tak, jak jeszcze 6 lat temu, że po prostu jeździli na spontanie. Oni inwestują w sprzęt, inwestują w trenerów profesjonalnych, czy tam w jakieś profesjonalne treningi, w profesjonalne diety, no i czuję ich oddech i niedługo pewnie, to ja będę ich gonił, a nie odwrotnie.
Tego im życzę, napisz to – życzę im z całego serca, bo tak jak powiedziałem, dla mnie rywalizacja sportowa się liczy. Ale to nie jest dla mnie najważniejsze, więc jak przegram z kimś, to wręcz się cieszę. Fajnie, tak jak na Wisłę 1200 kiedyś powiedziałem, to chyba było w ubiegłym roku, bo już chyba Wisłę jechałem 5 razy, czy 6 chyba z Extreme, no i czekałem, aż w końcu ktoś mnie pokona. Z tego powodu, aby nie jechać, aby nie, musieć jechać w kolejnym roku i bronić tego pierwszego miejsca z Wisły. Więc nie mogłem się doczekać tego, aż w końcu ktoś mnie pokona i niestety ubolewam nad tym, po prostu Wisłę oddałem walkowerem, w tym roku nie pojechałem na te zawody, aczkolwiek zarzekałem się, że dopóki mnie nikt nie pokonał, na tej Wiśle będę jeździł, ale jakoś nie widziałem chętnych do zajęcia pierwszego miejsca. Oddałem to walkowerem i tak jak mówię, niech inni się teraz wykazują, niech inni walczą na tej trasie, pewnie wrócę na tą Wisłę 1200, bo chcąc nie chcąc jest to dla mnie można powiedzieć taka matka imprez gravelowych, która rozkręciła tą całą karuzelę tych ultramaratonów, ale pewnie jak wrócę to pewnie na Wisłę Extreme, więc w przyszłym roku pewnie też nie będzie mnie na tej trasie.
Za dużo jest tych imprez rowerowych w Polsce, już muszę rezygnować z niektórych. Co już nie do końca mi się też podoba, bo chciałbym być wręcz może nie na wszystkich, ale mam swoje ulubione. Obstawiam też nowe, na których chciałbym liznąć tego koła tej trasy, a no niestety kalendarz nie jest z gumy, więc… szkoda, szkoda. Kiedyś człowiek czekał na tą imprezę, o za trzy tygodnie startuje tam, nie mógł się doczekać, a teraz musi wybierać, z trzech imprez w tygodniu. Tak to jest w Polsce, jak to się pozmieniało. Kiedyś była jedna impreza na trzy tygodnie, a teraz są trzy w tygodniu, jeden weekend, no strasznie, strasznie się to zrobiło. Boję się, że to może być też na nie korzyść. Jak jest przesyt, to ludzie przestaną czerpać z tego frajdę, bo kiedyś to z utęsknieniem czekali na każdą imprezę, a teraz to robi się takim chlebem powszednim. Oby to nie wyszło nam, jako nas, zawodników gravelowych na niekorzyść, żebyśmy przestali czerpać z satysfakcji z tych imprez stałych. Ale zawodników jest tak dużo, że jednak te imprezy mają tą frekwencję dość wysoką, więc jeszcze ta karuzala się kręci bardzo szybko. Ale żeby nie wydarzyło się to, co się wydarzyło na MTB. Jak się ścigałem, strasznie masowe te imprezy były, strasznie takie się zrobiły, jakieś takie krótkie, takie szybkie, takie, na zasadzie jak najszybciej przyjechać do mety, jak najszybciej odjechać do domu. No i widzisz, co się zdarzyło z tym MTB, że ten MTB już stracił mocno na popularności. Tego się boję, że może być w tych grawelach, że ludzie, jak zaczną to traktować powiedzmy- zaliczyłem, dobra, okej, jadę do domu. Tak jak na zawodach MTB, no to wtedy, jeżeli człowiek przestanie czerpać radość z tych wyjazdów, to po prostu przestanie jeździć. Tego się obawiam i oby tak się nie wydarzyło, bo naprawdę ta atmosfera na tych imprezach, ta cała otoczka tych imprez, no to nie ma chyba drugiej takiej imprezy. Takich masowych imprez, jak te nasze ultramaratony gravelowe. A więc oby, oby to jak najdłużej potrwało i żeby trwało w nieskończoność wręcz.
No i myślę, że tym zdaniem możemy zakończyć bardzo optymistycznym i takim przyszłościowym. Dzięki wielkie Radku, że się podzieliłeś tym wszystkim.
Myślę, że moglibyśmy rozmawiać pewnie całą noc, coś czuję. Długą masz historię związaną z rowerem, naprawdę i domyślam się, że mnóstwo jeszcze fajnych historii przeżyłeś. Także wielkie dzięki za to wszystko co opowiedziałeś.
Wielkie dzięki Radek.
Dziękuję.
Rozmowa została przeprowadzona w grudniu 2024 roku.
„Gdzieś tam są osoby, które są nie do objechania w naszych realiach ultra. I wiadomo kto dojdzie, a kto nie dojdzie. No ale i tak uciekam. Trzeba dać z siebie wszystko, a może się uda.”
Bartek, kiedy i w jakich okolicznościach zrodziła się w Tobie pasja do jazdy długich dystansów? Mam tutaj na myśli, coś więcej niż 300-400 kilometrów.
Wiesz co, tak na początku zaczęło się to od Mazowii. Były jeszcze Mazowia 24, to był gdzieś tam mój pierwszy, chyba z 12 lat temu start w takich zawodach. Tam przejechałem wtedy 250 kilometrów, ale to nic wiążącego nie było. Później złapałem tu niedaleko koło Łomży inne zawody, też był to start 24-godzinny. Właśnie te zawody 24-godzinne mnie zafascynowały, bo jest ten support, łatwiej jest kiedy możesz mieć to wsparcie. I gdzieś tam z tyłu mam głowy, że w razie czego to mam wsparcie, na wypadek defektu, braku jedzenia, no lepiej jest to wszystko połączyć. I ta formuła do mnie przemawiała, no i jeździłem.
Raz w roku raz pojechałem, drugiego roku kolejny raz pojechałem. Gdzieś tam miałem chwilę przerwy. No i dopiero w tym roku 2024, to jest tak naprawdę pełny sezon, co miesiąc start w Ultra. To już takie ponad 400 do 600 kilometrów miałem. Ale to tak się narodziło 3 lata temu, bo tak to od 16 lat ciągle wyścigi MTB i szosa, to trwało cały czas.
Czyli od dłuższego czasu żyjesz rowerem. A czy pamiętasz coś z jazdy tej pierwszej, tych 250 km, jakieś takie refleksje swoje, przemyślenia? Co było tym bakcylem u Ciebie do zwiększania ilości zawodów, w których startowałeś ?
Kurczę, chyba uwielbiam nabijać kilometry. To trwa nieprzerwanie od właśnie tych paru lat, może czterech, pięciu, co sezon powiększałem kilometraż.
15, 17 tyś km, a mówię w tym roku zrobię 20. No i w tamtym 2023 roku zrobiłem faktycznie około 20 tyś. km, a przynajmniej przekroczyłem 20, a w tym sezonie mam już 23 tyś. km i dalej kręcę. Czy to jest trenażer, czy to jest na zewnątrz, to bez różnicy. To są trzy godziny, najczęściej powyżej dwóch i pół. No na trenażerze ciężko wytrzymać nawet 2,5, ale mimo to w ostatnim tygodniu już mam 20 godzin nakręcone na nim. Ale to chyba nakręcanie tych kilometrów, gdzieś tam coraz więcej, coraz więcej, coraz więcej. No i kurczę, jak już tą bazę mamy, to człowiek jeszcze chce i jeszcze chce. Ja tak mam, jestem ciągle głodny tych kilometrów. Nieważne jakie one to byłyby, czy szosowe, gravelowe, czy w MTB, no jakieś tam minimum mam, które chciałbym zrobić aby wyjść na rower. Bo jak mi ktoś powie, że wiem, że to może głupio zabrzmieć, ale jedziemy na 30 kilometrów, to mówię spoko, pojadę, ale ja jeszcze dokręcę sobie.
Jak traktujesz starty w zawodach ? Czy sam start w zawodach gravelowych traktujesz też jako dodatkową formę rywalizacji, sportu, kontynuowania, nabijania tych kilometrów, bo to że nie jest to romantyczne kolarstwo to już wiem ? Czym są te starty same w sobie?
Ciężkie pytanie.
To chyba jest po prostu jakaś naleciałość tych wszystkich lat, które zgromadziłem, jednak ta adrenalina i Ci ludzie. Ostatnio na moim instagramie nawet się zapytałem, – Dlaczego jeździmy w ogóle ultra? Czy to ma sens tyle pieniędzy płacić itd.?
No bo dla zwykłego Kowalskiego, gdzie na przykład firmy nie sponsorują tych startów, to jest to ogromny koszt. Mi gdzieś tam dokładają do tego. Dziękuję moim sponsorem, bo naprawdę, jak to przeliczyłem, to są ogromne wydatki.
Wracając do pytania. To są naleciałości już z wielu lat, że potrzebuję tego. To jest taki zastrzyk adrenaliny, co roku czekam na wiosnę i na ten pierwszy start, aby sprawdzić się, czy jestem w tej samej formie, lepszej, gorszej. No i ciągle się poprawiam. To jest po prostu taki mechanizm co roku, co roku i to sądzę, że nie minie, mam nadzieję. Chociaż wiem, że domownicy by chcieli, żeby to troszeczkę zwolniło tempo tych moich jazd. Może kiedyś to nastąpi.
Odpowiedziałeś mi przy okazji na kolejne pytania odnośnie celu i wyzwań jakie sobie stawiasz.
To co mówisz właśnie, sprawdzasz się i porównujesz z wcześniejszymi wynikami, ale adrenalina tych spotkań i zawodów to jest to.
Czy przygotowujesz się i masz zaplanowane na przyszły rok już zawody ? Czy jest to wybór spontaniczny ? Jak rozkładasz sobie w ciągu roku liczbę startów i które zawody wybierasz ?
Tak jak powiedziałeś w tym roku już 2024, full sezon.
Ja sobie tak założyłem, że jak na przykład startuję w tym roku od Watahy, to tak średnio, co miesiąc startowałem. Aby jednak ten organizm mógł troszeczkę wypocząć. Co miesiąc, ale różne jeszcze aspekty były. Nieraz start był co drugi tydzień, później za półtora miesiąca jakoś wypadało. Ale nie biorę pod uwagę powiedzmy tych górzystych terenów ze względu na to, że ja góralem nie jestem i nie będę, więc tam bym się czuł mega źle. Chodzi o kondycję, musiałbym zrzucić jeszcze wiele, wiele kilogramów, żeby móc powalczyć. Ale z drugiej strony ze względów bezpieczeństwa, bo wiem, że te ultra w górach są o wiele niebezpieczniejsze ze względu na zjazdy i inne elementy. Wolałbym tego uniknąć. Z tyłu głowy mam, że jednak jestem tatą dwójki dzieci i mężem, więc wolałbym ograniczyć niebezpieczeństwa w trakcie jazdy.
Ale jeżeli chodzi o inne starty, no to szczerze mówiąc nie mam jakichś takich konkretnych wyborów, czy to są te zawody, czy tamte. Po prostu patrzę, gdzie mam najbliżej do domu. Bo te dojazdy też jakoś muszą być tak w miarę okej, być blisko a nie po drugiej stronie Polski. No i zależy jak organizator do tego podchodzi.
W kolejnym roku wiem gdzie bym chciał pojechać i wiem gdzie bym nie chciał pojechać. Więc to też zależy dużo od organizatora jak później po imprezie do ciebie się zwraca, jaka jest atmosfera, jaki klimat.
Powiedz czy wyobrażasz sobie sezon, w którym przejeżdżasz 25 tyś. km i nie wystartujesz w żadnych zawodach?
Nie wiem, nie wiem … Hmm. Może tak, ale musiałbym sobie wtedy postawić jakieś inne wyzwania. Takie konkretne, że na przykład jadę gdzieś i to też jest w jakichś tak ramach czasowych. Tak jak na przykład Marek Rupiński do Lizbony jechał tam w niecałe 10 dni, chyba nawet mniej. (Pokonał ponad 3 000 km na trasie Szczecin Lizbona w ponad osiem dni, dotarł do celu w środę o 02:22)
Takie wyzwania to okej, jakiś support do tego, to coś takiego by mnie kręciło. Ale musiałbym mieć wyzwania, jakieś dwa, trzy powiedzmy w roku, ale już takie grubsze.
Czyli coś do czego byś się mimo wszystko przygotowywał tą aktywnością, tą swoją jazdą.
Tak, bo sama jazda mnie nie cieszy, ale dążenie do jakiegoś celu. Ja muszę mieć ten cel. Żeby mieć taką ideę samej jazdy, to nie, ja muszę mieć cel wyznaczony i dążyć do niego. Nawet jakbym, nie wiem, był ostatni, ale dążyłem do tego celu, żeby nawet przejechać Wisłę 1200, to tak. (Rowerowy Maraton z Wisły do Gdańska o długości ok. 1200 km) Spoko, przejechałem, ale miałem ten cel. To mnie motywuje dwa razy bardziej do jakiejś tam pracy, bo tak to, żeby tak jeździć, bo jeździć, no tak średnio.
Czyli romantyczne kolarstwo raczej odpada ?No może bardzo bym chciał nieraz odpuścić, bo mam takie momenty w sezonie, że już mam dosyć tych kilometrów. Nawet na zawodach dzwonię do żony i mówię -„słuchaj, ja mam dość, ja rzucam ten rower, wracam do domu już teraz…” Żona w środku nocy – „przestań, jedź” i gada ze mną 20 minut, na słuchawce i mnie motywuje. I dzwoni do mnie co pół godziny – „jak tam, jak tam, dajesz radę” i ogląda moje kropki przez internet, gdzie jestem. Ma ze mną ciężkie momenty, ale wie, że to jest dla mnie też ważne. To samo przygotowanie. Ale romantyczne kolarstwo, to są tylko takie momenty, że chciałbym tak pojechać, wiesz, na kawkę.
No okej, oczywiście są takie momenty, że jadę, na pączka albo na kawę. Ale na drugi dzień już, jest pomiar mocy i tak dalej, no i łoimy typowo trening. Gdzieś patrzymy na te cyfry. Ale w tamtym roku sprzedałem pomiar. Przyznaję się, mówię -„nie jeżdżę już, koniec tych cyferek”, ale w tym roku znowu kupiłem. Niestety lubię te cyferki, muszę mieć tą kontrolę jak jadę i tak dalej, więc, nie mogę na to nic poradzić. Wiesz, to przez wyścigi, które już były. Jestem przeżarty tymi wyścigami przez te MTB i maratony, to zostaje w człowieku. To naprawdę zostaje, już wpadłeś w takie towarzystwo ścigarskie, to trudno z tego wyjść. Trudno. Ja przejeżdżam wyścig w powiedzmy w 19-20 godzin, super masz formę itd. Ale ja podziwiam tych ludzi, którzy jadą około 50-60 godzin te same zawody co ja.
Ja mówię, jak to jest możliwe? Jadą te 2-3 dni, nawet gdzieś nocują czy coś. To jest wyzwanie. A nie jechanie w umór do zażynania się.
A oni Ciebie podziwiają.
Tak, a ja ich podziwiam.
Super sprawa, fajne jest to, co mówisz, że podziwiasz ich. Widać, że masz duży szacunek do wszystkich uczestników, którzy startują w tych samych zawodach.
Z tego co mówisz masz ogromne wsparcie w żonie i dzieciach, prawda? Bardzo Cię wspierają i kibicują niesamowicie.
Tak, wsparcie mam niesamowite od tylu lat. Fakt, no są dobre momenty, no i są te złe. Nie mówię, że jest kolorowo, bo to tak nigdy nie jest.
Pewnie gdzieś tam przekomarzamy się, kłócimy o te moje treningi i tak dalej, bo doskonale wiem, że jeżdżę za dużo. Nie ukrywajmy tego, bo jeżdżę. Już mam obecnie ponad 23 tysiące km.
Powiedzmy 3 godziny dziennie na rowerze, gdzieś tam po pracy i tak dalej. To jest, powiedzmy, dla zwykłego Kowalskiego coś niesamowitego. Gdzie 3 godziny na trenażerze. Wiadomo, że niektórzy mogą kręcić nawet więcej.
Ale jak masz 8 godzin pracy, później jeszcze 3 godziny na trenerzer i jeszcze coś, jeszcze coś, no to krótki jest ten dzień. Żona gdzieś tam mnie rozumie, no ale ja niestety przesadzam w tą drugą stronę. Wpadłem w jakąś spiralę taką, że muszę kręcić. Chciałbym się z tego trochę wydostać, żeby troszeczkę jakby zluzować. Mam nadzieję, że z tego wyjdę, ale ciągnie mnie do tego, próbuje mnie żonka, wiesz, ustawić. Chwała za to, no bo pewnie bym, jeździł, jeździł po pracy ciągle. Ale tak, no muszę się trochę wstrzymywać, jak chodzi o to.
Ale wsparcie mam niesamowite. Jak chodzi o cały rok, to tutaj skłamałbym. To jest chyba jedna z najważniejszych rzeczy, które mam. To wsparcie. Jakbym tego nie miał, ich wsparcia, to nie miałoby sensu jeżdżenie dla mnie. Bo wiem, że oni mi kibicują, nawet jak nie jadą ze mną na zawody. Dla nich jest w sumie nuda. Czyli gdzieś tam, zabierania ich i czekania na mnie, czasami nawet 24 godziny. I w sumie zdechłego człowieka później takiego, umarlaka słyszeć. Ale dzwonią, później gratulują i tak dalej.
To jest fajne. Ale bez nich by tego nie było. Również jeżeli chodzi o wsparcie mnie przez jakichś sponsorów. Jakby rodzina mnie nie wspierała, to bym tego nie robił pewnie.
Dziękuje, że podzieliłeś się swoim prywatnym życiem. Opowiedz o swoich treningach? Czy one są według planu? Czy masz trenera? Czy masz swój sprawdzony już sposób trenowania, wyćwiczony przez ileś tam lat? Powiedziałeś, że lubisz też cyferki. Czy uzupełniasz swój trening o siłownię? Czy to jest tylko kwestia jazdy, jazdy, jazdy? To co powiedziałeś wcześniej z pomiarem mocy i pewnie jeszcze z innymi danymi, które zbierasz i analizujesz ?
Wiesz co, w tamtym roku miałem trenera. Tak, bardziej było to przemyślane. I fakt, szło niesamowicie do przodu.
Nie można powiedzieć, że nie. No ale gdzieś w połowie sezonu miałem kryzys, totalnie kryzys. I nie chciałem w ogóle roweru. Totalnie. I chyba pierwszy raz tak miałem, że po prostu odrzucało mnie od roweru. I odrzuciłem tą współpracę trenerską. To po prostu mi gdzieś nie weszło. Musiałem odpocząć po prostu psychicznie, bo za dużo było tych cyfer. Bo wyjeżdżałeś na godzinę, musiałeś zrobić to, to i to. No i ograniczyłem spotkania rowerowe. No bo jednak trening, trening. Ale liczby jeszcze rosły i na zawodach to ja byłem nie do zatrzymania. Nawet jak jechałem, gdzieś tam w Małopolskę, no to noga szła sama. Nawet w drugi dzień gdzieś tam jechałem 150 kilometrów, to noga szła po tych górkach, aż się dziwiłem. Pomaga jak najbardziej, tylko trzeba to jakoś tam sobie wypoziomować jak chodzi o trenera.
Obecnie sam sobie to jakoś układam. Nie jest to jakoś mega sprecyzowany plan. Obecnie teraz jakąś bazę robię, większą. Na ten pierwszy sezon przygotowawczy. A kiedyś robiłem treningi ze Zwifta. Każdy się może śmiać, czy nie śmiać, ale słuchaj, były takie treningi na 200 kilometrów. I przerobiłem te 8 tygodni według Zwifta. Słuchaj, niesamowicie. Rezultaty były niesamowite. Jechałem swój trening szosowy.
Później wpadało 100 kilometrów i później wpadałem na ustawkę kolejne 80 kilometrów. I tą ustawkę wygrywałem. I na spokojnie to można ogarnąć.
I teraz właśnie tak do końca stycznia będę pewnie jakąś bazę robił. I właśnie jakiś plan ze Zwifta 8 tygodniowy lub 12 tygodniowy wpadnie taki mocniejszy, żeby jakieś szarpania wypracować bardziej.
A czy pilnujesz swojego ogólnego rozwoju fizycznego typu basen czy siłownia? Czy tego nie masz w planach?
Basen chciałbym, może jakbym się nauczył pływać to chętnie. Jakbym nauczył się pływać to nie wiem, czy bym w triathlon nie wszedł. To już by w ogóle mnie żona wyrzuciła z domu. Na siłownię, nie. Niestety nie mam czasu.
Jakbym doszła siłownia, basen, cokolwiek, to mnie w ogóle totalnie w domu by nie było. Totalnie. Już jak mam zająć się rowerem, zajmuję się tylko tym rowerem.
Jak chodzi o jakąś regeneracje, to sobie kupiłem ostatnio nogawki masujące na nogi. Super sprawa. To tylko tyle. Rower, rower, naprawdę przez okres zimowy na tym trenażerze można zrobić swoje.
Ja się niestety nie rozciągam, wiem, że to powinno być. Jestem pod tym względem nygusem, nie chce mi się. Tylko rower i trenażer jak nie pozwala pogoda w zimę.
Czy pamiętasz jakieś wydarzenie lub sytuację, z ostatniego sezonu albo z wcześniejszych zawodów, które zostawiły w Tobie większy ślad ? Czy to pozytywny, czy negatywny? Nie chodzi mi o organizację zawodów, tylko o samego ciebie, o jazdę, o poradzenie sobie z przeciwnościami, z pogodą, jakieś takie wyzwanie, które zaskoczyło Cię w trakcie jazdy ?
To w tym sezonie chyba miałem załamanie, podczas tych tak zwanych mistrzostw gravelowych ultra.
To tu chyba miałem takie piętno, gdzie jakby nie żona, to bym nie dojechał do mety. 180 kilometrów przed metą, przed Suwałkami, czy w Suwałkach, już nie pamiętam dokładnie, złapała mnie potężna burza. Ja niestety zapomniałem przeciw deszczówki z pokoju. Było ciepło wtedy, ale zrobiło się z 5 stopni nagle. Ja jechałem tylko w koszulce, w jakiejś tam lekkiej pelerynce takiej bezrękawniku, rękawki założyłem. Ale przemokłem momentalnie.
Tak przemarzłem, jakby nie deszcz, to po prostu łzy byłoby widać. Płakałem z bólu, z wyziębienia i tak dalej. Wtedy mnie Michał Bors wyprzedził i to jemu dziękuję, bo dzwonił sam do swojej żony, bo była na mecie, żeby mnie tam obserwowali, czy ta moja kropka się rusza, bo już byłem w takim złym stanie. Żeby zareagowali i żeby mnie obserwowali. Kurczę, chyba ze 30 kilometrów jechałem w takim deszczu totalnym. I ktoś mnie wyprzedził, nie wiem czy to był ktoś z innego dystansu czy z mojego i zapytałem się, czy ma kurtkę przeciwdeszczową, zapasową. I akurat miał.
Poratował mnie niesamowicie.
A jeszcze parę kilometrów wcześniej jakiś ogień widzę. I mówię, „co tu się dzieje ?” Musieliśmy przejść przez most i ludzie rozpalili sobie ognisko. To rzuciłem rower, do tego ogniska podbiegłem. Ludzie mówią, „dobra, to damy ci to wszystko, zostań już tutaj” Mówię, nie, ja ogrzeję się tylko na chwilę i jadę. Chyba spędziłem tam kolejne 15 minut ogrzewając się.
No i właśnie później ten kolarz dał mi tą kurtkę. Troszeczkę mi polepszyło się, ale to później, bo ciągle byłem na telefonie z żoną. Dzwoniła do mnie co pół godziny na 10 minut, żeby mnie wspierać, bo już byłem tak psychicznie zdołowany. Tak naprawdę jakby był wtedy jakiś skrót do bazy, to bym skrócił. Ale ona powiedziała, że jak teraz zrezygnuje, to będę żałował do końca życia. I miałabym pewnie rację. Bym sobie pluł w twarz, że nie dokończyłem tego. A nie lubię rezygnować. Nawet jak bardzo boli.
I ta kurtka uratowała cię?
Tak, jak najbardziej. Bo później za 40 kilometrów był postój, bufet. To szybko zjadłem, rozgrzałem się też. Ale ta kurtka była mega pomocna. Jakbym miał swoją, no to do tego by nie doszło. No ale to zapominalstwo, niedbałość, brak może – nie wiedzy tylko doświadczenia jeszcze w ultra, to zgubiło mnie. Zgubiło.
Tutaj więcej pokory trzeba mieć od samego początku.
Tak jak na przykład jeździ Radek Gołębiewski. On nie zaczyna mocno.
Niektórzy mówią, że przyspiesza w drugiej części. On nie przyspiesza, on po prostu jedzie w swoim tempie cały czas. Od samego początku jedzie tak samo, równo.
A my się zażynamy, przez pierwsze 250, 300 km i później nas dogania. Proste. Też bym tak chciał, mądrze, może kiedyś to nastąpi.
Tak, to taka jedna z najbardziej znanych zasad. Jedź swoim tempem równo, a cały czas.
Czy zdarzyło ci się chociaż raz nie dojechać do mety zawodów ?
Zawsze dojeżdżałem. Zawsze dojeżdżałem i mogę ci taką historię opowiedzieć.
Na Mazowieckim Gravelu straciłem tylną przerzutkę. Miałem, tylko linka mi pękła tylnej przerzutki.
I myślę co mam zrobić ? Kamień wsadziłem, a najpierw patyk. Ustawiłem sobie jakąś przerzutkę, wsadziłem w niego patyk i jadę. Ale było to mało stabilne i w ogóle, tam na tych szutrach. Ale włożyłem kamień i tak jechałem razem z dwójką chłopaków. No niesamowicie gonili. Na asfalcie dojeżdżaliśmy do 40, do 45 km na godzinę. Ja to miałem taką kadencję, jak cały rok bym nie miał. Tam chyba miałem 110, 115.
Mówię do nich – „zwolnijcie trochę”. Mówią -„nie, jedziemy dalej, dobrze jest”.
A na szutrach, to dobrze mi się kręciło. W cięższym terenie, no to przełaj robiłem. Ja szybko przez piachy, szybko ramę przez barki i biegłem za nimi. No ale dojechałem trzeci. I tak jechałem 180 kilometrów na jednym biegu. Tylko z przodu zmieniałem. I mówię -„albo się zajadę, albo dojadę z nimi”. Bo nie chciałem odpuścić. Myślę, będę żałował. Trudno, najwyżej odpadnę, ale walczyłem.
Ale później uznaliśmy, że wjeżdżamy razem na metę, bo też miałem tam chwilę słabości. No równo jechaliśmy tak naprawdę cały czas. Uznaliśmy, że nam się należy w dwójkę wpaść na metę, na tym trzecim miejscu.
Tak fair przez cały czas walczyliśmy.
Niesamowita historia. I nie sposób w takim razie, teraz nie zapytać.
Jadąc w tak trudnych warunkach, tak długi dystans, pokonując różne przeciwności – jak ważne jest przygotowanie mentalne głowy w porównaniu z przygotowaniem fizycznym ?
Sądzę, że tu głowa w 70% bardziej przeważa niż samo przygotowanie fizyczne. Tak mi się wydaje. Nawet jak będziesz miał załamanie, gdzieś tam słabszy dzień, fizycznie, ale mentalnie jadę. To sądzę, że głowa bardziej będzie sterowała Twoim ciałem. Przez ten sezon dowiedziałem się, że mentalnie jestem słabszy, jak chodzi o te dystanse. Gdzieś tam potrzebuję towarzysza do jazdy.
Gdzieś ta samotność mi doskwiera itd. Ale jak jedziesz po pierwszą trójkę, to nie będziesz miał za bardzo z kim pogadać. Gdzieś tam w nocy to bardziej doskwiera. Jedziesz sam, coś tam sobie wyobrażasz, dużo myślisz itd. Jak jesteś mocny mentalnie, to nadajesz się na ultra.
Jak nie masz mocnej głowy, no to do ultra słabo.
A masz jakieś swoje sposoby na radzenie sobie z samotną jazdą tak długo ?
Najczęściej coś słodkiego, ale takiego, co potem pobudza tak pozytywnie. Wiem, że inne osoby mają takie sposoby, że sobie stają na 5-10 minut.
Masz coś swojego poza telefonem do żony ? Co ci pomaga dalej kręcić i pokonać te najgorsze momenty ?
To tak jak wspomniałeś, dzwonię do żony. Jak już mnie obserwuje, to sama już dzwoni do mnie. Jak ja raz zadzwonię, to ona już nie śpi w nocy, bo wie, że coś tam się dzieje. I muzyka. Muzyka, bo to mnie nakręca i wtedy jakoś tak lecą te kilometry szybciej. To są te dwie rzeczy, które muszę mieć.
Przypomnij sobie start podczas pierwszego swojego Ultra i ostatni. Co widzisz ? Gdzie jest różnica? Gdzie zrobiłeś progres? Domyślam się, że fizycznie jesteś mocniejszy. Ale czy coś jeszcze widzisz ?
Chyba odporność psychiczna mi wskoczyła na wyższy level. Przez te wszystkie kilometry troszeczkę się uodporniłem i wiem, że muszę sam jechać. Sam sobie z tym radzić, ze wszystkim tymi moimi demonami przez te wiele kilometrów.
Dużo się kłębi myśli w tym czasie. Bo jeszcze jak masz kompana obok siebie, to jeszcze rozmowy są itd., to naprawdę leci czas. Ale jak jedziesz sam trzy, pięć, dziesięć, dwadzieścia godzin. Kurczę, całe życie nieraz przemyślisz pięć razy, a może tak, a może tak. I właśnie dlatego pomaga ta muzyka i troszeczkę to odchamia. Ale tak, to jest większa odporność.
Przy tym pierwszym starcie nie wiedziałem, co to jest tak naprawdę ultra. Jaki to jest ciężki kawałek chleba. Ale przejeżdżając ten, powiedzmy, dwunasty start, (ogólnie w tej całej mojej karierze) to już wiem, że muszę sam jechać, sam sobie poradzić. Uodparniasz siebie.
Muszę również zapytać o techniczną stronę sprzętu, na jakim jeździsz. Czyli rower, osprzęt, i jak zawsze powracający temat jazdy gravelowej, jaką wybierasz szerokość opon ?
Ja obecnie jeżdżę na Treku Madone. Jest to rower szosowy, Endurance, ale spokojnie mieści się w nim opona 40 mm. Jeżdżę na Maxxisach Ramblerach i wkładkach Flat Out. I to zalane mlekiem. Szczerze mówiąc, zero gum, nie wożę żadnego zapasu, nic. Nawet pompki nie wożę, bo nic się naprawdę nie dzieje.
Przez tyle kilometrów i tyle zawodów miałem taki zestaw i nic się nie działo z tym kompletem. Oczywiście, karbonowe koła. Elektryki nie wsadzałem. I pewnie nie wsadzę, bo tu nie sądzę, żeby elektryka się aż tak sprawdzała na takich długich dystansach. Bo jednak lepiej wymienić linkę niż baterię. Elektronika jest jaka jest. Nawigację mam Brytona. Tu postawiałem na żywotność baterii. Wiem, że spokojnie 30 godzin podczas ultra mi wytrzymają, 500 km bez ładowania. Więc też bez powerbanków jeżdżę i innych niepotrzebnych rzeczy.
Oczywiście światło, przód, tył. Z tyłu mam Varię od Garmina. A z przodu mam lampkę Bontragera, taką mocniejszą Lon. I w zapasie Magicshine, on ma 2,5 tysiąca lumenów, więc to naprawdę oświetla drogę niesamowicie. To taki zestaw. No i plus dwa bidony 0,7, bukłak dwulitrowy. To sądzę, że to jest taki must have. No i dwie torebki na ramę. Głównie na jedzenie. Przede wszystkim na żele.
Bo jak jadę ultra to taki jeden żel na godzinę. Plus jeszcze biorę takie cornflakesy, batony. Co pół godzinki jeszcze nimi przegryzam, bo samym żelem człowiek się nie naje.
Jeszcze jak bufet jest, to jeszcze coś tam się złapie z bufetu. Gdzieś tam w sklepie jakąś bułkę czy coś.
Czyli na Ultra n dystansie około 500-600 kilometrów, to ten Twój zestaw plus ewentualnie pitstop i tak jak mówisz na szybko bułka i dalej w drogę ?
Tak, bo sądzę, że na 500 km jak się ścigasz o podium, no to jest jeden pitstop lub dwa, zależy od pogody oczywiście. Jesteś w stanie przejechać na 4 litrach w bukłaku i 4 bidony po 0,7L z tym pitstopem. Jak jest taka temperatura koło 20 to da radę przejechać, naprawdę da się. Jak jest cieplej to trzeba kombinować, żeby to były te dwa pitstopy. I na tym pitstopie jakiś snickers wleci, hotdog czy coś takiego. Najlepiej jak jest Orlen w pobliżu. Ulubione miejsce. Pitstopy to też nie są jakieś długie, 15 minut to jest max, zależy też właśnie od pogody. I też sprawdzam jaki czas mają do mnie straty pozostali zawodnicy. Bo jak mają sporą stratę to też większy ten pitstop robię. To też wszystko zależy ile oni mają do mnie straty itd.
A jakie masz założenia jadąc ultra ? Czy próbujesz uciec od startu, czy wrzucasz sobie pewne tempo i patrzysz co się dzieje, czy jedziesz na kadencję, na pulsometr, na moc ?
Pulsometru nie mam. Do gravela nie wsadzałem pomiaru mocy, bo nie chcę.
Nie wiem czemu, ale nie chcę. Jakoś już przez tyle lat jazdy, po prostu czuję na ile mogę sobie pozwolić.
Zależy w jakiej grupie jestem i kto jest przede mną a kto jest za mną.
Bo wiem, że jak ktoś jedzie mocniejszy za mną to od razu wyrywam mocno dzida i lecimy ile fabryka dała. A później szybko patrzę na mapę i jak wyglądają wszystkie kilometry i jak to czasowo wychodzi, czy on mnie goni, czy nie, ile ma straty.
To tak raz na pół godziny sobie gdzieś tam przepatrzę. To jest cały czas kontrolowane. Bez tego gdzieś tam nie mogę żyć, muszę mieć tą kontrolę.
Albo żona mi po prostu wysyła co pół godziny raport, zdjęcie i jedziemy dalej. Bo jak ktoś mnie dogania to faktycznie wiem kto jest mocniejszy, nie ukrywajmy. Gdzieś tam są osoby, które są nie do objechania w naszych realiach ultra. I wiadomo kto dojdzie, a kto nie dojdzie. No ale i tak uciekam. Trzeba dać z siebie wszystko, a może się uda.
No pewnie. Też tak uważam. Należy dać z siebie wszystko i walczyć do końca.
Co dają Ci lub ewentualnie czego uczą i jak zmieniają starty w ultra? Jak wpływają na Ciebie jako osobę?
Tak poza jakby takim aspektem sportowym to chyba radzenia sobie z czymś zawodowo, czy widzenia pewnych rzeczy inaczej troszeczkę z pewnej perspektywy. Może nie tyle zaliczam co przeżywam tą jazdę na swój sposób. Wracam po zawodach, trenuję i kolejny start. Ja jestem typowym zadaniowcem. Ja mam zadanie do wykonania, robię i nie myślę o tym. Jak żołnierz. Jak ktoś mi powie, że o fajne widoki były, super, ale nie widziałem tego. Bo patrzę po prostu przed siebie, jestem skupiony na przykład na nawigacji i żebym się nie zgubił. Nie rozglądam się.
Ja jestem typowym zadaniowiec i mam do zrobienia dzisiaj 500. Powiedzmy być w top 5 i tak jest plan. I nic mnie więcej nie interesuje.
No wiesz, zimna krew. Nieraz a prawie zawsze się podpalam. A wygram i tak dalej.
No bo jest z tyłu głowy, że przyjeżdżasz na te zawody, no to chciałbyś wygrać. Ale kurczę później widzę, że ten czy tamten przyjechał i też chce wygrać. I wtedy siada ci ta głowa.
Kurczę, no nie będę, nie. Ale w sumie ultra się rządzi swoimi prawami i wszystko się może zdarzyć. I żona też mi zawsze to powtarza -„Pamiętaj to jest 500 kilometrów i wszystko się może zdarzyć.” No i zawsze mi to powtarza.
No i nieraz się udawało coś tam wygrać. W sumie raz chyba nie byłem na podium w tym roku.
Gratulacje.
Też się zdziwiłem.
To skoro tak mówisz. To jak często cię zaskakuje Twoja pozycja na koniec zawodów ?
W sumie za każdym razem miło się zaskakuje, jak jestem na podium. Wiesz, z tyłu głowy, wiem, że gdzieś tam ludzie mówią, że jestem mocny, że dużo trenuję i tak dalej. No ale to nie zawsze jest tak, że dużo trenuję i to będę mocny. To nie jest zawsze jest jakimś wyznacznikiem. To że przejechałem tyle kilometrów treningowych, to nie jest jakiś wyznacznik, to jest po prostu jakieś moje widzimisię, że tyle jeżdżę. Ale za każdym razem się cieszę z każdego miejsca, czy to jest pierwsze, drugie, trzecie. No oczywiście gdzieś tam zawód jest, jak jesteś czwarty, piąty.
Ale kiedy widzę listę startową a później jestem przed samą czołówką, to też naprawdę cieszy. Bo wiadomo, że chłopaki też jeżdżą tych ultra od groma.
Niektórzy nawet co tydzień i ciągle wygrywają. I stanąć za nimi, nawet być czwartym, no to i tak jest naprawdę duże osiągnięcie. Zwłaszcza, że nie ukrywajmy, dopiero wprowadzam się w ten świat ultra.
Nie wiem, ile potrwa ta zajawka na te jazdy, bo to jednak jest duże obciążenie dla organizmu. Więc dawkuję sobie powiedzmy raz w miesiącu, a to i tak sądzę, że to jest dużo. A niektórzy startują co tydzień, więc to w ogóle jest mega obciążenie. Tylko, ja się typowo ścigam i chcę mieć wynik, a nie tylko przejechać. Bo mnie nie kręci przejechanie ultramaratonu. Ja chcę mieć po prostu jakiś wynik w top 10, w top 5 i to jest moje osiągnięcie. Bo nie kręci mnie jazda w stylu romantycznej wyprawy.
Romantycznie to mogę pojechać z kolegami czy z jakąś grupą, ale to z góry wiem, że dzisiaj jest romantycznie. Ale na wyścigu nigdy w życiu nie mógłbym pojechać romantycznie, zawsze jest dzida. I tak sądzę, że tak będzie. Tego się nie wyprowadzi. Naprawdę kurczę, tyle lat spędziłem na szosie i na MTB się ścigałem. To już jest naprawdę jest mocno zakorzeniona we mnie ta rywalizacja.
Czy masz już określone plany startowe na przyszły sezon ?
Mam takie z grubsza. Wszystkich nie pamiętam, bo ostatnio w sumie na moim Instagramie pojawiła wstępna lista. Na pewno chciałbym jakąś watahę przejechać na wiosnę.
Czyli tymi zawodami wystartujesz sezon 2025 ?
Tak, tym na pewno wystartuję, bo fajna jest organizacja i fajnie później ogarniają wracających zawodników. Jest naprawdę taka atmosfera rodzinna, przytulają cię, gratulują. Naprawdę mega się zdziwiłem.
Jak to był mój pierwszy start, to jak chodzi o tą imprezę, to polecam. Fakt, że to trudniejsza trasa, bo to jednak są Góry Świętokrzyskie. Jest wymagająca. Ale nie jest aż tak niebezpieczna, w porównaniu z zawodami typowo w górach.
No w planach mam jeszcze Wisłę 1200, tak już oficjalnie mogę się przyznać. No i jeszcze myślałem o Via Regia z Wilna do Warszawy. Ale nie wiem jeszcze czy na to pojadę, bo tam nie ma trasy ustalonej, tylko sam trasę ustalasz. Masz jeden punkt tylko kontrolny i tyle. Nie wiem czy na tyle jeszcze jestem doświadczony ultrasem, żebym sobie z tym poradził, tak organizacyjnie.
A w międzyczasie pewnie jakiś Mazowiecki Grawel. I chciałem jeszcze pojechać Ultra Race Dolinę Bugu. To tak wstępnie.
To są plany a życie zweryfikuje ilość startów. Zweryfikuję też na ile sobie mogę pozwolić finansowo. Czy moi sponsorzy trochę mi dołożą.
Nie ukrywam, że mam kilku tych sponsorów i dokładają się do moich sukcesów. To bez nich też by mi byłoby mega trudno, żebym jeździł, co miesiąc i startował. To są serwisy, to jest rower, kurcze, to jest ubrania, to jest nawigacja i wiele innych rzeczy.
Nawet wkładki antyprzebiciowe, to są detale, smary, torby. Razem robią sumę.
To jest multum pieniędzy, a już nie mówię o rowerze.
Ale żebyś opłacił takich 10 startów, powiedzmy po 400 złotych, to już masz same 4 tysiące plus serwis. Serwis to w sumie po każdym ultra, no to sądzę, że tysiąc byś wydał w serwisie od razu. Niebotyczne wartości, więc jak ma się jakieś tam wyniki, to gdzieś tam chętnie ci sponsorzy pomogą. To też mnie to nakręca, że mogę to robić i spełniać jakieś swoje marzenia.
Ale kosztem czegoś, nie. Kosztem czegoś.
Więc nie da się tego w 100% połączyć, życia rodzinnego i tej swojej pasji, no bo nie ukrywajmy, że to kosztem czegoś idzie, mimo wszystko.
Bartek zamknąłeś fajnie myślę tą naszą rozmowę. Dziękuje.