Posts by admin

Autor: admin

  • 1430 km opowieści o Atlas Mountain Race w Maroku. Justyna Jarczok 6 wśród kobiet.

    1430 km opowieści o Atlas Mountain Race w Maroku. Justyna Jarczok 6 wśród kobiet.

    1433 kilometry i prawie 25 tysięcy metrów przewyższenia. Maroko. Atlas. Wiatr, który potrafi dojść do 120 km/h. I ona — Justyna Jarczok — szósta wśród kobiet na Atlas Mountain Race.

    Zanim jednak stanęła na starcie, potraktowała rozgrzewkę dosłownie. Z Malagi dojechała rowerem — skromne 500 kilometrów bikepackingu, żeby „rozkręcić nogę”. A potem ruszyła w góry. 1433 kilometry surowej przestrzeni i niemal 25 tysięcy metrów wspinania. Cztery pierwsze dni z chorobą, która nie pyta o zgodę.

    Mówi o tym wyścigu spokojnie: „To jest stworzony dla mnie. Dystans i technika — to mój styl”. Dla niej to było turystyczne tempo. Telefon do babci w środku pustkowia, techno w słuchawkach, treningi po 2–4 godziny dziennie, około 25 godzin tygodniowo.

    Wyścig nauczył ją cierpliwości i większego zaufania do siebie. Że czasem zamiast zimnego prysznica lepiej zjeść podwójną porcję jedzenia. Że życie i tak napisze własny scenariusz.

    W sześć dni przejechała pół Maroka. Samochodem byłoby to wyzwanie. Na 1430 kilometrów — jeden kapeć.

    Ultra wygrywa się brakiem snu. Ale jeszcze częściej — zgodą na drogę.

    Całość rozmowy w naszym podcaście.

  • Schwalbe X-One 700C x 33.

    Schwalbe X-One 700C x 33.


    Czasem nie chodzi o wybór idealny, tylko o ten możliwy. O moment, w którym rower przestaje być projektem, a staje się narzędziem do jazdy. Gdy szerzej już się nie da, a przed tobą są setki kilometrów różnych dróg, opona musi po prostu nieść Cię do przodu. A ja lubię patrzeć przed siebie a nie pod koła. 

    Artykuł niesponsorowany.

    Są rowery, które nie pytają, czego chcesz, tylko jasno stawiają granicę. Szosowa Orbea taka jest, nie powinno to dziwić ale jak się człowiek uprze to kto mu zabroni. 

    Maksymalna szerokość opony jaką mogłem wrzucić to 33 mm i został tylko optyczny prześwit między oponą a widełkami. Ale na szczęście pomogła karbonowa obręcz, na której opona ułożyła się idealnie. I to mnie uratowało, bo karbonowa obręcz jest szersza od fabrycznej obręczy i to już pozwoliło na wystarczający prześwit. Na tyle duży, że można śmigać gravelowe trasy a na tyle mały że, opona minimetr więcej nie pozwoliłaby już na jazdę.

     Schwalbe X-One Tubeless w rozmiarze 700C x 33 — opony, które z definicji są kompromisem, ale w praktyce potrafią zaskoczyć.

    Przejechałem na nich 3 sezony, średnio jeden zestaw na sezon, czyli około 5-6 tysięcy kilometrów. Wspólnie zmierzyliśmy się podczas objazdu tras Ultra Race Roztocze, Dolina Bugu, Silesia i Podlasie, czasami coś dłuższego na szosie (z lenistwa, nie chciało mi się zmieniać opon a po przejściu na koła karbonowe nie chciałem wracać do fabrycznych).  Wiosna, lato, jesień, zima, ale bez śniegu. Szutry, kamienie, bruki, płyty, piaski, błoto, asfalty, lasy i pola. Bez wybierania warunków i bez zmiany ogumienia pod konkretną trasę. X-One musiały radzić sobie ze wszystkim — i w większości przypadków radziły sobie uczciwie. 

    Jestem niereformowalny i jeżdżę na dętkach, ale nie odczułem tego zbyt mocno. Na trzy sezony może 3-4 razy przebiłem dętkę ale to nie były przypadki, po prostu musiały strzelić.

    Będę szczery, pierwszy sezon cisnąłem na atmosferze 5-6, dopiero później zacząłem testować ciśnienie w oponach. Teraz jeżdżę na ciśnieniu około 3,5-4,5 bar’a.

    Na asfalcie są szybkie. Toczą się lekko, bez wyraźnego oporu, utrzymanie średniej prędkości powyżej 30 km/h jest realne. 

    To jest coś za co je kocham, bo lubię pocisnąć czasami sobie tak, żeby wiatr rozdmuchiwał mi włosy na brwiach. W terenie zachowują się przewidywalnie: na suchych szutrach i leśnych drogach trzymają dobrze, w lekkim piasku dają radę, choć nie oszukujmy się — to nie jest opona do głębokiego sypkiego podłoża. Zdażyło się raz w okolicy Włodawy, że przednia opona wbiła się w piach. To był ułamek sekundy, moje myśli i kontemplacja jazdy zatrzymały się razem z przednim kołem. Skończyło się na 3 szwach w okolicy kolana. Zasugerowałem na pogotowiu lekarzowi aby użył mocnej nici, bo następnego dnia mam jeszcze do przejechania kilkadziesiąt kilometrów. W błocie szybko pokazują swoje ograniczenia, ale nie tracą nagle kontroli — raczej informują, że to już nie ich żywioł. Kilka razy jasno dały do zrozumienia – znajdź lepszą drogę. Pamiętajcie – technika to ważny element jazdy w terenie. 

    Największą zaletą X-One jest uniwersalność w ramach wąskiego marginesu. To opona, która pozwala jechać dalej bez ciągłego zastanawiania się, czy dziś było „dobrze dobrane ogumienie”. Trzymanie w zakrętach jest pewne, prowadzenie przewidywalne, a tubeless (dla tych co tak wolą) daje spokój psychiczny na długich trasach.

    Obiektywnie patrząc — X-One 33 mm lepiej sprawdziłyby się podczas zawodów gravel race niż w bikepackingu. To opona bardziej pod tempo niż pod dźwiganie ciężaru i walkę z naprawdę trudnym terenem. A zdarzało się nie rzadko, że wiozłem ze sobą ekwipunek 3 dniowy. Czasem nie wybierasz idealnego rozwiązania — wybierasz to, które mieści się w ramie. I w tej roli Schwalbe X-One spisały się lepiej, niż mogłem oczekiwać.

    To nie jest opona marzeń. To opona rozsądna. A w świecie ograniczeń sprzętowych rozsądek bywa największym sprzymierzeńcem drogi. Nie zamieniłbym tej opony na inną. Jeszcze pewnie nie raz założę je do szosowej Orbei. 

    Artykuł niesponsorowany.

  • 100 km przez Podlasie. Gravelem wśród dzikiej przyrody.

    100 km przez Podlasie. Gravelem wśród dzikiej przyrody.

    9.30 rano. Auto parkuje pod niebieską cerkwią z 1823 roku. Ubieram się dość ciepło, jest około 5 stopni, rześko i wilgotno. A ja jestem zmarzluch. 

    Słońce lekko nad horyzontem, przenika mgły Bugu. Mielnik w jesiennym śnie, cichy i spokojny. Wygląda jakby ten stan trwał tu nieustannie. Tylko ten jeden raz wymówię jego nazwę. Później już nie ma znaczenia kto, co, skąd, gdzie, ile. Nie dlatego tutaj jestem. Cel zaplanowałem jednoznaczny – droga.

    Zabieram ze sobą kilka batoników, 2 bidony (jeden z ciepłą miksturą imbiru, miodu i soku z czarnej porzeczki), jedna kanapka, resztę dokupuję w sklepie. Trasę zaplanowałem pod wpływem pozytywnych opinii uczestników Ultra Race Dolina Bugu.

    Jeszcze szybko do sklepu, jest po drodze, tylko 2 minuty. Dokupuję drożdżówkę i pączka, paczkę kabanosów, pepsi zero w małej puszce. Od śniadania upłynęło już trochę czasu, więc pączka zjadam na miejscu. Resztę chowam po kieszonkach. Mam tylko jedną sakwę pod górną rurką, 2 lampki (na wypadek gdybym się nie wyrobił do 16), powerbank, kanapkę ze smażonym jajkiem i boczkiem, zapasową dętkę i 1 nabój.

    Jesień tutaj zaczyna się od ciszy. Nie tej absolutnej, lecz podszytej szelestem liści i szumem roweru, który jeszcze nie wie, dokąd pojedzie. Sto kilometrów pętli brzmi jak plan, ale to tylko liczba – pretekst. Wyruszam sam, bo samotność jesienią jest jak druga skóra: nie grzeje, ale pozwala czuć i czerpać najwięcej z otoczenia.

    Pierwsze kilometry płyną. Ubita droga jest miękka od wilgoci. Bug oddycha mgłą. Zostawiam wszystko za plecami, nie obracając się za siebie. Miasteczko, ze swoim kościołem i śladami dawnych historii, patrzy na mnie jak architekt, który zgodził się na modernizm: pozwala odejść, ale pamięta. W murach jest spokój, w cegle – czas. Znika bruk, pojawia się droga, a ja – w rytmie oddechu – staję się częścią pejzażu. Trochę jak intruz, trochę jak gość, który przybywa z daleka i chce zabrać co nie swoje dla siebie. 

    Chłonę pierwsze kilometry jak małe dziecko – naiwnie i prosto. Koduje każdy obraz, staram się nie robić zdjęć bo wiem, że nie po to 

    tu przyjechałem. Pragnę nasycić się bez opamiętania, do pełna, ile zmieszczę. Zachwycający jest pierwszy odcinek. Bug nie odstępuje mnie ani na krok. Ścieżka wije się, skręca, meandruje jak rzeka. Czuję jej zapach a wilgoć otula mnie kroplami wody. Chciałbym tak cały czas, nie oddalać się od niej. Trwać przy niej, ciągle na wschód, wzdłuż niej aż do źródła w Werchobużu na północnej Wyżynie Podolskiej na Ukrainie. Kiedyś tak zrobię. Celem będzie – być w drodze przy Bugu.

    Dynamika na chwilę zmienia się. Wjeżdżam w wioseczki, kilka kilometrów asfaltu, domki po prawej i po lewej, gdzie nie gdzie podlaskie chaty. Wiatr. Podjazd. Nie minął mnie ani jeden samochód. Ostry skręt w prawo. Zjeżdżam z asfaltu. Drzewa gęścieją, jakby chciały mnie zatrzymać. Złote liście strzelają spod kół, krótki deszcz przemyka po ramie roweru. I wreszcie jestem sam na świecie, a droga prosto przed siebie prowadzi mnie w pędzie. 

    Po prawej ściana lasu, po lewej ściana lasu. Białe brzózki, sosny, buki. Jeszcze patrzę, obserwuję, liczę, sprawdzam. Ale już za chwilę mój umysł odpuszcza, nie analizuje. Wchodzi w stan tańca Świtezianki- Mickiewicza. Tajemniczy i wirujący ruch w nieznane, gdzie droga nadaje rytm a przestrzeń uruchamia wyobraźnię.

    Ja i droga. Ona nie obiecuje niczego. Ma do zaproponowania wiele. Ja wybieram to czego pragnę i sam przytulam się do niej. Ona beznamiętnie otwiera przede mną siebie. I pyta czego oczekujesz, czego szukasz, czego pragniesz. Jaki jest Twój cel ? Mój jest drogą, tylko albo aż. Jeżeli coś więcej to tylko w nagrodę. Kilka razy chyba zasłużyłem czymś sobie. Dostrzegł mnie Podlaski Juda, który to raz pomaga, raz płata figle. Dla mnie przygotował kilka miłych niespodzianek.

    Podlasie jesienią nie krzyczy kolorami, ono mówi półgłosem. Pola rozciągają się jak płótna jeszcze wilgotne po pracy malarza. Spotykam ludzi w trakcie polowych prac –  na polu, ze zwierzętami. Kiwnięcie głową, krótkie „dzień dobry”, jak zawarcie przymierza: ty jedziesz, my zbieramy, a wszystko dzieje się w rytmie natury, w harmonii z otoczeniem. Traktory mruczą, a ja prześlizguję się między ich rytmami, jak obcy. Nie zakłócam ich spokoju, nie ingeruję. Tylko na chwilę podlaski rolnik zwróci głowę w moją stronę. Ich myśli, nie są moimi myślami. Ich życie dalekie od mojego. 

    Zwierzęta pojawiają się bez zaproszenia. Sarna wyskakuje z rowu jak myśl, która przychodzi za późno. Łoś przecina drogę i wśród drzew, zostawia po sobie drżenie powietrza. Mijam go jeszcze kilka razy, nie daje się sfotografować, trzyma mnie na 

    dystans. W jednej z wiosek pies biegnie chwilę obok mnie – jakby sprawdzał, czy wytrzymam tempo. Wytrzymuję. Inne za ogrodzeniem głośnym szczekaniem zaznaczają swoją obecność. Śledzę je aż minę koniec płotu, czy czasami jakaś dziura nie umożliwi im pościgu za mną. 

    Spotykam rytmicznie, co kilka kilometrów drewniane domy, pochylone jak starcy, cerkwie z cebulastymi kopułami, kapliczki przy drodze – małe punkty odniesienia w przestrzeni, gdzie wszystko jest równiną. Zatrzymuję się na moment. Jedno, dwa zdjęcia, zjadam batonik, łyk z bidonu. Kolejny odpoczynek mam trochę dłuższy, przy niebieskiej cerkwi, przy samej granicy. Płot strzelisty z drutem wkuwa się do mojej wyobraźni. Chwile świdruje, szuka swojej myśli. Nie dałem się, szybko go wyrzuciłem z siebie. Pozostał tam gdzie stał. 

    Po kilku godzinach jazdy spotykam mundurowych. Kilka minut rozmowy o pracy, o życiu, o pogodzie, o Podlasiu. Miło i sympatycznie, z uśmiechem. Kilka wskazówek na drogę. Pierwsza i jedyna rozmowa podczas całej drogi. Ale też nie szukałem ich więcej. No może jeszcze kilkanaście zdań wypowiedzianych do samego siebie, a może do kogoś z boku. Już tak mam. Czasami myśli dostają słów i spadają na język, by w powietrzu zadrgać. Nie jeżdżę ze słuchawkami, nie po to szukam drogi, emocji aby zagłuszać to w zarodku. Lubię uczestniczyć w procesie zjednoczenia się z otoczeniem, rower aktywuje ten proces za każdym ruchem korbą. 

    Wioska, miasteczko, nazwa, tytuł, liczba … nie mają znaczenia. Zdaje mi się, że przesuwam się ze stałą prędkością, płynę wśród sennego, bezbarwnego krajobrazu. Jestem wiatrem, ciszą, rytmem. Zamknąłem się w sobie. Czuje własny puls, oddech i pot na plecach. Raz zimno, raz gorąco. Raz szybko, raz wolno. Zmieniam tempo, ale nie spieszę się.  

    Pod koniec drogi jesień gęstnieje, tak jak moje myśli. Słońce schodzi nisko, światło przecina pola jak nóż. Wracam w stronę początku inną drogą, bo zawsze warto wracać inaczej. Miasteczko przyjmuje mnie bez fanfar. Zmęczenie jest ciężkie, ale dobre – jak kamień w kieszeni, który przypomina, że byłem gdzieś naprawdę. Jeszcze tego dużo w głowie, w myślach, w emocjach, ale będzie czas to poukładać. 

    Wracam, kiedy już ciemno. Obraz z za szyby samochodu, jest bardziej obcy, tam gdzie przed chwilą byłem spleciony z nim teraz już nie stanowimy żadnej jedności. Ale uważam, że tak jest bardziej fair. Byłem gościem, na chwilę. Zabrałem co mogłem, co chciałem i odjechałem. Więc dlaczego miałbym jeszcze czegoś oczekiwać. Przyjmuję ten stan rzeczy takim jakim jest. 

    Sto kilometrów domyka się jak zdanie. Bez kropki. Bo ta podróż nie była o dotarciu, tylko o byciu. O samotnej jeździe, która nie izoluje, lecz zbliża. O Podlasiu, które nie musi nic udowadniać. O jesieni, która uczy, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy pozwolisz drodze prowadzić, nawet jeśli nie wiesz dokąd.

    Nawet uważam, że tak jest lepiej. 

    Ta droga również czeka na Ciebie. 

    Napisz ją po swojemu.

  • Cała prawda o ultra zawodach gravelowych. Fakty nie mity.

    Cała prawda o ultra zawodach gravelowych. Fakty nie mity.

    Jak naprawdę wygląda organizacja ultra? Ile w tym pasji, a ile stresu? Co dzieje się za kulisami, zanim staniesz na starcie? Tomasz Oleksy opowiada szczerze o blaskach i cieniach ultra zawodów gravelowych. Bez filtrów. Bez marketingu. Ile kasy to kosztuje. Po prostu prawda.

    Ultra z zewnątrz wygląda prosto. Trasa, start, meta, wynik. Kilka zdjęć, parę emocjonalnych relacji, uśmiech albo zmęczenie na twarzach zawodników. Ale prawda zaczyna się dużo wcześniej — i kończy dużo później.

    Bo ultra to proces. To setki godzin w drodze, w planowaniu, nad papierami, dokumentami, e-mail’ami, telefonami …

    To setki godzin planowania, dziesiątki spotkań, rozmów, maili i decyzji, których nikt nie widzi. To wybieranie dróg, które muszą być jednocześnie piękne, bezpieczne i wymagające. To sprawdzanie prognoz, alternatyw, scenariuszy awaryjnych. To odpowiedzialność za ludzi, którzy zaufali, że wszystko zadziała.

    Organizacja ultra zawodów gravelowych to balansowanie między pasją a rozsądkiem. Między marzeniem a logistyką. Między wizją a budżetem. Czasem to euforia, kiedy wszystko zaczyna się składać. A czasem zwątpienie, kiedy lista problemów wydaje się nie mieć końca.

    Są momenty ciszy — zwykle późno w nocy — kiedy pojawia się pytanie: po co? Po co brać na siebie tyle stresu, ryzyka, presji? I wtedy przychodzą odpowiedzi. W postaci wiadomości od zawodników. W postaci wspomnień z mety. W postaci zespołu, który wierzy tak samo mocno. W postaci komentarzy pod postami.

    Ultra Race Series powstało właśnie z tej potrzeby: stworzenia wydarzenia, które nie jest tylko wyścigiem. Które jest drogą. Doświadczeniem. Przestrzenią na zmęczenie, radość, kryzys i satysfakcję.

    To również historia ludzi — stałych partnerów, którzy są z nami od czterech lat i współtworzą ten projekt od fundamentów, oraz tych, którzy w tym sezonie dołączyli, ufając wizji, zanim zobaczyli efekt. Bez nich ten świat nie miałby racji bytu.

    Bo ultra nie buduje się samemu.

    Buduje się je razem.

    Każdy sezon to nowa lekcja pokory. Nowe wyzwania. Nowe granice do przesunięcia. Ale też nowe dowody na to, że warto. Że ta droga ma sens. Że gdzieś pomiędzy pierwszym telefonem a ostatnim finiszerem rodzi się coś prawdziwego.

    To jest cała prawda o ultra.

    W filmie usłyszycie o tym czego tutaj nie przeczytacie a jest szczerą opowieścią jak wygląda organizacja ULTRA.

    Rozważaniami podzielił się Tomasz Oleksy – organizatora Ultra Race Series.

  • Zimowy test charakteru: sprzęt, który naprawdę działa, gdy temperatura spada poniżej zera.

    Zimowy test charakteru: sprzęt, który naprawdę działa, gdy temperatura spada poniżej zera.

    Zima to najlepszy sprawdzian dla rowerowego sprzętu. Mróz, wiatr i wielogodzinne trasy szybko weryfikują marketingowe obietnice, zostawiając tylko to, co naprawdę działa. Termos Fjord Nansen Honer, kurtka Forclaz MT500 i nawigacja Bryton Rider S500 to trzy elementy mojego zimowego zestawu, które przeszły ten test bez zająknięcia – w terenie, na długich dystansach i w ujemnych temperaturach. Oto subiektywna, praktyczna recenzja sprzętu, który realnie podnosi komfort i pewność jazdy w najtrudniejszych warunkach.

    Termos Fjord Nansen Honer 0,7 l – mała rzecz, duża różnica na zimowej trasie.

    Termos Fjord Nansen Honer 0,7 l to jeden z tych elementów wyposażenia, których znaczenie docenia się dopiero podczas prawdziwie zimowych wypraw. W mroźnych warunkach staje się czymś więcej niż tylko pojemnikiem na napój – daje chwilę wytchnienia od chłodu i realnie wspiera regenerację.

    Model Honer wyróżnia się bardzo dobrą izolacją termiczną. Nawet po kilkunastu godzinach w niskiej temperaturze zawartość pozostaje wyraźnie ciepła. Podczas testów w temperaturze od –7 do –9°C po 12 godzinach herbata była nadal bardzo ciepła, niemal gorąca. To wynik, który robi wrażenie i potwierdza skuteczność zastosowanych rozwiązań.

    Pojemność 0,7 litra sprawdza się idealnie na kilkugodzinne, zimowe wypady. Z jednej strony pozwala kilkukrotnie sięgnąć po gorący napój, z drugiej – zachowuje kompaktowe wymiary. Termos bez problemu mieści się w koszyku na bidon, plecaku czy torbie rowerowej. Solidna konstrukcja zapewnia odporność na przypadkowe uderzenia, co w zimowym terenie ma kluczowe znaczenie. Korek działa pewnie, nie przecieka i umożliwia szybkie nalewanie bez nadmiernego wychładzania zawartości. Nakrętka pełni funkcję kubka – niewielkiego, ale w zupełności wystarczającego na krótki postój. Jedynym minusem może być wysokość termosu – w połączeniu z torbą montowaną pod górną rurą ramy przestrzeń robi się nieco ograniczona.

    W praktyce Fjord Nansen Honer to niezawodny towarzysz zimowych tras. Kilka łyków ciepłej herbaty czy kawy w momencie, gdy dłonie marzną, a wiatr daje się we znaki, wyraźnie poprawia komfort i morale. To prosty, ale bardzo skuteczny element zimowego ekwipunku, który realnie podnosi jakość jazdy. Z powodzeniem będzie też towarzyszył wiosennym, całodniowym wyjazdom bikepackingowym.


    Kurtka Forclaz MT500 do –10°C – uniwersalna ochrona na zimowe aktywności.

    Kurtka Forclaz MT500 do –10°C z Decathlonu została przeze mnie przetestowana w różnych warunkach: podczas jazdy na nartach, górskich wędrówek oraz zimowej jazdy rowerem. To właśnie w takich okolicznościach marketingowe obietnice najszybciej poddawane są weryfikacji.

    Poszukiwałem lekkiej, ciepłej i możliwie uniwersalnej kurtki puchowej, którą można łatwo spakować do niewielkich rozmiarów, która zapewni komfort termiczny w ujemnych temperaturach, ochroni przed wiatrem oraz będzie wyposażona w kaptur i kieszenie na suwak. Wybór padł na model MT500 zamówiony w sklepie internetowym Decathlonu. Warto wspomnieć, że czas oczekiwania na wysyłkę przekroczył 7 dni – informacja była co prawda podana na stronie, jednak dziś rzadko zdarza się tak długi termin realizacji.

    Już od pierwszych kilometrów kurtka dała się poznać jako solidna, dobrze izolująca warstwa, skutecznie chroniąca przed chłodem i wiatrem. Podczas spokojnej jazdy oraz dłuższych podjazdów utrzymywała stabilny komfort termiczny, nie powodując uczucia przegrzania czy „zamknięcia”. Materiał zewnętrzny bardzo dobrze radzi sobie z podmuchami zimnego powietrza, szczególnie odczuwalnymi na otwartych przestrzeniach i szybkich zjazdach. Jednocześnie kurtka pozostaje elastyczna, umożliwiając swobodną pracę ramion i tułowia – co na rowerze ma kluczowe znaczenie. Krój sprzyja aktywności, a odpowiednia długość rękawów i pleców skutecznie chroni ciało w pochylonej pozycji.

    Na uwagę zasługuje również dobra oddychalność. Nawet przy intensywniejszym wysiłku wewnątrz pozostaje względnie sucho, co realnie przekłada się na komfort podczas dłuższej jazdy. Forclaz MT500 sprawia wrażenie kurtki zaprojektowanej z myślą o ruchu w zimnym terenie, a nie o statycznym przebywaniu na mrozie. Testowałem ją przy temperaturze około –5°C podczas trzygodzinnej jazdy rowerem o zmiennej intensywności, mając pod spodem jedynie bluzę z wełny merino. W takich warunkach sprawdziła się bez zarzutu.


    Nawigacja Bryton Rider S500 – pewność na trasie bez zbędnych fajerwerków.

    Bryton Rider S500 to urządzenie, które od pierwszego uruchomienia komunikuje jedno: mapa jest tu, jedź tam, gdzie chcesz. Bez stylistycznych fajerwerków, za to z solidnym zestawem funkcji, które w praktyce po prostu działają. Jako osoba, która sprzęt rowerowy ocenia przede wszystkim przez pryzmat drogi, a nie cyferek, szybko doceniłem jego podejście do nawigacji.

    S500 to rozwiązanie dla tych, którzy szukają przede wszystkim pewnego prowadzenia w terenie. Może brakuje mu bardzo dużego wyświetlacza czy rozbudowanych podglądów danych, ale w zamian oferuje to, co dla mnie najważniejsze – spokój na trasie. W praktyce oznacza to, że mogę jechać tam, gdzie chcę, i mieć pewność, że zaplanowana droga wciąż jest przede mną.

    Bryton nie zawiódł mnie ani na krótkich wypadach, ani podczas kilkudniowych wypraw bikepackingowych. Sprawdził się zarówno w Polsce, jak i za granicą – w Chorwacji, Czarnogórze oraz we Włoszech. Mapy można łatwo dograć w zależności od potrzeb, a pliki GPX wczytywane są szybko i intuicyjnie. Urządzenie nigdy nie zgubiło trasy, bateria oferuje wystarczający zapas energii nawet przy połączeniu Bluetooth z telefonem, a kompatybilność z tylną lampką Bryton Gardia 300L (radar) dodatkowo zwiększa bezpieczeństwo. Całość zamknięta jest w minimalistycznej, odpornej na deszcz obudowie.

    Używam tej nawigacji od ponad trzech lat. Choć trudno mi jednoznacznie ocenić aktualną kondycję baterii, nadal nie wymaga ona doładowywania podczas całodniowych przejazdów. W większości korzystałem z niej w temperaturach powyżej zera, jednak także przy –5°C działała bez zarzutu. Regularne aktualizacje oprogramowania dodatkowo poprawiają stabilność i funkcjonalność urządzenia.

    Podsumowując jednym zdaniem: na mecie zawodów gravelowych jeszcze ani razu nie usłyszałem, że Bryton zgubił trasę albo źle poprowadził – o innych urządzeniach słyszę to regularnie.

  • GTP Gravel / Trening / Podstawy – część I.

    GTP Gravel / Trening / Podstawy – część I.


    Wprowadzenie do serii poświęconej treningowi i przygotowaniu do startów gravelowych. Na początek odpowiemy na najważniejsze pytanie: od czego naprawdę powinien zacząć początkujący kolarz gravelowy, aby zbudować solidne fundamenty i uniknąć klasycznych błędów.

    Gravel od podstaw 

    Gravel przyciąga wolnością, różnorodnością terenu i atmosferą przygody. Z drugiej strony potrafi brutalnie zweryfikować przygotowanie – długim dystansem, zmienną nawierzchnią i koniecznością radzenia sobie z kryzysami. Dla wielu osób pierwszy kontakt z gravelowymi zawodami kończy się pytaniem: dlaczego było aż tak ciężko?

    Ten artykuł jest wprowadzeniem do serii poświęconej treningowi i przygotowaniu do startów gravelowych. Na początek odpowiemy na najważniejsze pytanie: od czego naprawdę powinien zacząć początkujący kolarz gravelowy, aby zbudować solidne fundamenty i uniknąć klasycznych błędów.

    Czym naprawdę jest gravel?

    Choć gravel bywa postrzegany jako „luźniejsza szosa” albo „mniej techniczne MTB”, w praktyce jest osobną dyscypliną o bardzo specyficznych wymaganiach fizycznych.

    Typowy wyścig gravelowy to:

    • długi czas trwania – od 3 do nawet kilkudziesięciu godzin
    • zmienna intensywność – częste zmiany tempa wynikające z terenu,
    • nieregularna nawierzchnia – szuter, piach, bruk, asfalt,

    To oznacza, że gravel nagradza nie chwilową moc, lecz umiejętność zarządzania energią, wytrzymałość i odporność na narastające zmęczenie.

    Z perspektywy treningu gravel nie premiuje jednego „magicznego” parametru. Kluczowe są cztery obszary:

    1.Wytrzymałość tlenowa 

    Wytrzymałość tlenowa to zdolność organizmu do długotrwałej pracy przy umiarkowanej intensywności, bez nadmiernego narastania zmęczenia. W gravelu to absolutna podstawa  niezależnie od dystansu czy profilu trasy.

    W przeciwieństwie do krótkich wyścigów szosowych lub dynamicznych startów MTB, gravel rzadko pozwala na „odpoczynek w peletonie”. Nawet gdy tempo nie jest wysokie, organizm przez wiele godzin pracuje nieprzerwanie. Brak solidnej bazy tlenowej sprawia, że:

    • zmęczenie pojawia się zbyt wcześnie,
    • trudniej utrzymać koncentrację,
    • każda zmiana tempa kosztuje nieproporcjonalnie dużo energii.

    Dobrze rozwinięta wytrzymałość tlenowa pozwala:

    • jechać długo bez gwałtownych skoków tętna,
    • szybciej regenerować się po trudniejszych fragmentach,
    • zachować „rezerwy” na końcówkę wyścigu.

    To właśnie dlatego w gravelu zawodnik z przeciętną mocą maksymalną, ale świetną bazą tlenową, bardzo często wygrywa z kimś, kto jest szybki… ale tylko przez godzinę.

    2. Siła mięśniowa 

    Gravel to jazda, w której mięśnie pracują inaczej niż na idealnie gładkim asfalcie. Szuter wymusza większą siłę przy mniejszej płynności ruchu, a to stawia wysokie wymagania układowi mięśniowemu.

    Bez odpowiedniej siły mięśniowej:

    • nogi szybciej „puchną”,
    • pojawia się uczucie ciężkości i braku dynamiki,
    • organizm szybciej przechodzi na mniej ekonomiczne źródła energii.

    Siła w gravelu nie oznacza siłowni nastawionej na maksymalne ciężary. Chodzi raczej o odporność mięśni na długotrwałe obciążenie i zdolność do generowania mocy wtedy, gdy kadencja spada, a zmęczenie narasta.

    3.Mocny core 

    Core, czyli mięśnie głębokie tułowia, pełnią w gravelu znacznie większą rolę niż wielu zawodników przypuszcza. Na nierównej nawierzchni to właśnie one odpowiadają za:

    • stabilną pozycję na rowerze,
    • efektywne przenoszenie mocy na napęd,
    • kontrolę nad rowerem w trudnym terenie.

    Gdy core jest zmęczony lub słaby:

    • część energii „ucieka” zamiast napędzać rower,
    • pojawia się ból dolnego odcinka pleców,
    • spada precyzja prowadzenia roweru,
    • szybciej męczą się ręce i barki.

    W długim wyścigu gravelowym zmęczony tułów działa jak nieszczelny układ napędowy – nawet przy dobrej formie nóg nie jesteśmy w stanie wykorzystać pełnego potencjału. Regularna praca nad core pozwala:

    • utrzymać stabilną pozycję przez wiele godzin,
    • zmniejszyć ryzyko bólu i przeciążeń,
    • zachować kontrolę nad rowerem do samej mety.

    4.Odżywianie na trasie i trening jelita 

    W gravelu odżywianie nie jest dodatkiem do treningu  tylko  jest jego integralną częścią. Długi czas wysiłku sprawia, że błędy żywieniowe prędzej czy później zostają brutalnie ujawnione.

    Brak regularnego jedzenia i picia prowadzi do:

    • nagłego spadku mocy,
    • problemów żołądkowych,
    • trudności z koncentracją,
    • kryzysu, z którego trudno się podnieść.

    Kluczowe jest nie tylko co jemy, ale też jak dobrze organizm potrafi to wykorzystać. Dlatego tak ważny jest tzw. trening jelita, czyli przyzwyczajanie układu pokarmowego do:

    • jedzenia w trakcie wysiłku,
    • większej podaży węglowodanów,
    • picia w warunkach zmęczenia i wysokiego tętna.

    Zawodnicy, którzy potrafią regularnie dostarczać energię, są w stanie:

    • utrzymać stabilne tempo,
    • lepiej reagować na ataki lub trudne fragmenty trasy,
    • zachować siłę i świeżość w końcówce wyścigu.

    W gravelu często wygrywa nie ten, kto ma najlepsze nogi na starcie, ale ten, kto najlepiej zadbał o paliwo po drodze.

    Od czego zacząć trening? 

    Najczęstszy błąd początkujących to zbyt szybkie wchodzenie w intensywny trening. Gravel wymaga najpierw  solidnych fundamentów.

    Priorytety na start:

    • regularność (3–5 treningów tygodniowo),
    • spokojna objętość, a nie „ściganie się” na każdym wyjeździe,
    • jeden dłuższy trening tygodniowo,
    • stopniowe przyzwyczajanie organizmu do czasu w siodle.

    Jak powinien wyglądać tydzień?

    • 1–3 treningi spokojne (tempo konwersacyjne),
    • 1 trening dłuższy (na początku 2–3 h co tydzień wydłużając trening o 10min),
    • 1-2 krótki treningi siłowe lub nastawione na prace nad kadencją
    • 1-3 razy w tygodniu 15min ćwiczeń na wzmocnienie core

    Czas trwania treningów zależy w główniej mierze od wyścigu docelowego oraz naszych możliwości czasowych. W MŚ Cycling & Dietetyka wychodzimy z założenia, że trening trzeba dopasować do życia, a nie życie do treningu.

    Na tym etapie nie chodzi o maksymalną moc, tylko o budowanie tolerancji na długi wysiłek.

    Czego NIE robić na początku?

    Lista błędów, które regularnie powtarzają się u debiutantów:

    • ❌ zbyt dużo intensywnych interwałów,
    • ❌ kopiowanie planów zawodowców,
    • ❌ ignorowanie ćwiczeń siłowych i core,
    • ❌ startowanie w zbyt długich lub trudnych zawodach „na próbę”,
    • ❌ brak testowania jedzenia na treningu.

    Gravel nie wybacza braku cierpliwości. Forma budowana zbyt agresywnie często kończy się stagnacją lub przeciążeniem!

    Jeśli chciałbyś/ chciałabyś przygotować się z naszą pomocą do zawodów zapraszamy do kontaktu. Oferujemy darmowy 7 dniowy okres próbny, abyś mógł/ mogła  zobaczyć jak wyglądają u nas treningi.

    Partner merytoryczny cyklu artykułów.

    Skontaktować możesz się z nami pisząc maila : mscycling1@gmail.com, dzwoniąc pod numer 663388570 lub przez formularz kontaktowy na stronie www.mscycling.pl

    Znajdziesz nas również na Facebooku MŚ Cycling & Dietetyka lub na Instagramie.

  • Poradnik debiutanta Ultra część I.

    Poradnik debiutanta Ultra część I.

    Droga, która zmienia wszystko. Zrozum trasę.

    DROGA, KTÓRA ZMIENIA WSZYSTKO.

    Pierwsze ultra to więcej niż wyścig – to osobista opowieść o granicach, które przesuwasz własną siłą. Jadąc trasą zawodów, odkryjesz, że kilometr to nie tylko liczba, ale emocja, pot i zachwyt. Na starcie poczujesz niepewność, ale już po kilku kilometrach wciągnie Cię magia przygody.


    Nie porównuj się z innymi – każdy jedzie swoją historię. W ultra nie chodzi o prędkość, lecz o konsekwencję. Nawet gdy przyjdzie kryzys, on też jest częścią tej drogi. Pamiętaj, że każdy finisz jest zwycięstwem. Po 130 km zrozumiesz, że możesz więcej. Po 320 km – że możesz wszystko. A największym ograniczeniem jest głowa, którą musisz odpowiednio przygotować do drogi.

    Jedź swoim tempem lub zbliżonym. Jazda mocniejsza szybko zweryfikuje Twoje przygotowanie i wyjedżenie. Może się okazać, że naciągając tempo szybko stracisz siły na dalszą część drogi. Nie szarp się, staraj się jechać równym tempem.


    Dla wielu uczestników dystans 120 km lub 330 km to nie tylko sportowe wyzwanie, ale moment, w którym zaczyna się prawdziwe poznawanie siebie. 


    Ultra to nie trasa – to doświadczenie. Każdy podjazd, każdy odcinek szutru i każda chwila ciszy w lesie stają się częścią Twojej osobistej historii. Z każdym obrotem korby rośnie w Tobie przekonanie, że granice istnieją tylko w głowie, a siła, której szukałeś, od początku była w Tobie.


    Pierwsze ultra uczy pokory i cierpliwości. Na początku jedziesz z energią i entuzjazmem, później pojawia się zmęczenie, zwątpienie, może nawet złość. Ale to właśnie wtedy, gdy wszystko staje się trudne, zaczyna się prawdziwe ultra. Nagle zauważasz, że zamiast patrzeć na licznik, patrzysz na krajobraz. Słyszysz wiatr w koronach drzew, czujesz zapach lasu, widzisz promienie słońca przemykające przez liście. Każda droga wynagradza wysiłek – szutry, lasy, doliny i pagórki mają w sobie coś magicznego.


    Nie musisz być zawodowcem, by przeżyć coś wielkiego. Wystarczy odwaga, by stanąć na starcie i powiedzieć sobie: jadę, spróbuję, zobaczę, co potrafię. Każdy, kto kończy swoje pierwsze ultra, wie, że to nie tylko kwestia nóg, ale serca i charakteru. To chwile, gdy liczysz już nie kilometry, lecz emocje.


    A gdy przekroczysz linię mety – zmęczony, ubłocony, ale z uśmiechem – poczujesz, że stało się coś niezwykłego. Bo pierwsze ultra to moment, w którym zrozumiesz, że można być silniejszym, spokojniejszym i bardziej sobą. To historia, do której zawsze będziesz chciał wracać. Bo kto raz poczuje ducha zawodów ultra, ten już zawsze będzie chciał więcej. Jedni dla atmosfery, drudzy dla towarzystwa, inni dla wyzwania  a kolejni dla euforii na mecie — wszyscy dla czegoś, czego nie da się porównać z niczym innym.

    • Nie porównuj się z innymi.
    • Jedź swoim tempem.
    • Trzymaj stałą prędkość.

    ZROZUM TRASĘ.


    Każda kraina ma swój indywidualny charakter. Trasa Ultra prowadzi przez miejsca, które zachwycają i zaskakują zmiennością. Będą odcinki, gdzie wpadniesz w rytm i zapomnisz o świecie, ale też takie, gdzie każdy metr będzie walką. Warto zapoznać się wcześniej z profilem trasy i kluczowymi punktami. Przeanalizuj podjazdy, zjazdy i możliwe miejsca na odpoczynek. Dystans 130 km to już solidne wyzwanie, a 320 km wymaga planowania i pokory wobec terenu. Natura potrafi być łagodna o świcie, bezlitosna w południe a mordercza w nocy. Znajomość trasy da Ci spokój i pewność na starcie.


    Najczęściej dokładna trasa jest  przesłana przez organizatora na 10-14 dni przed startem. To jest wystarczający czas na zapoznanie się z nią i przygotowaniem istotnych punktów  takich jak: uzupełnienie zapasów, odpoczynek, bardziej obfity posiłek, ewentualne miejsce noclegu, oficjalny Pit-Stop …


    Trasy zawodów to nie tylko miejsce na mapie – to żywioł, który potrafi oczarować i wystawić na próbę w tym samym momencie. Falujące wzgórza, szutrowe dukty i drogi pachnące żywicą tworzą scenerię, w której każdy zakręt skrywa nową historię. Trasa Ultra nie jest przewidywalna – zmienia się jak pogoda nad Bugiem. Raz gładka i szybka, pozwala złapać rytm, innym razem zamienia się w labirynt ziemi, kamieni i podjazdów, które każą sięgnąć po każdą cząstkę determinacji. To właśnie ta zmienność sprawia, że poznajesz drogę naprawdę – nie z przewodnika, ale z perspektywy własnych kół.



    Na krótkich dystansach  80-120 km  odkryjesz, jak różnorodna potrafi być  trasa. To nie tylko przejażdżka, ale intensywna lekcja pokory wobec terenu. Gdy wpadniesz w rytm, poczujesz wolność – wiatr na twarzy, dźwięk opon na szutrze, ciszę lasu przerywaną tylko biciem własnego serca. Ale przyjdą też chwile, gdy ukaże się surowsze oblicze: teren, wzniesienia i wiatr, który zdaje się wiać zawsze w twarz. I wtedy właśnie zaczyna się prawdziwe ultra – wtedy decyduje nie siła nóg, lecz hart ducha.
    Dystans  ponad 300  km to już osobna opowieść. To wyzwanie, które wymaga planowania, szacunku do trasy i mądrego zarządzania siłami. Tu nie chodzi o tempo, ale o wytrwałość – o umiejętność dostrzeżenia piękna w każdym trudnym kilometrze. Na długich prostych nauczy Cię cierpliwości, a na podjazdach – determinacji. 300 km potrafi być bezlitosne, ale też niezwykle nagradzające: nagle zza zakrętu otwiera się widok, który sprawia, że zapominasz o zmęczeniu i po prostu jedziesz dalej, bo chcesz zobaczyć, co czeka za kolejnym wzgórzem.


    Zrozumienie trasy to coś więcej niż znajomość mapy – to wejście w dialog z naturą i samym sobą. Każdy, kto ją przejedzie, wie, że drogi zawodów nie daje się pokonać siłą – można ją tylko przeżyć. I właśnie to doświadczenie zostaje w pamięci na długo po tym, jak opadnie kurz z ostatnich kilometrów.

    • Przeanalizuj trasę.

    • Wyznacz punkty na odpoczynek.

    • Przeczytaj uważnie racebook.

  • Ultra Race Roztocze – zachwyca o każdej porze roku.

    Ultra Race Roztocze – zachwyca o każdej porze roku.

             Na Roztocze nie jedzie się po rekord ani po dowód, że „było warto”. 


    Jedzie się, bo coś ciągnie — miękko, bez nacisku, jak leśna droga tuż po deszczu. Ścieżka prowadzi pomiędzy wysokimi sosnami o zapachu żywicy, gdy nagle skręca na pola i nie tłumaczy dlaczego. Rower jest tu tylko sposobem, żeby się nie zatrzymać zbyt wcześnie. Ludzie, krajobraz, wioski… to wszystko szybko wciąga jak wiosenna łąka poranną mgłę. Nie zauważysz a właśnie w niej jedziesz, by za chwilę zapomnieć o tym, bo czeka Cię kolejny wyjątkowy spektakl przyrody. I jeżeli tylko będziesz miał oczy otwarte, a głowę wysoko uniesioną dostrzeżesz jeszcze więcej. 


    Wiosną Roztocze budzi się nieśmiało. Drogi długo są jeszcze wilgotne, ciężkie, jakby nie były pewne, czy chcą znów prowadzić. Piach klei się do opon, powietrze pachnie wodą i zeszłorocznymi liśćmi. Jedziesz wolniej, bo nie da się inaczej — ciało, rower i krajobraz dopiero się dogadują. Co chwilę coś przerywa rytm: rozlana rzeka, zwalone drzewo, błoto po osie. I dobrze. To pora, w której droga uczy cierpliwości, a Roztocze pokazuje, że nie jest tłem, tylko rozmówcą. Szeptaj, nie bądź bierny, niech powietrze wokół Ciebie drga, niech ścieżka czuje Twój rytm, a wiatr dyktuje tempo, kiedy suniesz kolejne kilometry. W końcu poczujesz jedność, wtedy nie będzie liczyło się nic tylko Ty i droga pośród roztoczańskich krajobrazów. 

    Latem wszystko przyspiesza, ale nie staje się łatwiejsze. Kurz wisi w powietrzu, słońce wypala myśli, a długie, falujące odcinki dróg sprawiają, że czas się rozciąga. Wioski mijasz powoli, jakbyś był tylko przejazdem przez cudze życie. Babcia siedzi na ławce, ktoś podlewa ogród, ktoś patrzy bez ciekawości. Roztocze latem nie jest spektakularne — jest konsekwentne. I jeśli dasz mu czas, odda go z nawiązką: ciszą w lesie, chłodem w dolinie, nagłym zjazdem, który przychodzi dokładnie wtedy, gdy zaczynasz wątpić. Dynamika drogi jest teraz najbardziej odczuwalna. Bądź jak tęskniący kochanek, najpiękniejsze momenty przed Tobą. Każdy zakręt, każde wzniesienie odkryje przed Tobą jakąś tajemnicę.

    Jesień to pora, dla której wielu przyjeżdża tu po raz pierwszy — i często ostatni, bo trudno potem znaleźć coś równie uczciwego. Kolory nie krzyczą, tylko gasną powoli. Drogi są twardsze, bardziej przewidywalne, ale w głowie robi się miękko. Jedziesz przez liście, przez mgłę, przez dym z ognisk. Każdy kilometr wygląda jak wspomnienie, którego jeszcze nie masz. To najlepszy czas na powroty — nie tylko na Roztocze, ale do myśli, które zostały gdzieś po drodze. Nie musisz się spieszyć, droga opowiada Ci swoją historię minionego lata.

    Zimą Roztocze zostaje dla tych, którzy nie potrzebują potwierdzeń. Śnieg zmienia wszystko: znika orientacja, znikają znane kształty, drogi stają się linią domysłu. Jedziesz wolno, czasem prowadzisz rower, czasem stoisz bez ruchu i słuchasz, jak cicho potrafi być świat. Tu nie ma heroizmu. Jest prosty wysiłek i nagroda, która nie daje się sfotografować. Zimą Roztocze najbardziej przypomina drogę jako ideę — coś, co istnieje nawet wtedy, gdy nie da się nim łatwo iść.

    Warto wracać na Roztocze o każdej porze roku, bo ono nie oferuje jednego obrazu. Zmienia się, ale nie próbuje się podobać. Nie udaje przygody, nie sprzedaje doświadczenia. Jest sobą — mozaiką lasów, falą pól, wzniesień i dróg, które czasem prowadzą donikąd, a czasem dokładnie tam, gdzie trzeba.

    To miejsce, które najlepiej czyta się w ruchu. Nie na ekranie, nie na mapie, nie w opisie. Na rowerze, który pozwala być wystarczająco szybki, żeby jechać dalej, i wystarczająco wolny, żeby zauważyć. Roztocze nie pyta, po co tu jesteś. Przyjmuje cię takim, jakim jesteś tego dnia. A to, niezależnie od pory roku, zawsze jest dobry powód, żeby wracać.

    Jedzie się tu od miasteczka do miasteczka, jakby każde było osobną historią, krótkim przystankiem w długim zdaniu. Zamość, 

    Szczebrzeszyn, Zwierzyniec, Krasnobród, Józefów, Susiec i te mniejsze, których nazw czasem nie zdążysz zapamiętać — każde z nich mogłoby być celem samym w sobie, z rynkiem, kawą, cieniem drzew i obietnicą, że warto zostać na dłużej. I pewnie warto. Ale nie po to się tu przyjeżdża. 

    Przyjeżdża się dla drogi pomiędzy, dla odcinków, które nie mają tablic informacyjnych, dla momentu, gdy miasteczko zostaje za plecami, a przed tobą znów jest tylko piach, las i cisza. Te miejsca są jak oddech, nie jak meta — pozwalają się zatrzymać, ale nie zatrzymują na dobre. Bo sens Roztocza nie mieści się w punktach na mapie, tylko w tym, co wydarza się pomiędzy nimi, gdy znów jedziesz dalej.

    Jest jednak moment w roku, kiedy Roztocze pulsuje trochę inaczej. Maj. Czas, gdy drogi są już przejezdne, ale jeszcze nie wygładzone przez lato, a lasy oddychają intensywnie, jakby nadrabiały ciszę zimy. 

    To wtedy odbywa się Ultra Race Roztocze — zawody gravelowe, które nie próbują zmienić tego miejsca w arenę, tylko na chwilę wpisują się w jego rytm. Roztocze na kilka dni pozwala się rozgościć pasjonatom i miłośnikom jazdy rowerem na dłuższych dystansach. Możesz zmierzyć się z 130, 330 i ponad 500 km gravelową przygodą.

    W maju przyjeżdża się tu niby na zawody, ale szybko okazuje się, że rywalizacja jest sprawą drugorzędną. Droga nie reaguje na numery startowe. Piach wciąż potrafi zatrzymać, podjazdy dalej ważą tyle samo, a zmęczenie przychodzi dokładnie wtedy, kiedy chce. Ultra Race Roztocze nie skraca dystansu między tobą a krajobrazem — przeciwnie, wydłuża go, zmusza do uważności i pokory.

    Majowe Roztocze jest najbardziej szczere. Zielone, ale jeszcze nie gęste. Żółte od rzepaku. Szybkie, ale nie łaskawe. To moment przejścia — między zimą a latem, między planem a improwizacją, między ambicją a odpuszczeniem. Nawet jeśli przyjeżdżasz tu na jeden dzień, wracasz z poczuciem, że byłeś częścią czegoś większego niż trasa. Twoje zmęczenie, odwaga i hart ducha piszą historię rowerowego Roztocza. Pot kreśli drogę od ambicji do pokory. Na metę wjeżdżasz nie po sławę, nie po medale i fanfary ale by spotkać siebie, przemienionego, nowego i spragnionego kolejnej takiej przygody jak Ultra Race Roztocze.

    www.ultraraceseries.pl


    Dlatego właśnie w maju warto tu być najbardziej. Nie po to, żeby wygrać, ale żeby sprawdzić, jak droga poprowadzi cię tym razem. Trasa Ultra Race Roztocze 2026 jest tylko pretekstem. Resztę robi Roztocze.

  • Wywiad z Marcinem Nowakiem twórca i właścicielem marki rowerów Pafaro.

    Wywiad z Marcinem Nowakiem twórca i właścicielem marki rowerów Pafaro.

    Cześć Marcin. Zafascynowała mnie Wasza nazwa Pafaro. Historią sięgacie do początków, 1948 roku, czyli wyprodukowania pierwszych rowerów szosowych w Polsce – Bałtyk i Pafaro. Powiedz, dlaczego akurat wybrałeś Pafaro do tego, aby powiązać swoją markę z tą nazwą, z tą historią? 

    Cześć. Interesowałem się historią rowerów przedwojennych i powojennych. Powojennych to wszyscy znamy. No i to się od tego zaczęło. Czyli od chęci nawiązania do historii. Tak, do historii. Jak szukałem jakiejś nazwy dla Naszej marki, to chciałem, żeby nawiązywała do tych korzeni polskich rowerów. I tak się natrafiła okazja, żeby można było reaktywować nazwę Pafaro. 

    A nie miałeś problemu z tym, żeby tą nazwę ściągnąć do siebie? 

    Nie. Nie, bo u nas to wyglądało tak, że generalnie zastrzegliśmy znak towarowy. I w momencie, jak robisz zastrzeżenie znaku towarowego, to w ciągu trzech miesięcy ktoś musi zgłosić sprzeciw do tego. Akurat nie miał kto zgłosić, bo to była nazwa państwowa i po prostu tym sposobem tę nazwę pozyskaliśmy. 

    A czy w filozofii stworzenia marki Pafaro chciałeś sięgnąć do tej historycznej marki Pafaro ? 

    Jak zauważyłeś po rowerach, u nas nie ma tanich rowerów. Wszystko ma być premium.  Moim marzeniem największym jest robienie tego wszystkiego tutaj w Polsce. Nie mówię o grupach napędowych, bo tego się tutaj po prostu nie da robić i nie ma nawet sensu. Ale całe serce roweru, czyli rama, kokpity, sztyce, malowanie żeby jednak jak najwięcej tego produktu było robione tutaj. 

    Żeby produkcja wróciła tak jak kiedyś do naszego kraju, żeby była w Polsce. Kiedyś produkowaliśmy wszystko, korby, koła, szprychy, wszystko było robione w Polsce. U nas teraz to nie ma sensu.  

    W branży rowerowej jesteś ponad 20 lat. Wydaje się więc naturalnym krokiem stworzenie własnego roweru. Co było głównym impulsem, żeby rozpocząć cały proces budowania nowej marki rowerów? 

    Wiesz co, od samego początku jeszcze jak miałem sklep w Dębicy tutaj na Kolejowej, od samego początku nawet prowadząc sklep zawsze chciałem robić rowery. To nie było nawet dyskusji, to był mój cel. I przed marką Pafaro, produkowaliśmy bardzo dużo rowerów skierowanych do szerszej grupy odbiorców. Ale to było działanie czysto biznesowe, miało zarabiać. A Pafaro powstało już bardziej z pasji. Dlatego to doświadczenie w montażu i w produkcji już mam bardzo duże. Te kilkanaście lat pracy teraz procentuje w budowaniu rowerów na najwyższym poziomie, bo tylko takie dla mnie się liczą. To musi być najwyższa światowa jakość. Nie powstydziłbym się postawić nasz rower obok najlepszych rowerowych marek jakie tylko znasz.

    Nie będę ukrywał, że impulsem do spotkania z Tobą było przypadkowa rozmowa z kolegą Grzegorzem, który opowiedział mi jak bardzo indywidualnie został przez Was potraktowany tutaj w sklepie. Sam jakiś czas temu budowałem kolarską markę i bardzo doceniam jakość w obsłudze klienta, więc czułem, że tutaj musi powstawać coś wyjątkowego.

    Czym zaskoczyliście jego i czym zaskakujecie swoich klientów ? 

    Indywidualne podejście, elastyczność i światowa jakość. Na to przede wszystkim stawiamy. Klient może sobie wybrać wszystko – począwszy od komponentów, przez malowanie, przez rozmiar, nwet owijkę, dosłownie wszystko. Nie ma aż takiej elastyczności u innych producentów. Nie chcemy sprzedawać roweru pudełkowego. Czyli idziesz do sklepu i kupujesz ten kolor, albo ten kolor, albo ten w tej konfiguracji albo w innej. U nas wszystko można zmienić. I bardzo dużo klientów zwraca uwagę na to, że np. kupując przykładowo Trek’a, kupuje cały rower ale generalnie z tego roweru bardzo dużo podzespołów musi wymienić, żeby mieć taki jaki naprawdę chce. 

    U nas tego nie ma. Czyli nie idziesz w dodatkowe koszty np. żeby wymienić koła, sprzedajesz i kupujesz nowe. To samo dotyczy np: siodełka, kierownicy, sztycy, napędu, owijki, korby itd. My to od razu robimy. Nawet jak nie mamy czegoś w konfiguratorze, to ktoś może sobie to zażyczyć i my to też założymy.

    Czyli te sety rowerowe, które są na stronie to tylko punkt wyjścia, a potem klient dokłada… 

    Tak, my wychodzimy od ramy, nawet od gołej ramy. Ktoś wchodzi w konfigurator u nas, to jest zaprojektuje swój rower i dopiero wtedy buduje sobie cały rower od podstaw. Przed malowaniem. Przez wybór lakieru, połysk, mat, komponenty koła, opony, szprychy, siodełka, owijki, dosłownie wszystko. Wszystko dobiera sobie klient. 

    Czy swoją ofertą jesteście gotowi sprostać każdemu klientowi? 

    Tak. 

    Czyli nie ma takiego podzespołu, w który nie mógłby wyposażyć swojego roweru. Wszystko jesteście w stanie włożyć. To pięknie. 

    Tak jak powiedziałeś, klient nie wybiera tylko podzespołów z listy, może sobie dobrać wszystko. To znaczy włożyć każdy komponent, który uważa za ten, który chciałby mieć i Wy mu go bez problemu wkładacie. 

    Tak. Dlatego też bardzo dużo rowerów sprzedajemy na przykład bez siodełka albo bez kół, bo ktoś ma i wysyła je do nas, i my to montujemy na jego komponentach. Ważne jest aby to były elementy nowe a jeżeli używane to takie, które nie wpływają na sprawne techniczne działanie roweru.  Też zdarza się, że ktoś na przykład wysyła do nas napęd, bo ma, my go zakładamy, dokupuje sobie koła, opony u nas i my to wszystko montujemy w całość. Ważne jest to, żeby te komponenty do nas dotarły przed składaniem roweru bo my to sobie zmontujemy tak jak trzeba. 

    Czy to co teraz mówisz, można odczytywać jako taki trochę pomysł i klucz w biznesie sprzedaży rowerów na najbliższe lata? Chodzi mi o to Wasze indywidualne podejście i elastyczność w połączeniu z najwyższą jakością ?

    Myślę, że tak. Wydaje mi się, że masz rację, że troszkę ewoluuje ten rynek w Polsce, bo teraz np. jak widzę dużych graczy, przykładowo Centrum Rowerowe, czy na przykład Sprint Rowery, oni otwierają bardzo duże sklepy. Tam jest po kilka tysięcy metrów powierzchni sprzedażowej i to troszkę zabije te małe sklepy. 

    Albo oni wyspecjalizują się w takie manufaktury typu jak my, Albo wyspecjalizują się w sklepy takie stricte butikowe, że będą mieli Colnago lub inne bardzo drogie rowery, ale w małych ilościach. Wydaje mi się, że trochę ten rynek będzie tak skręcał. W Niemczech jest bardzo dużo takich manufakturek jak Pafaro. I tam ten rynek cały czas rośnie. W Polsce dopiero zaczynamy. Wszyscy tutaj, razem z konkurencją zaczynamy, ale wydaje mi się, że to będzie rosło. Już widać na przestrzeni lat, ile się pojawia na przykład marek odzieżowych, tego jest bardzo dużo. Ile już jest firm, które robią koła. Z rowerami jest troszkę ciężej, wszystkim. Ale trend jest podobny.

    No tak, na pewno nie jest tak łatwo zdobyć dobrej jakości ramę. 

    Dobre ramy, no właśnie. 

    Trzeba też jasno powiedzieć, że za tym wszystkim stoi twoje doświadczenie. To nie jest tak, że wczoraj wymyśliłeś sobie, że będę budował rowery. Ty bardzo dobrze wiesz, czego oczekujesz, żeby ta rama  spełniła wszelkie oczekiwania klientów i wiesz, skąd ją sprowadzić. 

    Tak, bo my znamy rynek ten tajwański, znamy rynek chiński, jakby z tych poprzednich produkcji bardzo dobrze. Mamy świetny kontakt w Tajwanie, to jest kluczowe. Ale we wcześniejszych latach naprawdę bardzo dużo sampli testowaliśmy. Bo to nie jest tak, że masz ramę i od razu budujesz na niej rower i sprzedajesz. Pierwsze zamawiasz sample, trzeba go objeździć, zobaczyć, sprawdzić itd.  I były takie sample, które w ogóle od razu odrzuciliśmy. To się w ogóle kupy nie trzymało. Nie można było na tym budować roweru. Także ja też mam dużą wiedzę odnośnie karbonu. Ja też sam projektuję, no te wszystkie rzeczy, co widziałeś, to to wszystko ja sam zaprojektowałem. Mam program opanowany i znam całą technologię karbonu, jak to jest wytwarzane, na co zwracać uwagę. Tam musisz też materiałowo zwracać uwagę, wiesz, przeróżne karbony i to też jest szeroki temat. To się może tylko wydawać, że a karbon, prawda? Rama, karbon i temat gotowy. A to jest mega skomplikowany temat. Póki się nie wejdzie do środka. 

    Taka ciekawostka. W Pafaro ramy robione są w jednym monokoku. 

    Czyli? Jakby Ci to wytłumaczyć. Jeśli na przykład ktoś produkuje ramę, No to przeważnie ten przedni trójkąt jest doklejany do tylnego z racji gabarytów formy. U nas jest wszystko w jednej formie. Jest to mega skomplikowane. Tylko około 10% innych marek w ten sposób buduje swoje ramy.

    Powiedz mi jak zaczyna się składanie roweru.. Jakie są kroki? Klient sobie wybiera ramę, jedną z tych która jest w ofercie na stronie i co dalej ?

    Wysyła do nas specyfikację. Mamy specyfikację i wtedy przystępujemy do projektowania. To zajmuje najwięcej czasu. Jeśli uzgodnimy specyfikację, napęd, tarcze, opony, koła, siodełko, owijka itd. To potem robimy projekt kolorystyczny, który też zajmuje nam bardzo dużo czasu, bo to są zmiany, przesuwamy napis, a tu jakiś drobny napis, małe, duże, kolory, efekty. I na tej podstawie, gdy dojdziemy już do takiego ostatecznego projektu, my to wszystko podsumowujemy, wysyłamy plik do potwierdzenia. Zawsze musi być akceptacja, że wszystko się zgadza, bo my też się możemy pomylić. I po akceptacji wysyłamy linka do zakupu i wymagamy zadatku 20%. 15 dni, wpłata reszty. 

    I wysyłka roweru czy odbiór osobisty? 

    100% wysyłka praktycznie.

     A skąd są klienci? 

    Z całej Polski. 

    A myślicie o rynku zagranicznym? 

    Powoli. Powoli. 

    Mam jeszcze jedno pytanie. Jak według Ciebie w najbliższych 2-3 latach może wyglądać branża rowerowa? 

    Ciężkie pytanie. Rynek rowerowy od czasu pandemii się po prostu wywrócił do góry nogami. I zamykają się firmy. Wydaje mi się, że generalnie więcej firm się teraz zamyka, niż powstaje. I to jest taka bolączka troszkę teraz w branży rowerowej. Wydaje mi się, że zaczyna się po tej pandemii trochę czyścić też ten rynek. Filtruje się i zostanie to, co naprawdę gdzieś tam rynek jakby jest w stanie wchłonąć, czy tak jak powiedziałaś wyczyści się. 

    Ci co przetrwają to będą musiały dalej działać. My jesteśmy troszkę inaczej pozycjonujemy się w Pafaro. Nie patrzymy tak na ogólną tendencję rynku. Nasz rower jest premium, to jest troszkę inny segment, to jest też inny klient. Z reguły nawet przy tym kryzysie on jednak dalej jest majętnym klientem. Umówmy się, kto wydaje na rower 20 tysięcy złotych, to już ktoś musi mieć dobrą pozycję, zarabiać. A z drugiej strony jest to klient bardzo świadomy tego co che mieć w swoim rowerze. I docenia to, że my to wszystko możemy mu zaoferować.

  • Rozmowa z Radkiem Gołębiewskim o prawdziwych ultra maratonach 1200 km i więcej, o życiu, o pasji, o miłości do roweru …

    Rozmowa z Radkiem Gołębiewskim o prawdziwych ultra maratonach 1200 km i więcej, o życiu, o pasji, o miłości do roweru …

    Ja nikomu nie bronię, niech walczą, niech się przygotowują, dużo osób bardzo poważnie podchodzi do treningu, to nie jest tak, jak jeszcze 6 lat temu, że po prostu jeździli na spontanie. Oni inwestują w sprzęt, inwestują w trenerów profesjonalnych, czy tam w jakieś profesjonalne treningi, w profesjonalne diety, no i czuję ich oddech i niedługo pewnie, to ja będę ich gonił, a nie odwrotnie.

    Opowiedz w jakich okolicznościach zrodziła się pasja czy bakcyl do jazdy rowerem długich dystansów ? Długich, czyli mam tutaj na myśli więcej niż 300-400 km co dla Ciebie w tej chwili to bardzo krótkie dystanse. 

    Ta pasja zrodziła się ogólnie z turystyki, ponieważ ja kończąc się ścigać na MTB jakieś 15 lat temu, zacząłem turystycznie jeździć na rowerze i nie tylko, bo dużo też kajakowałem. Czyli ta pasja zrodziła się, kiedy zacząłem wyjeżdżać po prostu w teren, kajakiem pływałem na cały dzień, nawet nocą pływałem. 

    To już nie chodzi o same rowery, tylko po prostu o przebywanie i formę wysiłku poza domem wielogodzinną, czy wielodniową. Bo ja zawsze to powtarzam, że jestem człowiekiem, który wywodzi się głównie z turystyki, czy rowerowej, czy kajakowej, czy różnej innej. Bo i pieszej, bo potrafiłem nawet na nogach przejść 100 kilometrów, bo sobie takie wycieczki robiłem nawet w zimę, kiedy było minus 10, minus 15 stopni, potrafiłem wyjść z domu i wrócić na przykład po dwóch dniach.

    Więc ja w sobie już mam taką zakodowaną przyjemność zrobienia czegoś, co trwa więcej niż powiedzmy 10 godzin. I tak jak mówiłem, zaczynałem od turystyki. Ja zawsze to podkreślam, że pierwszą Wisłę 1200 przejechałem nieoficjalnie turystycznie.

    Po prostu dowiedziałem się o tym wyścigu, że takie coś jest, więc to był chyba sierpień, a Wisła 1200 była w lipcu, więc postanowiłem przejechać tą trasę, bo mi się spodobała. Wziąłem sakwy rowerowe, namiot, jakiś tam śpiworek mały, oczywiście wszystko takie wylajtowane. No i pojechałem tą trasę z noclegami i powiedziałam sobie wtedy – w następnym roku na tej trasie już pojadę po prostu wyścigowo. Jak wiadomo z bardzo dobrym wynikiem. Ale ja zawsze to powtarzam, że zamiłowanie do długich dystansów wzięło się po prostu z uprawiania turystyki rowerowej, pieszej czy kajakowej, czy jakichś innych form ruchu.

    W takim razie jak to się stało, że wybór padł na rower ? Bo rozumiem, że  to on daje Ci w tej chwili największą satysfakcję ? 

    Na rowerze zawsze jeździłem, całe życie. Tak jak ojciec mnie nauczył za dzieciaka, startowałem w wyścigach szosowych, później w Polsce pojawiły się rowery MTB, zacząłem jeździć na MTB. Zawsze mnie pasjonowały jazdy terenowe. Porzuciłem szosę kiedy w Polsce zaczęła się moda na jazdy po terenie. Dużo osób może to nie pamięta, ale jak ja zaczynałem swoją przygodę z rowerem no to jako tako nie było nawet rowerów MTB w Polsce, tylko jakiś tam ewentualnie przełaj. A na przełajach jeździliśmy, głównie wiosną czy zimą.

    Dopiero ta moda na jazdę po terenie to przyszła z Ameryki czy tam z zachodu i u nas w Polsce tak dopiero zaczęła raczkować. Wtedy po prostu kupiłem swój rower MTB, jeszcze taki typu retro i zacząłem jeździć tylko na rowerze MTB w terenie. Tak to właśnie się zaczęło. Wtedy szosę całkowicie porzuciłem i zacząłem jeździć właśnie w terenie, zacząłem się ścigać na MTB. Aczkolwiek w pewnym momencie te wyścigi MTB zaczęły mnie trochę nudzić ze względu na zbyt krótkie dystanse, a zbyt dużą intensywność, no i właśnie wtedy postanowiłem pojeździć turystycznie na tym rowerze dłuższe dystanse. Wtedy jeszcze nie było zawodów takich ultramaratonów, może był tam MRDP chyba, ale to był czasowy wyścig, to też startowałem. Pamiętam jedną edycję w górach, to było tam tylko 600 kilometrów, nie 1000 kilometrów.

    I przyszła kolejna moda na gravele, może nawet nie chodzie o sam typ roweru jako gravel, tylko po prostu moda na zawody ultra i to chyba takie ultra w wydaniu typowo ultra, czyli dystanse po 1000 kilometrów czy ponad. To dla wielu osób, tak jak między innymi dla mnie było to wielkim wyzwaniem. I rzeczywiście ja z tego czerpię ogromną radość przy tych długich dystansach. Okazało się, że takie ściganie już nie jest takim intensywnym wysiłkiem. Postawiłem na  maksymalne dystanse i tak zaczęła się ta przygoda i trwa do dzisiaj. 

    Czy to ta pierwsza Wisła 1200, to po niej poczułeś, że właśnie ten kierunek  daje Ci największą satysfakcję i przyszła kolej na tego rodzaju wyzwania w Tobie? 

    No zdecydowanie takim bodźcem największym to była oczywiście Wisła 1200, ponieważ, kiedy wystartowałem pierwszy raz w tym wyścigu, czyli w drugiej edycji, to tych ultramaratonów w Polsce może było 3-4, na których jeszcze w tym samym roku wystartowałem.

    Wiem, że chyba szosowy ten MRGP startował i nie pamiętam czy GLG to może było. Wtedy nie było wielu wyścigów, wręcz można powiedzieć, że można było na palcach jednej ręki policzyć. Dlatego tym bodźcem zdecydowanie była Wisła 1200 ze względu chociażby na dystans i na trudność terenu. I zacząłem od takiego górnego pułapu z grubej rury, bo mój pierwszy ultramaraton to był właśnie Wisła 1200.

    Taki poważny wyścig, nie mówię o tym wcześniejszym przejeździe turystycznym, ale wyścigowo to był Wisła 1200. I od tego czasu takiego bakcyla złapałem, tak się w to wkręciłem, że zawsze sobie obiecuję, że już powinienem sobie odpuścić. Ale teraz na przykład jak siedzę czy jak dojeżdżam do pracy, to cały czas już myślę o nowym sezonie. Ledwo się skończył jeden, ale już wyszedł następny, więc ta pasja niesamowicie do mnie przyległa, dotarła. Każdy musi coś znaleźć, każdy ma jakiś swojego konika. Ja właśnie chyba na to postawiłem, moim konikiem jest stałość w tych długich dystansach. I to może podkreślę, bo dla niektórych dystans ultra, tak jak powiedziałaś, to jest 300 kilometrów czy 500, a dla mnie 500 km już nie jest jakimś dużym wyzwaniem ani długim dystansem.

    Poszukuję coś dłuższego, cięższego, nie jest w Polsce tego dużo, ale to co jest, to staram się wystartować w tych dłuższych imprezach wielogodzinnych. Nie kilkanaście godzin, tylko kilkadziesiąt godzin. Dlatego m.in. ten start w zawodach dookoła Polski 3200 km w ubiegłym roku i w tym roku. 

    Powiedz w takim razie, co jest takiego w tych takich ultra długich dystansach tysiąc i więcej km, a nie ma tego w dystansie np. 500 czy 600 km ? Czy to jest kwestia wyzwania i podnoszenia poprzeczki, czy gdzieś indziej to leży ?

     Myślę, że chyba znów powrócę znów do tego magicznego słowa turystyka. Ja pamiętam jak zacząłem startować na dystansie 500 km, np:. Pomorska 500, czy jakieś inne imprezy. To był czas na taką refleksję, na takie zatrzymanie, siedzenie na stacji, wypicie kawy, zjedzenia porządnego posiłku. Od tego czasu te dystanse krótkie, w nawiasie krótkie oczywiście mam na myśli około 500 km, to jest to typowo już gravel racing, czyli to jest wyścig po prostu. To jest start na pełnej mocy, na pełnym gazie od startu do mety.

    I oczywiście ja mam w sobie też iskrę takiego ściganta i lubię się też ścigać, ale tak jak często podkreślam, ja się w życiu naścigałem bardzo dużo i po prostu w tych długich dystansach mnie właśnie kręci to, że to jest jakby mój powrót do takiej turystyki. Oczywiście tej turystyki w formie bardziej sportowej, bo cały czas się ścigamy na tych dystansach tysiąc kilometrów, czy nawet dłuższych, bo to jest oczywiście wyścig, zawody. Ale te wyścigi są na tyle specyficzne, że tam już jest czas na tą chwilę takiego zwolnienia i cieszenia się tą jazdą. Chociażby tak jak zawsze to podkreślam, niedawno uczestniczyłem na Watasze, teraz jesiennej. Pojechałem z kolegą 250 kilometrów. Jechałem jego tempem, czyli takim dla mnie wolniejszym, powiedzmy o te 2-3 km na godzinę.

    Czyli wystarczy zwolnić o te 2-3 km na godzinę i człowiek ma o wiele większą frajdę z jazdy, przynajmniej z mojej strony. Podczas jazdy czerpie się więcej, niż podczas takiego typowo wyścigu, gdzie widzi się tylko i wyłącznie tą ścieżkę przed sobą, jest się cały czas skoncentrowanym. Nie ma czasu żeby się rozejrzeć, już nie mówię o jakimś zdjęciu czy nagraniu filmu. To na przykład na Watasze sprawiało mi to wielką radość i tak jak powtórzę, że te długie dystanse to dla mnie są ogromną frajdą, ze względu na moje zamiłowanie do turystyki i takiego nietypowego ścigania się, zamiast bicia jakichś rekordów, czy walki o każdą cenną sekundę. Więc sądzę, że chyba pójdę w tym kierunku w przyszłych sezonach, no i postawię na te najdłuższe dystanse w Polsce, oczywiście gdzieś tam przeplatając je tymi krótszymi.

    Taka romantyczna przygoda rowerowa na długim dystansie, z mocnym akcentem na rywalizację i sport, czy dobrze rozumiem ? 

     Tak, dokładnie, tak jak mówisz. Jadąc na start, oczywiście startuję i się ścigam, bo jestem jeszcze zdrowy i mam na tyle chęci, aby walczyć z tymi najlepszymi i żeby z nimi rywalizować.

    Ale od takiego czasu poczułem, że już trochę jest za dużo tego typowo racingu, gravel racingu i chyba pora coś zmienić i może po prostu trochę zwolnić. I to ja zawsze mówię, są młodzi, niech inni się wykazują. Ja już swoje, to co miałem, zrobiłem. 

    Te wszystkie lata, które przejeździłem na tych zawodach mnie satysfakcjonowały. Jestem moim zdaniem spełnionym zawodnikiem, bo nasz sport to jest tak naprawdę sport amatorski, nie wiem, jak to nazwać, to o jakiejś tam zawodowstwie czy zawodniczym starcie. Ale ja się w tym sporcie spełniłem, jak inni się wykazują, to nie znaczy, że ja im odpuszczę, bo to nie nastąpi aż tak szybko, ale stopniowo na pewno będę im ustępował z tej ścieżki i niech oni tam kręcą swoje rekordy.

    Ja już swoje rekordy zrobiłem w życiu, więc pora na taką refleksję, takie spowolnienie. Więc obiecuję sobie, że zawsze to jest następny sezon, następny sezon. Dopóki mam siłę, zdrowie, to na pewno to nie będzie gwałtowne przejście do turystyki takiej, bo tak jak mówiłem, pewnie na zawodach takich grawelowych będziecie mnie spotykać jeszcze wiele, wiele lat, ale niekoniecznie już na tych najwyższych miejscach.

    Więc powoli przyzwyczajam moich kibiców, że tak jak chyba do ubiegłego sezonu moim najgorszym miejscem było chyba drugie miejsce, o ile pamiętam, a tych startów miałem pewnie ze 60 albo i więcej. Tak w tym roku potrafiłem czwarte miejsce zająć (2024), pomijając to, że miałem jakieś defekty, przygody i zająłem inne miejsce, to nie można się tym tłumaczyć. Czy chociaż na Watasze przyjechaliśmy z kolegą na piątym, szóstem miejscu, czyli tak jak mówiłem, że wynikiem bardzo dobrym było, pomimo tego słabszego tempa.

    Tak jak powiedziałem, powoli przyzwyczajam kibiców do tego, że nie zawsze będę wygrywał, nie zawsze będę nawet na podium. Niech się inni pocieszą z tej satysfakcji, zajęcia podium i bycia dekorowanym. Nie będę wszystkim zajmował tych miejsc. 

    Niech się inni też pocieszą, bo zawsze mówię, że jak Radek jest, to to już pierwsze miejsce zajęte. To tak nie do końca działa. I niejeden ze mną już wygrał i pewnie w najbliższym czasie, częściej to będzie się powtarzało.

    Ale tak jak mówię, ja już się spełniłem w tym sporcie, zrobiłem to, co chciałem zrobić. Już nie mam jakichś takich celów sprecyzowanych, żeby tam bić te rekordy czy pobijać swoje granice. Zobaczymy, jak młodzi do tego podejdą, czy wykorzystają swoje szanse.

    Łatwo im tego nie oddam. Na pewno będą musieli te poty wylewać, tak jak ja wylewałem, żeby ze mną zwyciężyć czy rywalizować.

    Ale tak jak powiedziałeś, już nie ma różnic godzinowych, tylko są wręcz minutowe. Czuję oddech tych zawodników za sobą, te kroki szybkie, ta taka chęć wygrania. Nie koniecznie ze mną, bo to każdy ma jakieś swoje cele i każdy chce pobić swój rekord, a przy okazji może i mnie pobiją.

    Życzę im tego z całego serca i czekam. Ja zawsze podkreślam, że ja już w życiu tyle kilometrów przejechałem, że wystarczy tą bazę jakoś tam utrzymać. Nie muszę wcale ani dużo trenować, ani długo, bo ja w nogach mam tyle przejechane, co niejeden tyle samochodem nie przejechał w swoim życiu.

    Wręcz uważam, że gdybym zaczął mocniej trenować, czy pod okiem jakiegoś trenera, czy już nie daj Boże pod okiem pomiaru mocy, czy jakiegoś pulsometra, bo ja tego zawsze unikam, to po prostu uważam, że ta moja jazda nie sprawiałaby mi tyle radości. Nie to, że nie chcę być lepszy, ale nie potrzebuję być lepszy.

    Bo to, że przegram w tej chwili, to niejeden pewnie by był załamany. A mi wręcz to nawet sprawia satysfakcję, bo wiem, że powoli będę mógł oddalić się w cień. A moje przygotowania są standardowe co roku. 

    Do pracy jeżdżę w dwie strony. Jedną stronę mam 25 km, drugą przed wiosną pojadę sobie na jakieś trzy może dłuższe treningi, typu 200 km przed tymi startami najważniejszymi. A później to tylko podtrzymuję tą formę startami głównie.

    Jeżeli się startuje co dwa tygodnie, co tydzień, bo w tym roku co tydzień startowałem, to nawet nie ma prawa być miejsca na trening, bo to wtedy bym się skatował totalnie. Od zawodów do zawodów. Tak, w tym roku można powiedzieć, że nie nazwałbym tego treningu tyle, żeby dojechać do pracy jakiś tam rozjazd, a zawody były moim treningiem.

    Więc nie myślę o jakimś specjalistycznym treningu, ani o jakimś specjalistycznym przygotowaniu się. Teraz wyjątkiem będzie ta zima, bo jedziemy z Łukaszem Ugarenko do Maroko na Atlas Mountain Race. To jest gravel race i tu będę musiał troszkę więcej pojeździć niż standardowo.

    Przynajmniej co dwa tygodnie te 200 km zrobić, jak oczywiście pogoda nam to pozwoli. No bo żeby w lutym być przygotowanym, bo to jest wyścig w lutym, no to ten grudzień, styczeń trzeba jakoś tam przejechać, przynajmniej utrzymać tą formę z wakacji. No to postaram się w miarę możliwości trochę więcej trenować niż zawsze, niż co roku.

    No ale to jest wyjątkowy rok ze względu na ten start, a tak to pewnie by się nic nie zmieniło standardowo. Dojechać do pracy w tą i z powrotem, a nawet w weekend czy zimą jako tako też nie jeżdżę, no bo jak 5 dni pojeżdżę w zimę przy różnej pogodzie, to szczerze mówiąc ten weekend to wolę sobie odpocząć, niż wsiadać znów jeszcze i gnać na tym rowerze. 

    To rozumiem, że nie interesują Cię po powrocie z jazdy średnie, jaka moc i jakieś inne cyferki ? Raczej unikasz tego, z tego co mówiłeś, prawda? 

    Ja nawet jak przyjeżdżam na metę, to wyłączam oczywiście licznik, bo to wiadomo, automatycznie zapisuję ten ślad, ale nigdy nie analizowałem tego, nawet nie sprawdzałem jaka tam średnia wyszła, czy ile miałem postoi, ile jazdy, jaka maksymalna, już nie mówię o jakiejś tam średniej mocy, no bo nawet nie mam sprzętu do tego, nie chcę mieć. Nawet ostatnio kolega się pytał o badania wydolnościowe, że chciałby mi zrobić tu u nas w Toruniu, ale ja mówię, no słuchaj, badania badaniami, ale to żeby to wykorzystać w treningu, to po pierwsze trzeba mieć rozpisany fajny trening, a po drugie trzeba mieć coś, co zmierzy tą Twoją intensywność, przynajmniej pulsometr, a najlepiej właśnie pomiar mocy, więc ja nie myślę o takich rzeczach. 

    Ja to zawsze powtarzam, że to są rzeczy dla zawodników, amatorzy, niech sobie po prostu jeżdżą na tych rowerach i niech się cieszą z jazdy, tak jak ja, tego wszystkim życzę. Bo ostatnio na Watasze widziałem gościa, który jechał, na początku jechaliśmy w takiej większej grupie, to wiadomo, na początku to było tam strasznie duże tempo, no to goście po prostu w ten licznik były zapatrzone, nie wiem, co on tam widzi ciekawego i krzyknąłem do niego, chłopie spójrz się do przodu, po to tu jesteś, po to tu przyjechałeś, patrzeć się w licznik to możesz sobie na trenerze, albo na treningu, a na wyścigu jesteś, nowy krajobraz, nowy świat, nowe doświadczenia, przeżyj to, a nie przeżywasz to w cyferkach. Może niektórzy mają tą satysfakcję z tych cyferek, z tych komów na przykład, co tam podbijają te rekordy, ale ja to zawsze powtarzam, jestem turystą, zawsze byłem turystą. 

    Mnie sama jazda na rowerze satysfakcjonuje, no i chęć przeżycia wielkiej przygody na łonie natury, to jest to po co ja jeżdżę, nic więcej mnie nie interesuje tak naprawdę. 

    To wiesz co, to w sumie jest niesamowite, że potrafisz łączyć, bo tak to odbieram, taką jazdę dość intensywną, no bo skoro wygrywasz, no to ona musi być intensywna, a mimo wszystko mówisz, nazywasz to przygodą, no i też lubisz jakby czerpać z tego co widzisz, lubisz czerpać przeżycia, doznania wyciągać z takiej jazdy, z takich zawodów. 

    To takie niesamowite połączenie, bo z reguły jak ktoś jedzie, no to tak jak mówisz, patrzy tam w to pierwsze przednie koło, patrzy czasami na licznik i leci jak dzida, nie myśląc w ogóle o tym co mija, a jeżeli się go zapyta na mecie, no to praktycznie nic nie widział. Widział koło, przód i nic więcej. I przerzutkę przeciwnika, tą co jedzie przed nim.

    Tak, tak. To tak nie do końca jest, bo jadąc, ścigając się, no bo tak jak podkreślam to, no w szczególności te krótkie dystanse, tam 250 czy 500 kilometrów, no to jak przyjeżdżam, no to się ścigam, no chyba, że jest jakoś mała, obstawiona impreza. A jak jest mocna impreza, no to muszę to potwierdzić, że dużo rzeczywiście też nie widzę. Staram się coś tam zobaczyć, staram się tam rozejrzeć, ale na pewno nie ma czasu na jakieś zdjęcie, czy na kręcenie filmu, czy tam jakieś większe doznania. Mam prędkość i tą koncentrację jazdy, żeby jakiegoś błędu nie popełnić, żeby się tam nie wywrócić, żeby tam te sekundy, minuty, nie stracić.

    I dlatego satysfakcjonują mnie te długie wyścigi, bo tam jednak ta prędkość nie jest już taka istotna, wręcz nawet niewskazana, a jak jedziesz pięć na godzinę wolniej, no to wtedy masz zresztą najwięcej czasu na wszystko i na spokojne zjedzenie i nawet możesz sobie spokojnie tą bułeczkę skonsumować, zrobić jakieś zdjęcie, czy się rozejrzeć wokoło. Więc to jest kwestia też od dystansu, no i też od przeciwników. Jeżeli przeciwnicy są wymagający, no to niestety też nie mam czasu na przeżywanie tego, jakbym tego chciał, ale tak jak mówię, no w tym sezonie podzieliłem to na pół na pół.

    Były zawody, gdzie mogłem sobie pozwolić na chwilę takiej spokojnej jazdy, no ale część zawodów, kiedy walczyłem o te najlepsze miejsca, niestety nie pozwoliło mi na to. I dlatego na tych zawodach to po prostu zrównoważone mam tempo i podejście do tego. Wyścig oczywiście wyścigiem, wszystko fajnie, ale też od czasu do czasu trzeba zwolnić, tak jak chociażby na Watasze czy na innych imprezach.

    Więc może dlatego to jest zamiłowanie do tych długich dystansów, bo tam, no tak jak powiedziałem, nikt nikogo nie goni, pomimo, że to są zawody, ale każdy jedzie swoim tempem i nie czujesz tej presji takiej, że ktoś za tobą jest 5 minut, czy tam 10 minut, tylko wiesz, że tam jest godzina, czy dwie, czy trzy godziny, więc wiesz, że możesz się zatrzymać na tą kawę, wypić tę kawę, zjeść coś ciepłego, bo te trzy godziny, jak się zatrzymasz te 20 minut, no to nie mają jakiegoś dużego wpływu. No więc w tym roku takie zrównoważone miałem zawody i tam, gdzie mogłem się rozluźnić.

    A tam gdzie się ścigałem, gdzie byłem skoncentrowany, to uwierz mi, też dużo nie widziałem. Ale na pewno więcej widziałem niż tu, co tylko tamci te cyferki w licznikach. 

    Ja licznik używam tylko i wyłącznie do nawigacji. I gdyby nie to, to pewnie bez licznika bym jeździł, tak jak zawsze jeździłem bez licznika. Więc licznik służy mi tylko i wyłącznie do nawigacji, żeby jechać po tym śladzie.

    Więc to jest taki przyrząd, który jest niezbędny oczywiście, ale w moim wydaniu mógłby być niezbędny, gdyby nie na trasach elektronicznych. Tak jak zresztą ja jeździłem kiedyś dużo na zawody na orientację z mapą. Tam licznika nie miałem.

    Przepraszam, tam był licznik zabroniony wręcz. I też tam po dystansach po 200-300 kilometrów szukaliśmy tych punktów w lesie i jeździliśmy po prostu na mapie z kompasem. Więc to była też niesamowita frajda, bo człowiek cały czas wiedział przynajmniej, gdzie się znajduje, bo na mapie widzisz, tam miejscowość taka, tu rzeczka, a jak śledzisz ten ślad na liczniku elektronicznym, to tak naprawdę to tylko kreska, gdzie jest najbliższy zakręt, gdzie jest najbliższy zwrot.

    I ty nawet nie wiesz, czy jedziesz na północ, czy na wschód, chociaż liczniki mają, możesz zorientować się, ale dużo osób to nie interesuje. Ale nie wiesz, czy jesteś wokół takiego miasta, czy takiego miasta dużo osób przyjeżdża przez jakieś miasto i na przykład tak jak ostatnio jechaliśmy w Watachę, jechaliśmy blisko Kielc i pewnie dużo osób nawet nie wie, że jechaliśmy tak blisko Kielc, czy nawet tam zahaczyliśmy o Kielce. A gdy śledzisz tą mapę cały czas, to przynajmniej wiesz, gdzie się znajdujesz i to też jest fajne.

    Ale jazda z mapy to typowo już jest taka jazda turystyczna, więc nie ma co porównywać tych dwóch imprez, zawodów. 

    Okej, dzięki. Powiedz mi w takim razie, czy jesteś w stanie mi powiedzieć, jak według ciebie podczas, no może ścigania bardziej, rozkłada się przygotowanie mentalne, a fizyczne do takiej jazdy no i do osiągnięcia celu, czyli wygranej ?

    Czy widzisz gdzieś tu przewagę, że coś pomaga akurat w twoim przypadku bardziej lub mniej, no bo fizycznie jesteś praktycznie perfekcyjnie przygotowany? Czy ty nie masz problemu z takim mentalnym nastawieniem, nie przychodzą chwile słabości nawet po 20-30 godzinie jazdy, czy jednak czasami masz z tym problem i musisz z tym powalczyć? 

    Tak, no wszyscy myślą, że nie mam w tej chwili słabości, tam ktoś mnie nieraz gdzieś ochrzcił, że jestem jakimś tam robokopem, ale to tak nie jest. Bo każdy ma jakiś tam kryzys i na każdego, jak mówisz ten kryzys przychodzi. Ja to tak myślę, że dużo osób odczuwa ten kryzys tak na 150-200 kilometrze, i ja też. Ale ja nauczyłem się, przez te wszystkie lata startów, jakoś ten kryzys mocno mnie nie spowalnia. Dużo osób jak ma kryzys, no to wręcz musi się zatrzymać, czy zjeść posiłek jakiś porządny, odpocząć nawet pół godziny, czy nawet dłużej, a ja podczas jazdy potrafię nawet troszkę zwolnić, coś podjeść mocniej i wtedy ten kryzys dość szybko mija. 

    Ale to są lata doświadczenia i tego nie można się nauczyć, tego nie można od kogoś zdobyć, bo to po prostu trzeba metodami krótkich błędów nauczyć się swojego organizmu, nauczyć się tego organizmu słuchać, co on potrzebuje w danej chwili. Największy błąd to jest chyba to, jeżeli ktoś ma kryzys, to jak mówisz, mentalnie się poddaje, bo jak na początku jechał 30 na godzinę, to podczas kryzysu może jechać 20 na godzinę i dużo osób mentalnie już słabnie, a jak wiadomo na tych zawodach mental jest bardzo ważny i to wtedy dla nich jest ogromnym szokiem, że coś się dzieje i wtedy po prostu nie mogą sobie z tym poradzić. Ale to każdego czasami dopada, każdy przeżywa chwilę słabości i to chyba bez wyjątku. Pytanie jest tylko, co zrobisz podczas tej chwili słabości. Czy mentalnie jesteś na tyle mocny, że wiesz, że trzeba to po prostu przetrwać i sobie z tym umieć poradzić, czy po prostu siadasz do baru i się poddajesz. Niektórzy nawet wręcz schodzą. Więc to jest najważniejsze, słuchanie swojego organizmu i uczenia się swojego organizmu, oczywiście na swoich błędach, bo nikt cię tego nie nauczy, co w danym momencie twój organizm potrzebuje. Czy potrzebuje na przykład zjeść coś słodkiego, jakiegoś szybkiego żela, czy na przykład może odwrotnie, może coś tłustego, jakąś bułkę z masłem, z serem, żeby na przykład na tłuszczu pojechać, a nie na węglowodanach. 

    Dużo osób jeździ na tych słodyczach i to też jest niedobre, jeżeli jemy non-stop te słodycze na tym słodkim, to też w końcu organizm się zamula i to wtedy przychodzi też takie zwątpienie, chwila taka. Bo ten organizm już nie przyjmuje jedzenia, bo ile można jeść tych słodkości, czy tych żeli, więc może wtedy właśnie trzeba coś zmienić w tym swoim żywieniu, może coś innego zjeść, może coś słonego, może coś kwaśnego. 

    Eksperymentujmy na swoich organizmach, a na pewno przyniesie to efekt, wiem to po sobie, bo ja już się na tyle nauczyłem, że wiem, co robić, aby ten kryzys był jak najmniejszy, to po pierwsze, a po drugie, co zrobić, aby ten kryzys jak najszybciej zażegnać.

    Moje rady może będą cenne dla innych, ale dla niektórych niekoniecznie, ponieważ każdy potrzebuje czegoś innego. Na przykład ktoś potrzebuje chwili spokoju, odpoczynku, a ktoś inny potrzebuje jakiegoś dopingu od jakiegoś na przykład chociażby współzawodnika, który go tam pociągnie na kole przez jakieś 15 czy 50 kilometrów i wtedy on zmotywowany jest. O, taki przykład, mówimy o Łukaszu Ugarenko, pamiętam na Pomorskiej 500 jechaliśmy. Ja jechałem z Michałem, wtedy wygraliśmy, pierwsze dwa miejsca zdobyliśmy.

    I w nocy Łukasz Ugarenko przed nami startował i w nocy Łukasza doścignęliśmy, to było gdzieś, ja wiem, 3 albo 4 lata temu, ojej, 4 lata temu bardziej. I Łukasz dojechaliśmy i on był strasznie zmęczony, skatowany i rozmawialiśmy, jechaliśmy przez chwilę i on już po prostu powiedział, że ma dość, on już by chciał najlepiej położyć się, spać, zejść z trasy, bo już mu się nie chce, bo już ani nie może nic zjeść, a jak nic nie zje, to wiadomo, nie ma energii, bo już jest tak osłabiony. Ma przesyt już tej jazdy, tego jedzenia. I my wtedy z kolegą Michałem trochę zwolniliśmy i mówimy, Łukasz, to chodź, pojedziemy razem.

    No i on dzięki temu, że z nami pojechał, poczuł taką jakby werwę, taką drugą siłę, wiatr w plecy, bo potrzebował, może dobiła go ta samotność, na przykład potrzebował kogoś, kto go zdopinguje. A największym takim dopingiem było, że powiedzieliśmy mu, że tam, bo on tam chyba jechał na jakiejś piątej czy szóstej pozycji, ale tam dużo osób w nocy zaczęło wolniej jechać, nawet wręcz mocno osłabło, nagle się znalazł na trzeciej pozycji za nami. I go to tak zmotywowało, tyle energii mu to dało, że na metę po prostu można powiedzieć, że razem sobie wjechaliśmy i on z nami razem dojechał jak nowonarodzony człowiek.

    Przygody są różne, historie, każda osoba jest inna. Ja na przykład potrafię sobie sam poradzić ze swoimi słabościami, a niektórzy na przykład potrzebują tej pomocy. Niektórzy na przykład w parach jeżdżą właśnie po to, żeby ta osoba mogła dopingować się przy tych słabszych chwilach.

    Więc to jest fajne, bo każdy jest inny i każdy coś innego potrzebuje. Ale niesamowity jest ten Twój przykład, który pokazuje jak ogromna siła jest w głowie u człowieka. Nie tyle nawet fizyczność i siła jego, no bo przykład z Łukaszem Ugarenką pokazuje, że tak naprawdę fizycznie on mógł, tak? Tylko tutaj akurat głowa go trochę zawiodła w tym czasie.

    A nie, no oczywiście mentalność najważniejsza, bo Łukasz Ugarenka sam mówił, po prostu mu się nie chciało już. Nie to, że on tam był słaby, czy go odcięło energetycznie czy coś w tym rodzaju, po prostu on, tak jak mówisz, on mógł jechać, bo z nami jechał, tylko po prostu potrzebował tego dopingu. Takiego większego zaangażowania się, takiej świeżej krwi, że tak powiem. No i to jest właśnie to na tych imprezach długodystansowych, że no te chwile są słabości, ale wiele możliwości jest, aby je szybko przetrwać i z nimi sobie poradzić. No ale tak jak powiedziałam, to są lata doświadczenia.

    No i każdy jest inny organizm, każdy potrzebuje czegoś innego, więc ja to zawsze mówię, jeżeli tobie słabo idzie, zatrzymaj się na stacji benzynowej gdzieś, usiądź, zjedz coś ciepłego, wypij kawę i to naprawdę pomaga. To nawet takie, zejście z roweru, jak komuś coś słabo idzie i nawet się przejść 100, 200 czy 500 metrów, to człowiek już odpoczywa. Bo po pierwsze już nie jedzie na rowerze. Nie robi tego, co robił przez ostatnie 20 godzin, robi coś innego. I to jest już coś fajniejszego, bo nie ma tej monotonii.

    Pomimo, że się przejdzie te 5 minut, ale to jest inna czynność i pozwala na odpoczynek psychiczny od tej takiej monotonnej czynności, którą robiliśmy przez te 20 czy 30 czy 50 godzin, więc ja często też na tych długich dystansach się zatrzymuję, czy nawet wręcz gdy na trasie dużo osób narzeka, że trzeba zejść z roweru, bo tam trzeba coś przeskoczyć, to na tych długich dystansach dla mnie to jest zbawienne, że trzeba zejść, wyprostować się, to dupsko, żeby też odpoczęło. Więc może nie jeździjmy tylko na rowerach, tylko może się zatrzymajmy i po prostu usiądźmy albo się przejdźmy, to też jest fajne. 

    A powiedz mi w takim razie, czy pamiętasz być może z tych wcześniejszych raczej lat takie sytuacje, gdzie sam musiałeś tak mocno powalczyć o to, żeby ukończyć jakiś wyścig, przychodzi ci coś takiego do głowy? 

    Oczywiście, że tak.

    Ja już w niejednym wywiadzie opowiadałem, może się tu powtórzę, ale nie wszyscy może o tym słyszeli, może będą dopiero czytali. Największy kryzys miałem w ubiegłym roku Polska 3200. I to było coś takiego w Supraślu.

    Ponieważ to jest ta ściana wschodnia. Pamiętam w ubiegłym roku było dość zimno, tam wiecznie padało. I moim celem było dojechanie do Supraśla, ponieważ wiedziałem, że tam jest stacja benzynowa, a na ścianie wschodniej jest bardzo mało sklepów.

    Tam był chyba odcinek prawie 200 km bez żadnego sklepu. Ja jechałem to już którąś noc. To znaczy- drugą noc, nieprzespaną noc, czyli to było gdzieś od poprzedniej nocy, gdzieś 800 km czy nawet tysięczny kilometr, gdzie wcześniej po prostu tam spałem te 3-4 godziny. Czyli to było już gdzieś, gdzie miałem w nogach powiedzmy te 40 godzin jazdy.

    Już na przykład po 1500 czy po 2000 przejechanych, wcześniejszych kilometrach. To nie były pierwsze 40 godzin, tylko kolejne 40 godzin. No i tam był drugi odcinek bez żadnego sklepu.

    Ja wiedziałem, że ten odcinek taki będzie i dlatego się spodziewałem, że w Supraśle po prostu się zatrzymam, odpocznę i coś zjem, bo wiedziałem, że jest stacja benzynowa. 

    Przed Supraślem, to była głęboka noc, tam gdzieś nie wiem, koło 12 w nocy, czy nawet i pierwszej w nocy. To były noce w tej części Polski, no niestety są zimne, nawet w lato. Jeszcze deszcz padał i bardzo zmokłem tej nocy, a jeszcze byłem bardzo mocno osłabiony.

    Już nie miałem, tak naprawdę chyba nic do jedzenia, tam o piciu już nie wspomnę. No i miałem ten straszny ubytek energetyczny, kryzys energetyczny, no bo już zacząłem po prostu nie mieć kalorii i już z skąd brać tę energię, tą energię na dalszą jazdę. No i moje zbawienie było tylko w Supraślu.

    Jechałem i tylko myślałem o tym Supraślu.Patrzę na ten licznik 50, 40, 30, a przed Supraślem był bardzo trudny teren techniczny i było dużo piachów tam, jakieś takie haszcze były i po tych haszczach pamiętam jechałem i tam ta woda z tych liści, wiesz, jak tu jeździsz po takich gęstwinie, to po prostu nie dość, że pada deszcz, to jeszcze dodatkowy ten deszcz spada na ciebie z tych krzaków. Wszystko. Totalnie się tam zmęczyłem i te kilometry bardzo wolno upływały, te ostatnie tam przed Supraślem, nie wiem czy tam 20 kilometrów czy ileś. To był bardzo trudny teren w nocy, w deszczu i w chłodzie. No i dojechałem do tego Supraśla i już taki happy, zjeżdżam na tę stację Orlen, a tam stacja zamknięta.

    A to było gdzieś 12 godzina pierwsza w nocy. Tam jest tylko jedna stacja benzynowa. Oczywiście nie sprawdziłem tego w googlach, spodziewałem się, że stacja będzie czynna.

    Człowiek się przyzwyczaił do tego, ale naprawdę na ścianie wschodniej bardzo dużo stacji jest nocą zamknięte, więc na to trzeba też uważać. Ja się już tego nauczyłem i w tym roku już byłem o wiele mądrzejszy i sobie z tym o wiele lepiej poradziłem. Po prostu lepiej prześledziłem trasę, bo wtedy to tak trochę spontan był.

    No i dojechałem do tego Supraśla, cały zmoczony, zziębnięty, jeszcze mocno wiał wiatr. No i co? To pierwsze. Jakiś nocleg. Dzwonię po tych hotelech najbliższych, nie ma miejsc żadnych.

    Kompletnie po prostu nic. Często po prostu mówią, że im na jedną noc się nie opłaca przyjmować jakiegoś tam turystę, bo to dla nich jest za dużo roboty, tym bardziej jeszcze w nocy. Po prostu odmawiali mi noclegu. Wiem, że na stacji stał TIR i byłem tak desperowany, że po prostu zacząłem walić w tą kabinę. Ktoś tam może śpi, jakiś kierowca, chociażby mi dał koc, żebym się tym kocem otulił, żebym trochę się rozgrzał. Może gdzieś tam, w jakimś zacisznym miejscu z tym kocem gdzieś się przespał.

    No niestety tam nikt nie otworzył. Może ktoś tam był, może nie było, może ktoś się po prostu bał otworzyć w nocy, jak ktoś tam wali w drzwi. No i słuchaj, no tam wykonałem no setki telefonów odnośnie tych noclegów.

    Supraśl nie jest dużą miejscowością, więc tam to było też ograniczone pole. No i ja zawsze powtarzam, gdyby nie to, że na Supraślu nie ma stacji PKP, to kto wie, czy bym nie wylądował w pociągu i bym nie wrócił do Torunia pociągiem. Więc tak naprawdę to mnie uratowało, że nie było stacji.

    Więc to był mój najpoważniejszy w całej historii kryzys. A jak rozwiązałem to, no miałem trochę szczęścia. Nie miałem wyjścia, po prostu na Google Maps wszystkie telefony wykonałem, wszystkie agroturystyki. Dzwoniąc po nocy, no to mało kto odbiera to po pierwsze, a jak ktoś odebrał, no to gdzie pan o tej porze, nie i tak dalej.

    No ale, już chyba tam jeden z ostatnich telefonów. Pewna pani powiedziała, że ona nie ma miejsca, ale zna koleżankę, gdzie może mieć miejsce. No to dała mi ten numer do koleżanki i ona, akurat ta agroturystyka tej koleżanki nie była w żadnych tam, ani w Google Maps, ani tam gdzieś na bookingu czy coś. Zadzwoniłem do niej, ona mówi do mnie, że no też nie ma, przykro mi. Ale już po prostu byłem tak zdesperowany, że postanowiłem wręcz wybłagać, takim no głosem rozpaczy wręcz błagałem tą panią, pamiętam na kolanach, pani mi pomoże, bo ja naprawdę jestem no wykończony, ja już po prostu nie mam sił, nie wiem co ze sobą zrobić, strasznie mi jest zimno.

    No i ta pani chyba rzeczywiście stwierdziła, że to jest taka sytuacja dość krytyczna i powiedziała, pan poczeka, chwilę ja do pana odzwonię. Poczekałem 10 minut, dobrze, pan przyjedzie do mnie. Słuchaj, jak ja byłem w Supraślu, gdzieś koło 12 w nocy, to 3 godziny czekałem, aż ktoś mnie przyjmie pod dach, w tych zimnych i mokrych rzeczach w nocy. Podjechałem do niej. Podziękowałem jej i myślałem, że ją obejmę i zacznę tam wręcz całować. 

    Wiesz co ona zrobiła? 

    To napisz też oczywiście o tym, bo to jest bardzo fajne, bo większość osób jest w tej chwili interesowna. Liczy się wyłącznie zysk i jak najmniej włożonej pracy w ten zysk, czyli jak najmniejszym kosztem.

    Już nie obchodzi ludzkie cierpienie czy ludzka jakaś tragedia. Nikogo to nie obchodzi, ale ta kobieta niestety okazała się inna niż wszystkie. Przyjęła pod swój dach. 

    Wiesz co zrobiła? Udostępniła mi pokój swojego dziecka, a dziecko poszło spać do rodziców.

    Rozumiesz? Bo też miała oczywiście te wszystkie pokoje wynajęte, zajęte, ale dzięki temu, że ją tak błagałem, no to jej chyba się żal zrobiło i po prostu udostępniła łózko. Zmieniła pościel i udostępniła łózko swojego dziecka, aby mógł się przespać. Wykąpałem się, zanim położyłem się spać, jeszcze pogadałem z nią, zrobiła mi coś ciepłego do jedzenia.

    Wykąpałem się w ciepłym prysznicu, kurczę, w ciepłej wodzie, poszedłem spać o czwartej. Wstałem gdzieś chyba o szóstej, no to tak naprawdę dwie godziny spałem. No ale te dwie godziny to zupełnie wystarczyło, aby przetrwać ten kryzys, bo to jest ten najgorszy czas, te najgorsze zimno. Jak się rozwidniało w godzinach czwartej czy piątej, to jest zawsze najzimniej, to jest najgorszy moment, gdzie można naprawdę hipotermię dostać. 

    Więc jak już wyjechałem po szóstej, to już słoneczko zaczęło świecić, już się fajnie ciepło zrobiło i ten kryzys zażegnałem dzięki właśnie tej osobie. A najważniejsze jest to, że rano jeszcze śniadanie mi zrobiła, wstała też, zrobiła mi jajecznicę, jakąś kawę, herbatę. I pytam ile pani zapłacić ? No wie pan, ja biorę tak 60 zł za noc, ale pan był tylko północny, no to 30 zł. Pani mi uratowała życie, jeszcze połowę mam płacić. Dałem jej 50 zł i kurcze, nie dyskutujmy. Przecież ja bym zapłacił 500 zł za takie coś. Ona po prostu, dosłownie uratowała mi życie, więc te pieniądze nie grały roli. Ale zobacz jak można się zachować. Jeszcze są tacy ludzie, którzy nie liczą tych złotówek i dla nich jest coś ważniejszego. 

    Więc dzięki tej osobie przetrwałem to, pojechałem, tego dnia już mi się bardzo dobrze jechało. Gdyby nie ta, można powiedzieć jedna, jedyna osoba, która mi zadeklarowała chęć pomocy, nie wiem, jakby to się skończyło, kto wie, czy nawet nie tragicznie. 

    Chyba po jakimś tygodniu, wysłałem jej, bo ja jestem z Torunia, pierniki toruńskie w formie takiej wdzięczności, jeszcze dodatkowo z jakąś tam karteczką z podziękowaniami. Bo chcąc, nie chcąc, można powiedzieć, że po części stała się może nie ojcem, ale matką mojego sukcesu w ubiegłym roku, że dojechałem do tej mety na drugim miejscu.

    Miałem taką sytuację krytyczną, mocno krytyczną. Ale rzeczywiście w takiej mojej całej historii, oprócz tej sytuacji, nie miałem jakichś takich sytuacji bardzo ciężkich, tego typu, że miałem na myśli zejście z trasy. Oczywiście były ciężkie momenty, ale z wszystkimi sobie dość dobrze, fajnie poradziłem, czy to był upał, czy zimno, zawsze sobie z tym radziłem i nie miałem myśli oprócz tej jednej sytuacji, że rezygnuję, że schodzę z trasy. Cieszę się, że przeżyłem tą sytuację, bo mam o czym opowiadać, no i to naprawdę taka jedna wielka lekcja pokory, i jeszcze to, że na tym świecie są ludzie, którzy martwią się o innego człowieka.

    To mi po prostu na sercu się tak dobrze zrobiło, że jeszcze jest szansa na tym świecie. Z rozmów moich kolegów, zawodników, którzy oczywiście częściej nocują, bo ja bardzo rzadko nocuję, więc z rozmów wynika, że w szczególności na wsiach, jest dużo osób jeszcze, które wyciągną do ciebie taką pomocną dłoń i ratują niejednych udostępnieniem miejsca na nocleg, czasami nawet na sianie. Najgorzej, jak się trafi w takie miejscowości na kurorty, takie miejsca turystyczne, gdzie są ludzie nastawieni tylko i wyłącznie na zysk, tak jak nad morzem jest na przykład. Nad morzem też miałem problem, 3200km w ubiegłym roku ze znalezieniem noclegu, bo nikt nie chciał, bo mu się nie odpłaca, bo to, bo tamto, a jak ktoś to za 400 albo za 500 zł. 

    A tam gdzie są wioski, gdzie człowiek sobie żyje w zgodzie z naturą, no to łatwiej znaleźć tą pomoc niż w takich miejscowościach turystycznych. 

    A powiedz mi w związku z tym twoim doświadczeniem, tyloma startami w życiu czy masz jakiś taki zestaw kiedy wiesz, że jedziesz na przykład 1000 km to po prostu w głowie już jest lista co bierzesz, bo wiesz, że to na pewno musisz mieć to, to, to, bo to ratuje życie i bez tego się nie ruszasz? 

    Te długie dystanse aż tak dużo się nie różnią wyposażeniem od tych krótkich. Śledzę oczywiście prognozy pogody bo na 500 kilometrów można precyzyjnie ustalić co trzeba wziąć. Bo jak się jedzie tylko jedną noc, to można strategicznie dobrze określić co jest potrzebne: jakaś kurtka, czy rękawiczki czy czapkę wziąć, więc na 500 kilometrów, na tych krótkich dystansach no jestem precyzyjnie, że tak powiem ustawiony na konkretne warunki.

    Na te długie trzeba już po prostu mieć więcej, bo tam jest więcej niejasności, że tak powiem, tu bardziej jak się jedzie dookoła Polski no to główną taką rzeczą, jest ubiór. Żeby nie mieć jednak za mało, ale też żeby nie wziąć za dużo na tych długich dystansach wolę mieć więcej typu jakieś dodatkowe rękawiczki dodatkową czapkę, czy nawet ochroniacze na buty po to, żeby utrzymać tą ciepłotę ciała. A odnośnie sprzętu jeśli chodzi od takich technicznych spraw, to taki zestaw mam standardowy. Jakiś zestaw do naprawy opon, jakąś dętkę, jakieś typowe klucze do szprych i tak dalej. Na te długie dystansy, te 1000 kilometrów czy 3000 to jakieś tam dodatkowe szprychy biorę, więcej oczywiście elektroniki, ładowarek, powerbanków. Na 500 km to wszystko jest wyliczone. Lampka ma wystarczyć tyle i tyle i jakby noc była dłuższa o 5 minut też by lampki zabrakło. To wyliczone mam precyzyjnie zawsze bo wiem na ile lampka mi wystarcza i wiem mniej więcej chociażby jaki jest teren tych zawodów czyli wiem, że mogę jechać tam z jakąś tam obniżoną mocą, by zaoszczędzić na tych bateriach. A na tych długich dystansach, no to trzeba już mieć więcej tej elektroniki no i tak jak mówimy jeszcze chyba szprychy miałem na tym długim dystansie dodatkowe. 

    Zdecydowanie ważne jest, jeżeli ktoś jedzie więcej niż te kilkanaście godzin czy kilkadziesiąt czy nawet ponad pięćdziesiąt, siedemdziesiąt godzin to ubiór to jest chyba podstawową rzeczą.

    Dokładnie, no oczywiście tam wszyscy liczą te gramy i tę wielkość, i tych torebek, no ale lepiej mieć niż nie mieć, więc… No jak kogoś zastanie jakiś kryzys i nie będzie miał… Bo jak ktoś ma kryzys, no to wiadomo, tempo spada. Jak tempo spada, no to i ogrzanie organizmu, tempem już nie wchodzi w rachubę. Bo jak jedziemy wolniej, to się nie ogrzewamy wysiłkiem fizycznym. Jeżeli nie mamy tej dodatkowej kurtki czy czapki, no to może być słabo.

    Więc pamiętajcie, że to zdrowie jest najważniejsze i nie lekceważmy tego, w szczególności w nocy.  Noce są naprawdę nieprzewidywalne, bo niby się wydaje, że z prognoz wychodzi, że ma być 10 stopni, a wiem z oświadczeniem, że jak gdzieś się wiedzie jakieś dołki, jakieś łąki, jakieś takie tereny podmokłe, no to ta wilgoć, ta mgła dodatkowo i ta odczuwana temperatura nie jest 10, tylko 5 na przykład stopni. Więc na to trzeba być przygotowanym, no bo noc naprawdę zaskakuje i to zaskoczyła niejednego. Wiem, bo jak rozmawiamy ze sobą, to wszyscy się wtedy dziwią, że ale było zimno, ale było zimno. W Polsce noce niestety zimne. O dziwo, już tyle się najeździłem w nocy, już spędziłem, tyle tego musiałem znosić. Nawet w lato, lipiec, sierpień, potrafi być nawet 5 stopni, więc nie lekceważmy pogody i jazdy nocą, bo to jest naprawdę wyzwanie duże. 

    Radku, a możesz, bo to na pewno też wiele osób interesuje, tak skrótowo powiedzieć, na jakim sprzęcie jeździsz. Czyli osprzęt, rower, rama, oświetlenie, grubość opon

    A ja się dziwię. Pamiętam jak w Wisła 1200 km wygrywałem dzięki oponom. Tak, tak, szerokość opon to podstawa. To są indywidualne sprawy. 

    Na tym rowerze jeździłem 4 czy tam 5 lat najwyższe sukcesy na nim odniosłem, na osprzęcie SRAM Force. Wiem, że SRAM jest taki naprawdę niezawodny i mi przynajmniej tak pasuje. No w tym roku tam dzięki Przemkowi Szopie z Velopoint dostałem od niego rower na użyczenie, wypożyczenie w tym roku na jazdę – Cannondale’u Topstone, na osprzęcie SRAM Rival. Co mogę powiedzieć o sprzęcie – no sprzęt ma znaczenie. Ale chyba bardziej niezawodny sprzęt, niż najlżejszy. Też kiedyś opony starałem się mieć jakieś najwyższej jakości, to często łapałem kapcie, przecinałem te opony i z tego zrezygnowałem, więc wolę mieć tą oponę pięć gram cięższą, a pewniejszą.

    Jeżdżę oczywiście na mleku, aczkolwiek ten system mnie bardzo zawiódł w ostatnich latach i nie wiem czy nawet nie przejść na dętki, ale do tej pory jeżdżę na mleku. Opony to różne, różne, różne testuję Bontragera i Zippa. Ja teraz jeździłem, na Hutchinsonach – Polskę 3200 przejechałem. Dobre opony, które też przecinałem, drogie opony i okazało się, nie aż tak skuteczne, zawiodłem się na nich. Wybieram oczywiście z małym bieżnikiem, jakimś drobnym bieżnikiem, bo tu jednak ta prędkość na grawelach jest coraz wyższa, trasy są chyba coraz łatwiejsze, więc nie potrzeba takiego agresywnego bieżnika, chyba, że gdzieś jedziemy w jakieś góry, albo w jakieś trudne warunki typu deszcz, czy jakieś błoto. 

    I co tam mogę jeszcze powiedzieć? No i na tym Top Stonie bardzo dobrze mi się jeździ, ponieważ on ma tamte tylne zawieszenie niby takie, może nie aktywne, tylko takie pasywne, ale zauważyłem, że jest różnica. Bo w tym roku naprawdę mój tyłek to chyba najmniej odczuł te wszystkie kilometry, więc wszyscy się pytają, jak sobie z tyłkiem radzisz, a akurat to jest chyba ta część ciała, która w tym roku mnie najmniej bolała po imprezach. Może jest to wynikiem tego zawieszenia, ale duże znaczenie ma też siodełko, ja na przykład przetestowałem chyba z 10 siodełek, na które w końcu trafiłem i to jest SLR, Selle Italia SLR Super Flow Boost, ale w wersji gravel, te grubsze. I na tym siodle chyba od dwóch sezonów jeżdżę i naprawdę mogę je polecić, jest bardzo dobrym siodłem, ale to też jest kwestia oczywiście indywidualna, oczywiście szerokość odpowiednia siodełka musi być.

    No i polecam też jakieś ustawienie precyzyjne pozycji, czy jakiś tam backfiting, aby przynajmniej osoby początkujące miały tą pozycję dobrze ustawioną. 

    Ja na przykład przez te lata jazdy na tym rowerze pozycję sobie, że tak powiem ustawiam na oko i byłem u kolegi na backfitingu, no to może tam z 2 mm coś mi tam przesunął, już nie pamiętam czy siodełko do przodu czy do tyłu. Więc ja z doświadczenia wiem mniej więcej jaką pozycję sobie ustawić i wiem na jakiej pozycji czuję się dobrze. Osoby początkujące warto aby na ten backfiting poszły, bo sobie można krzywdę zrobić. Przejechać godzinę na złej pozycji, no to nie ma problemu, ale przejechać na złej pozycji 50 czy 60 godzin, no to już można sobie po prostu krzywdę zrobić, czy nabawić się wręcz jakiejś kontuzji kolan, czy kręgosłupa, czy odcinka szyjnego, na który też zawodnicy bardzo cierpią. 

    Ja na przykład nie odczuwam jeszcze jakichś takich wielkich skutków tych jazd, pewnie do czasu, bo to pewnie wszystko ma swój koniec. Może dlatego, że tą pozycję sobie ustawiłem sam, potwierdziłem to, że tak powiem badaniami, no i czuję się, że ta pozycja jest dla mnie optymalna. Radzę, żeby tą pozycję dobrze sobie ustawić. Buty też są ważne, tu też jest wiele modeli. W zależności od stóp, niektórzy mają duże stopy, wąskie, ja mam krótką nogę, ale szeroką stopę, też miałem problemy z tymi butami. Wkładki sobie dałem zrobić, więc buty to też są indywidualne sprawy, też kilka butów przetestowałem. Tak naprawdę dla mnie to Fizyk i Terra, ale MTB to chyba są X5, chyba są najfajniejsze dla mnie, przynajmniej najwygodniejsze. Ale jeździłem na różnych butach, więc jeśli chodzi o długie dystansy, to te Fiziki Terra mi przynajmniej pasują. A jeśli chodzi o strój, no to wiadomo, dobre spodenki z pampersem, wcale niekoniecznie muszą być jakiś gruby ten pampers. To nie o to chodzi, musi być dobrej jakości materiał w szczególności, aby ten tyłek się jakoś nie pocił ani nie obtarł. Tak samo siodełko nie musi być jakoś miękkie, ważne żeby było dopasowane do twojego kształtu tyłka. A spodenki to są też indywidualne, wcale te grubsze nie muszą być najlepsze, no i nie mogą być ani za duże, żeby nie ocierały, ani się tam nie ruszały, ani za ciasne. Więc polecam testować i jeszcze raz testować. Dla niektórych ta firma będzie lepsza, dla niektórych będzie ta druga lepsza, dlatego też nie chcę wskazywać jakichś tam moich faworytów, jest dużo tych firm. Tyle co mogę powiedzieć, to kieszonki te boczne, w tych spodenkach grawelowych. To uważam, że to chyba wynalazek z stulecia, no to polecam. Ja tyle lat jeździłem, nie miałem tego, to chociaż teraz mam gdzie śmieci przewozić, mogę to polecić, że jeśli chodzi o spodenki, no to warto kupić te grawelowe. To się dużo dopłaca nawet za te kieszonki boczne, ale to naprawdę jest duże ułatwienie, łatwo wyciągnąć jakieś batoniki, czy coś innego.Nie trzeba szukać po torebkach. 

    Torebki na rower, to też jest indywidualna sprawa, ja używam Apidura, no bo to jest z najwyższej półki marka, no i rzeczywiście akurat tu warto dołożyć tego grosza, bo są naprawdę wytrzymałe i niezawodne. Naprawdę się na nich nie zawiodłem, akurat na tą część wyposażenia roweru, warto wydać trochę więcej.

    Owijka oczywiście, nie gruba, ale taka, która klei dłonie, czyli człowiek się nie ślizga. Jak masz owijkę, która jest taka klejąca, no to jakby mniej wydaje z tej energii na trzymanie kierownicy. Więc owijka też ma duże znaczenie. No kierownica, no te kąty, te dropy, te flary, niektórzy lubią duże flary, ja na przykład taką mniejszą, ale musi być jakaś flara. 

    To ostatnie pytania już. Jeśli możesz, oczywiście Radku, bo to nie jest pytanie, na które trzeba odpowiadać. Jak godzisz prywatne życie z treningami ? Powiedziałaś, że ich w sumie nie ma, bo jeździsz do pracy i z powrotem, a z tą ilością startów w zawodach?

    Najgorszy problem to mam z urlopem, bo urlopu brakuje.

    Znaczy inaczej, ja urlopu nie mam jako tako dla siebie. Cały urlop to jest na pewno na wyjazdy na rowerze. To takie dość może, niezrozumiałe, nietypowe, bo jednak ktoś wie, że urlop to jedzie na wypoczynek, a nie na to, żeby się katować. Ale ja w ten sposób wykorzystuję urlop jeżdżąc na tym rowerze i ja tak wypoczywam po prostu, wypoczywam psychicznie, a niekoniecznie fizycznie, bo uważam, że wypoczynek to powinien być aktywny. No a jeśli chodzi o rzeczy prywatne, to, ja mam też gospodarstwo rolne i hoduję zwierzęta. Mam własne kury, króliki, mam własne jajka, własne mięso. Mam jakieś warzywa swoje, jakieś marchewki, jakieś tam buraki, no i to mi też dużo absorbuje czasu, więc to trudno pogodzić takie życie zawodowe i prywatne, bo tych obowiązków mam mimo wszystko dość sporo. A jeśli chodzi jeszcze o moje życie, no to, nadal jestem kawalerem do wzięcia, więc nie mam obowiązków rodzinnych. Wiem, że to na pewno mi bardzo ułatwia, jeśli chodzi o starty. Bo mam brata, który też jest bardzo dużym miłośnikiem roweru, bardzo dużo lubi jeździć na rowerze, no ale on ma obowiązki w postaci rodziny, żony. I może sobie pozwolić na takie powiedzmy 2-3 wyjazdy do roku na jakieś zawody, a tak to wiadomo musi poświęcić czas rodzinie. Ja jestem powiedzmy na tej wygranej takiej pozycji, bo nie mam tych obowiązków rodzinnych, oczywiście z wyboru. Bo jakoś nie potrafiłem poświęcić się, oddać tą pasję rowerów do sportu, do tej turystyki, pasji innej. Jakoś po prostu nie mam tego instynktu do rodziny. Ale to nie znaczy, że mam tak całkiem łatwiej. Bo sam muszę sobie ugotować, sam muszę sobie wypaść, sam muszę posprzątać. No właśnie, to jesteś kawaler i nie masz co robić – właśnie nie, ja mam rzeczy najwięcej do roboty, muszę sam zakupy zrobić, sam ugotować, sam przygotować wszystko do wyjazdu, sam się oprać, więc to tak do końca nie jest łatwiej, no ale dużo obowiązków ci też oczywiście odpada,. Więc ja naprawdę podziwiam tych ludzi, którzy potrafią godzić to życie rodzinne, z zawodowym i jeszcze z tymi wyjazdami. To wielki szacun, bo wiem, że to jest ciężko. Aczkolwiek dużo osób tyle nie startuje, co ja. Co tydzień jeżdżąc, no to nie wiem, czy ktokolwiek by był w stanie pogodzić te wszystkie obowiązki, które są w życiu. Może z tego powodu, że tym kawalerem jestem, mogę sobie na to pozwolić i póki jestem, póki mam zdrowie, chcę się w to bawić i będę się w to jeszcze bawił. Moi przeciwnicy pewnie czytając to, nie będą zbyt zadowoleni. 

    Ja nikomu nie bronię, niech walczą, niech się przygotowują, dużo osób bardzo poważnie podchodzi do treningu, to nie jest tak, jak jeszcze 6 lat temu, że po prostu jeździli na spontanie. Oni inwestują w sprzęt, inwestują w trenerów profesjonalnych, czy tam w jakieś profesjonalne treningi, w profesjonalne diety, no i czuję ich oddech i niedługo pewnie, to ja będę ich gonił, a nie odwrotnie.

    Tego im życzę, napisz to – życzę im z całego serca, bo tak jak powiedziałem, dla mnie rywalizacja sportowa się liczy. Ale to nie jest dla mnie najważniejsze, więc jak przegram z kimś, to wręcz się cieszę. Fajnie, tak jak na Wisłę 1200 kiedyś powiedziałem, to chyba było w ubiegłym roku, bo już chyba  Wisłę jechałem 5 razy, czy 6 chyba z Extreme, no i czekałem, aż w końcu ktoś mnie pokona. Z tego powodu, aby nie jechać, aby nie, musieć jechać w kolejnym roku i bronić tego pierwszego miejsca z Wisły. Więc nie mogłem się doczekać tego, aż w końcu ktoś mnie pokona i niestety ubolewam nad tym, po prostu Wisłę oddałem walkowerem, w tym roku nie pojechałem na te zawody, aczkolwiek zarzekałem się, że dopóki mnie nikt nie pokonał, na tej Wiśle będę jeździł, ale jakoś nie widziałem chętnych do zajęcia pierwszego miejsca. Oddałem to walkowerem i tak jak mówię, niech inni się teraz wykazują, niech inni walczą na tej trasie, pewnie wrócę na tą Wisłę 1200, bo chcąc nie chcąc jest to dla mnie można powiedzieć taka matka imprez gravelowych, która rozkręciła tą całą karuzelę tych ultramaratonów, ale pewnie jak wrócę to pewnie na Wisłę Extreme, więc w przyszłym roku pewnie też nie będzie mnie na tej trasie.

    Za dużo jest tych imprez rowerowych w Polsce, już muszę rezygnować z niektórych. Co już nie do końca mi się też podoba, bo chciałbym być wręcz może nie na wszystkich, ale mam swoje ulubione. Obstawiam też nowe, na których chciałbym liznąć tego koła tej trasy, a no niestety kalendarz nie jest z gumy, więc… szkoda, szkoda. Kiedyś człowiek czekał na tą imprezę, o za trzy tygodnie startuje tam, nie mógł się doczekać, a teraz musi wybierać, z trzech imprez w tygodniu. Tak to jest w Polsce, jak to się pozmieniało. Kiedyś była jedna impreza na trzy tygodnie, a teraz są trzy w tygodniu, jeden weekend, no strasznie, strasznie się to zrobiło. Boję się, że to może być też na nie korzyść. Jak jest przesyt, to ludzie przestaną czerpać z tego frajdę, bo kiedyś to z utęsknieniem czekali na każdą imprezę, a teraz to robi się takim chlebem powszednim. Oby to nie wyszło nam, jako nas, zawodników gravelowych na niekorzyść, żebyśmy przestali czerpać z satysfakcji z tych imprez stałych. Ale zawodników jest tak dużo, że jednak te imprezy mają tą frekwencję dość wysoką, więc jeszcze ta karuzala się kręci bardzo szybko. Ale żeby nie wydarzyło się to, co się wydarzyło na MTB. Jak się ścigałem, strasznie masowe te imprezy były, strasznie takie się zrobiły, jakieś takie krótkie, takie szybkie, takie, na zasadzie jak najszybciej przyjechać do mety, jak najszybciej odjechać do domu. No i widzisz, co się zdarzyło z tym MTB, że ten MTB już stracił mocno na popularności. Tego się boję, że może być w tych grawelach, że ludzie, jak zaczną to traktować powiedzmy- zaliczyłem, dobra, okej, jadę do domu. Tak jak na zawodach MTB, no to wtedy, jeżeli człowiek przestanie czerpać radość z tych wyjazdów, to po prostu przestanie jeździć. Tego się obawiam i oby tak się nie wydarzyło, bo naprawdę ta atmosfera na tych imprezach, ta cała otoczka tych imprez, no to nie ma chyba drugiej takiej imprezy. Takich masowych imprez, jak te nasze ultramaratony gravelowe. A więc oby, oby to jak najdłużej potrwało i żeby trwało w nieskończoność wręcz. 

    No i myślę, że tym zdaniem możemy zakończyć bardzo optymistycznym i takim przyszłościowym. Dzięki wielkie Radku, że się podzieliłeś tym wszystkim. 

    Myślę, że moglibyśmy rozmawiać pewnie całą noc, coś czuję. Długą masz historię związaną z rowerem, naprawdę i domyślam się, że mnóstwo jeszcze fajnych historii przeżyłeś. Także wielkie dzięki za to wszystko co opowiedziałeś.

     Wielkie dzięki Radek.

    Dziękuję.

    Rozmowa została przeprowadzona w grudniu 2024 roku.