Po kilku latach przerwy wróciłem do jazdy na trenażarze, bardziej dla zabawy niż prfosjonalnych jednostek treningowych. A miniona zima była dobrym momentem na przeproszenie się z dodatkowym mebelkiem w domu.
Zimą regularność treningu najczęściej przegrywa z pogodą. Deszcz, mróz, wiatr, smog i krótki dzień skutecznie utrudniają realizację planu treningowego dla jednych a dla drugich zwykłej aktywności kolarskiej dla czystej przyjemności. W pewnym momencie przestaje chodzić o motywację, a zaczyna o logistykę i bezpieczeństwo. Trenażer rozwiązuje ten problem w prosty sposób — pozwala trenować wtedy, kiedy mam czas, a nie wtedy, kiedy akurat pozwala aura.
Godzina na trenażerze to godzina realnie przepracowana. Bez świateł, bez zjazdów, bez przerw wymuszonych ruchem ulicznym. Mogę precyzyjnie kontrolować moc, kadencję i czas trwania interwału. W okresie budowania bazy to ogromna przewaga. W przygotowaniach pod starty gravelowe i ultra — jeszcze większa, bo tam liczy się powtarzalność wysiłku.
A dla tych co chcą podtrzymać rowerową formę zapewnia możliwość zwykłych codziennych aktywności. Daje frajdę, trochę endorfin i dobrą zabawę.
ThinkRider 2X Pro – mój test w praktyce.
Model XX Pro był u mnie podstawowym narzędziem treningowym przez kilka ostatnich zimowych miesięcy. Trenowałem na nim zarówno spokojne jednostki tlenowe, jak i podjazdy, bo to lubię najbardziej. Sprawdziłem go w codziennym użytkowaniu — nie tylko „na świeżo po wyjęciu z pudełka”, ale w regularnej pracy kilka razy w tygodniu. Najdłuższe jazdy jakie na nim zrealizowałem miały do maksymalnie 2 godzin. Nie służył mi do treningów tylko do podtrzymania kondycji fizycznej i pracy mięśni kolarskich. W poprzednich latach zimą biegałem, a na rower wracałem na początku marca. Jestem ciekaw różnicy jaka będzie po zimie spędzonej na trenażerze.
Stabilność i konstrukcja.
Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to stabilność. Przy wyższych mocach, sprintach czy pracy w pozycji stojącej trenażer nie „pływa” i nie przesuwa się po podłodze. Szeroka podstawa robi swoje.
Podczas interwałów powyżej progu mogłem skupić się na jeździe, a nie na kontrolowaniu roweru. Nie miałem wrażenia, że sprzęt pracuje pode mną nerwowo. To ważne szczególnie przy mocnych akcentach. Jego kompaktowa konstrukcja pozwala bez problemu znaleźć miejsce dla niego. A po złożeniu do pudełka będzie zajmował mało miejsca w piwnicy lub garażu.
Realistyczna symulacja podjazdów.
Podczas jazdy w aplikacjach treningowych opór zmienia się płynnie. Kiedy wirtualna trasa zaczyna się wznosić, czuję to od razu, ale bez nagłych szarpnięć.
Testowałem go na Rouvy — reakcja na zmianę nachylenia jest szybka i przewidywalna. Przy dłuższych podjazdach mogłem pracować kadencją i przełożeniami w sposób zbliżony do jazdy w terenie.
Cicha praca.
Jednym z moich warunków było to, by sprzęt nadawał się do mieszkania. XX Pro pracuje cicho — dominującym dźwiękiem jest łańcuch i napęd, nie sam trenażer. Nie jest idealnie cicho i raczej spać współdomownikom nie uda się.
Trenowałem rano i wieczorem, nie martwiąc się o hałas. To istotne, jeśli ktoś mieszka w bloku albo ma dzieci.
Kompatybilność i łączność.
Parowanie z aplikacją przebiegło bez problemów, łączy się błyskawicznie i bez dodatkowych czynności z mojej strony. Laptop automatycznie od razu po włączeniu zasilania wykrywał trenażer poprzez Bluetooth. Połączenie podczas jazdy było stabilne, nie zrywało sygnału w trakcie treningu.
Doceniam to, że nie musiałem kombinować z dodatkowymi adapterami czy aktualizacjami przy każdej sesji. Włączam, łączę i jadę.
Uniwersalność zastosowania.
Na tym modelu realizowałem różne typy jednostek:
• spokojną bazę tlenową 60– 90 minut,
• interwały progowe,
• krótkie, mocne akcenty,
• symulacje długich podjaz- dów pod starty gravelowe.
Sprzęt poradził sobie w każdym scenariuszu. Nie miałem wrażenia, że nadaje się tylko do jednego rodzaju treningu. To ważne, jeśli ktoś przygotowuje się zarówno pod krótsze wyścigi, jak i długie dystanse.
Jedyny minus jaki zauważyłem, to jazda w dół na dużej prędkości. Powyżej 60 km/h brakowało obciążenia. Jeździłem na kasecie 10-34 i korbie z 2 blatami 50/34.
Stosunek ceny do możliwości.
Patrząc na to, co oferuje — stabilność, tryb ERG, kompatybilność, płynną zmianę oporu — uważam, że to rozsądna propozycja w swojej klasie. Funkcje, które kilka lat temu były dostępne tylko w wyższych segmentach, dziś są tutaj standardem.
Podsumowanie
ThinkRider XX Pro nie jest gadżetem. To narzędzie. W moim przypadku pozwoliło utrzymać ciągłość treningu przez okres, w którym jazda na zewnątrz była ograniczona.
Regularność buduje formę. Trenażer tylko umożliwia jej realizację. A zimą to często kluczowa różnica między „chcę trenować” a „trenuję”. Czy za rok do niego wrócę, zobaczymy co pokaże wiosna.
Jazda rowerem przez Toskanię ma jeden zasadniczy problem, to że stajesz co pięć minut z nowym zapierającym dech w piersiach widokiem. Ów krajobraz wyzwala emocje, wzbogaca duszę i wzbudza chęć życia drogą.
Od trzech lat mamy stałe miejsce na początek podróży przez Stare Bianche. Pętla 100 km rozpoczyna się na zakręcie miasteczka położonego tuż przy Sienie przy ulicy Deli Acostoli. Tutaj zostawiamy auto i wyruszamy. Nie czuć jeszcze zapachu białych piasków, ciepłego wiatru z rozległych wzgórz wokół Sieny, nie czuć również tradycji i 20 letniej (w tym roku) historii wyścigu kolarskiego.
Rozkręcamy się powoli, na początku szybkim zjazdem a później lekkim podjazdem. I to właśnie już ten początek streszcza najbliższe kilka godzin jazdy, profil trasy będzie falował.
Ekscytacja miesza się się z oczekiwaniem na pierwszy szutrowy odcinek. W środku mam uczucie wyczekiwania, jak na pierwszą gwiazdkę. Wiadomo, że zaświeci i przyniesie początek czegoś nowego i fascynującego. Tak samo ja, czekam, rozglądam się, liczę, odmierzam.
Dokręcamy, czym prędzej, szybciej, bardziej nerwowo. Jeszcze majestatyczne zjazdy szosami, jeszcze szum ulicy, jeszcze jedno miasteczko, jeszcze kilka podjazdów i zjazdów … I wreszcie jest zakręt w lewo, gdzieś po środku ni to pola ni to łąki, nie ma wielkiego billboardu, nie ma neonów krzyczących jak na drodze do Zakopanego, nie ma Żabki na rogu z ostatnim zimnym napojem na drogę … I to mi się podoba, nie krzyczy, nie woła, nie świeci.
Jest cichy, skromny, ukryty zjazd z szosy w długą i prostą szutrową drogę. Po lewej stronie po 10 metrach stoi kamienny znak, ledwo widoczny z numerem i oznaczeniem Strade Bianche – dla nas pierwszy na liście. Więc jak bardzo ważny, to zrozumiałe. To drogowskaz na dzisiejszy dzień, na historię zapisaną własnym potem i siłą nóg, na być może przygodę życia. Stoi niczym bóstwo kolarskiego etosu fascynacji, historii, dumy i chwały. Jak dla legionów rzymskich znak zaszczytów i męstwa przyznawany na całe życie. Chełpimy się to chwilą, strzelamy fotosy, dotykamy materii, głaskamy jak dzika przy Fontannie del Porcellino we Florencji dla szczęścia na dalszą drogę.
Do drugiego odcinka nie trzeba długo czekać. Za parę kilometrów rytuał się powtarza, ale miejsce na zdjęcia o wiele dostojniejsze, bardziej natchnione, mocniej emanujące szumem dziesiątków tysięcy kolarskich opon, które rozdmuchiwały w tym miejscu biały szutr. Wchodzimy w stan lekkiego obłędu i zachwytu, jakby droga unosiła nas kilka centymetrów nad ziemią, a my nagle stajemy się częścią historii Strade Bianche — gotowi upaść z rowerem przyciśniętym do piersi, walcząc do ostatniego tchu z Galami nadciągającymi z północy.
Dobrze, że już pierwsze 20 km za nami a przed nami tylko 80, bo ten stan mógłby trwać jeszcze długo, więc jakoś na przekór sercu i emocjom rozpoczynamy dalszą jazdę. Jesteśmy przekonani o nadciągających kolejnych niesamowitych krajobrazach z toskańskimi hacjendami, wśród cyprysów i kamiennych miasteczek. Wyczekujemy kolejnych falujących, białych szutrowych dróg wijących się przez toskańskie wzgórza, obsypanych jasnym pyłem, który unosi się spod kół, tworząc niemal filmową mgłę. W której tańczymy, pląsamy, wijemy się jak dziecko w piaskownicy, zafascynowane każdym kątem i miejscem małego czworoboku.
Przesypujemy myśli z jednej strony falujących pól na druga stronę niczym biały pył z jednego koła na drugie. Jak bardzo go pragniemy. Aby oblepił nam gołe łydki, pokrył ramiona, przykurzył okulary – przecież to piętno, znak, tatuaż wyciśnięty na naszej dumie i chwale. Pragniemy wrócić z orężem na piersi, niesieni okrzykiem tłumów wiwatujących przy każdym podjeździe na Stare Bianche. Pragniemy zapisać swoją historię jazdy, chcemy zostać legendą toskańskich wzgórz i pól, zostać tutaj ze swoim oddechem, śladem opon i cieniem przesuwającym się po białym szutrze, choćby na jedną chwilę, zanim droga zabierze nas dalej. A jutro o Nas zapomni…
Szutry szybkie, równe, pędzimy przed siebie po pustej drodze. W lewo i zjazd, ktoś krzyczy – „puść te heble”. Jak nie masz opon powyżej 45 mm to raczej nie szalej. Mijamy zielone pola golfowe. I zaczynamy najdłuższy podjazd, najbardziej wymagający na dzisiejszej trasie. Serpentyny zatopione w białą drogę, nachylenie wymagające, staję w korby aby było przyjemniej, aby znaleźć siłę i chęć na cieszenie się tym co przede mną. Strzela dętka, w połowie podjazdu, więc konieczny postój. Nie, nikt z Nas nie jedzie na mleku. Ale za to jest czas na żelki, orzeszki, batonik i inne smakołyki z kieszonek. Jest okazja na szybką toaletę gdzieś w krzakach zbocza.
Mija podjazd, teraz dłuższy odcinek po toskańskich asfaltach. Ależ to przyjemność jechać uliczkami falujących wzgórz z krajobrazem dalekiej Sieny po lewej stronie. Dwa fantastyczne zjazdy ponad 70 km/h po gładziutkim asfalcie. I równie piękne dwa podjazdy. Wystarczy popatrzeć za plecy by tracić oddech nie z wysiłku ale z roztaczającego się piękna. Październikowe słońce, rozkoszne ciepło, pastelowe kolory z palety Monet’a tworzą scenografię dla jazdy, w której każdy kolejny zakręt sugeruje by na chwilę się zatrzymać i zapamiętać ten moment, ten impresjonizm plam i barw.
Tym razem kilka zdjęć przy znaku z trasą Eroica i Gravel Tuscany. Znowu wpadamy na białe szutry. Droga niesie nas wraz z białym pyłem przed siebie. Dynamikę wyznaczają kolejne podjazdy i zjazdy, już krótsze ale nadal wyciskają siły, napinają mięśnie, powodują szybszy oddech.
Potrafię to opisać tak jakbym to widział kilka sekund temu, obrazy zapamiętane, zakodowane gdzieś głęboko pod skórą, gotowe wracać w każdym momencie, jak na zawołanie. A to wywołuje kolejny impuls, który znów każe wsiąść na rower i pojechać przed siebie. I powstaje lawina kolejnej potrzeby drogi, która nie daje spokoju, rozpędzona tęsknotą za przestrzenią, światłem i ruchem, aż w końcu nie wiadomo już, czy to my jedziemy, czy to droga jedzie nami.
I właśnie teraz wpadamy w odcinek, który tylko dziś — pośród sześciu wcześniejszych — jest skąpany w słońcu i ciepłym powietrzu. W pozostałych przypadkach rozpoczynaliśmy jazdę w deszczu, otuleni mgłami i wilgocią. Droga prowadzi najwyższym pasmem wzgórz na całej trasie wokół Sieny. Dużo lasów po obu stronach drogi. Nie ma sensu czekać aż przestanie, trzeba jechać dalej bo to minie, jak tylko zjedziemy w dół, w kierunku rozległych pól usianych toskańskimi hacjendami.
Znowu białe szutry, jedziemy cały czas w dół, jakbyśmy sunęli korytem rzeki. Po bokach mamy pola i łąki, w kolorach zielonej oliwki a raz w kolorze ochry i terakoty. Naprzemiennie krajobraz mieni się barwami jesiennych iluminacji – rozmyty w świetle, nasycony powietrzem i ruchem, gdzie granica między niebem a ziemią istnieje tylko przez chwilę. To idealne tło dla gravelowej jazdy, w której bardziej liczy się bycie w drodze niż tempo.
W połowie trasy zatrzymujemy się w typowo włoskiej kawiarence Bar La Camricolla w malutkim miasteczku Monteroni d’Arbia. Kawa, lemoniada, croissanty, panini. Zostajemy tutaj ponad pół godziny. Delktujemy się smakami włoskich przysmaków. Obserwujemy miasteczko w porze siesty. Czterech starszych panów przy winie gra w karty. Pojedyncze osoby czytają gazetę, soczą proseco i palą papierosy. Klimat senny niczym z bajki o kocie Filemonie – w której nawet czas przeciąga się leniwie jak kot na piecu.
Wyjeżdżamy z miasteczka w kierunku wschodnim i za chwilę znowu jesteśmy wśród białych szutrów, pyłu i gęstego, ciepłego powietrza. Droga faluje i kręci, nie pozwala złapać rytmu. Trzeba być uważnym, dużo zakrętów, trochę nierówności, szybkie zjazdy i ostre podjazdy. W zamian na deser otrzymujemy kolejną porcję fantastycznych toskańskich pejzaży. Kilka mocnych podjazdów daje nam mocny wycisk. Kilkanaście kilometrów bez asfaltu, wokół nas niekończące się pola miękko falujące na wzgórzach jak rozlane złoto i zieleń, poprzecinane wąskimi liniami cyprysów, które wyznaczają rytm toskańskiego krajobrazu.
Dojeżdżamy do szosy i rozpoczynamy długi, płynny zjazd, który wymaga od Nas dużej uwagi. Wiatr boczny a na liczniku ponad 70 km/h zmusza do patrzenia przed siebie, a po bokach kolejne widoki. Zadziwiające jest to, że nie mamy ich dość chcemy chłonąć je w nieskończoność. Mijamy drogowskaz do Sieny 18 km, ale my skręcamy w prawo i mamy do celu jeszcze ponad 30 km. Snujemy się ulicami pomiędzy miasteczkami. Mocny zapach rozmarynu upaja, odurza i hipnotyzuje. Na moment wraca myśl o ciepłej focacci — chrupiącej z wierzchu, miękkiej w środku, polanej gęstą, lokalną oliwą i posypanej świeżymi ziołami.
Czuję ten zapach nawet teraz, kiedy piszę ten esej. Zostanie ze mną na zawsze – jak cichy ślad drogi. Zakorzenił się w neuronach, w pamięci głębszej niż słowa, wraca niespodziewanie i przynosi ze sobą miejsce, kurz drogi i tamto niepowtarzalne drżenie chwili.
Po kilku kilometrach, kiedy przed naszymi oczami staje podjazd z kilkunasto stopniowym nachyleniem i gdy już szykujemy się w blokach, okazuje się że trasa nagle odbija w lewo, mocno w dół. Tuż za rzeką rozpoczynamy ostatnią cześć szutrowych segmentów. Na początek ścianka ponad 13% z około 1 kilometrem podjazdu. Później wszystko zwalnia. Droga znów miękko faluje między oliwnymi gajami i równymi rzędami winorośli. Mijamy niewielkie winnice ukryte za kamiennymi murkami – w powietrzu unosi się słodkawy zapach młodego wina, zmieszany z kurzem i ciepłem popołudnia. Słońce osiada na liściach, a my jedziemy dalej, jakby droga prowadziła nie tylko przez Toskańskie wzgórza, lecz także przez smak i zapach tego miejsca.
Żegnamy białe szutry, wjeżdżamy na szosę w kierunku Sieny. Ruch samochodów jeszcze niewielki. Jedziemy razem ale jakbby osobno. Każdy ze swoimi myślami, które zostały gdzieś za nami może 30, może 50 km. Jesteśmy w innej rzeczywistości. Szybko mija nam droga do Sieny. Jeszcze podjazd do centrum pod bramę Porta Camollia i zjazd w dół. Po 15 minutach jesteśmy w punkcie startu.
Nie będzie puenty, jeżeli przejechaliście tą trasę z nami to jestem przekonany, że pojedziecie tam osobiście aby tego doświadczyć. Plik GPX do pobrania po kliknięciu w ikonę.
Marcin, pierwsze pytanie może się zdziwisz, ale mam nadzieję, że cię nie zaskoczę. Masz taki fajny zwrot, który pewnie osoby, które cię obserwują, znają doskonale, nie spotkałem drugiej osoby takiej, czyli Ola Boga, pamiętasz, jak on zadomowił z tobą, gdzie to gdzieś tam pierwszy raz powied,ziałeś, albo skąd to w ogóle powstało?
Wiesz co, ja nie jestem zbytnio kreatywny i sam rzeczy nie wymyślam. Wydaje mi się, że to usłyszałem, ogólnie słucham mnóstwo podcastów i usłyszałem to w podcaścietrochę światopoglądowy, polityczny. Tam prowadząca, przepraszam, nie pamiętam imienia i nazwiska, ale czasami mówi „ola Boga” i mi się spodobało to określenie i skopiowałem.
Nawet nie wiedziałem, że tak często to powtarzam. Jak zobaczyłem, że wszyscy zwracają uwagę, znaczy w takim pozytywnym aspekcie, to ja chyba trochę przestałem mówić. Ale sam nie wiem, albo przestałem mówić dlatego, że mówiłem to bardzo dużo, albo zmieniłem rowery. Jednak miałem wrażenie, że głównie tego Ola Boga na przykład używałem jak jechałem wtedy na twardym gravelu po jakichś wielkich kamieniach, tarce czy coś takiego. No nie było zbyt przyjemnie. To można powiedzieć, że było takie kulturalne przekleństwo, zamiast zwrotu na k, to ja mówiłem „Ola Boga”. Ale teraz rower, amortyzacja, szersze opony i nawet tak się nie ciśnie to „Ola Boga” na usta. Ostatnio chyba to dopiero jak na jednej z eskapad złamał mi się telfin i musiałem z nim jechać pod pachą, co nie było zbyt wygodne. To chyba wtedy dopiero mi się właśnie zamiast przekleństw „ola Boga” mówiło.
Tak, pamiętam to z filmu. Z jednej strony Marcin wybierasz zawody gravelowe, gdzie jazda jest zawsze na 200% i walczysz o zwycięstwo, dając z siebie maksa, praktycznie aż do trupa, w cudzysłowie, a z drugiej strony organizujesz sobie wyjazdy bikepackingowe, gdzie potrafisz się zachwycać najdrobniejszymi elementami przyrody, otoczenia.
Taki zachwyt Ci towarzyszy, który można fajnie zobaczyć na Twoich filmikach, choćby tych ostatnich z Badlands’ów. Co jest Ci bliższe z tych wyjazdów? Czy zawody, czy wyjazdy bikepackingowe.
Jeśli musiałbym wybrać jedną rzecz, z której musiałbym zrezygnować i nie mógłbym jej robić do końca życia i miałby to być bikepacking lub zawody, no to zdecydowanie zrezygnowałbym z zawodów. Tylko tak po prawdzie, nie powiedziałbym, że walczę o zwycięstwo w zawodach, ja staram się. Walczę w zawodach ze sobą, staram się zawsze pojechać jak najmocniej, a na to jak pojadą inni nie mam wpływu. Tutaj to jest jednak sport indywidualny, w przeciwieństwie do takiego kolarstwa powiedzmy, nie ma jakichś tam glaftingów i tak dalej, wielkiej strategii. Czasami powiedzmy inni pojadą słabiej, udaje mi się skończyć wysoko. Czasami ja pojadę najlepiej w życiu.
Miało to miejsce chyba w sezonie 2024. Zawody, z których byłem najbardziej zadowolony i tam zrobiłem swoje życiówki takie watowe, to było chyba najgorsze moje miejsce w sezonie bodajże, było to chyba ósme miejsce na wanodze.
A powiedz w takim razie, za co lubisz i co daje Ci największą satysfakcję w zawodach, a co w wyprawach? Czy są wspólne elementy? Domyślam się, że raczej nie.
No w sumie trochę różne są. Więc z czasem to się trochę zmieniało.
Pierwsze zawody, drugie, może jeszcze kilka kolejnych trochę przypominało to bikepacking. Na przykład drugie zawody, w których wziąłem udział, to było Poland Gravel Race. Tam dojechałem bodajże 70 na 300 osób. Nocowałem dwa czy trzy razy. Zajęło mi to prawie trzy dni. To już było prawie jak bikepacking. Usłyszałem chyba kiedyś u Piotra Wierzbowskiego, że on takie wyprawy rowerowe nazywa medytacją, zmęczeniem fizycznym, ale odpoczynkiem psychicznym. Wydaje mi się, że u mnie jest dosyć podobnie. Dobrze się czuję sam ze sobą i takie nawet 15 godzinne jazdy samemu sprawiają mi przyjemność. Dodatkowo zwykle też łączę jazdę rowerem z czymś jeszcze. Uwielbiam słuchać audiobooków, podcastów. Później mam zabawę, jak na przykład przypominam sobie o czymś, czego się na przykład dowiedziałem z podcastu i od razu mam jakieś miejsce przed oczami, w którym się o tym dowiedziałem. Są to wszelakie, różne rzeczy.
Fajnie mieć tak powiązane to z jakimś miejscem. Ciężko mi opisać to uczucie, ale świadomość, że jest się w miejscu, w którym się nigdy wcześniej nie było, daje taki dreszczyk emocji, przyjemności. Tu nawiązuję do tego, że też zbieram tzw. kwadraty. I te tereny nie są często zbyt wizualnie piękne. Ale nie wiem, coś jest w tym, że na kwadratach się nie nudzę pomimo jazdy 5-6 godzin. Wokół komina ciężko mi się jeździ dłużej niż 2-3 godziny. Na rowerze potrafię przemyśleć sobie wiele spraw, wiele codziennych, życiowych spraw. Uwielbiam być w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byłem, a jeśli do tego akurat jestem w miejscach przepięknych, czyli na przykład często to są góry, to dodatkowo jest jeszcze piękniej.
Aby sprostać swoim wyprawom, ale też zawodom, jesteś świetnie przygotowany fizycznie. Prawie każdy Twój wyjazd, czy to z przyjemności, czy to start w zawodach, pokazuje również, jak mocną masz głowę i jak mocny jesteś mentalnie na wiele niedogodności. Mam na myśli tutaj mało snu, chwilę dłuższe lub krótsze spadku mocy, brak chęci do jazdy, trudne warunki pogodowe, terenowe, czy losowe zdarzenia, choćby jak wspominałeś, czy jak można zobaczyć na Twoim filmie z tym telfinem. Czy to wrodzony dar, jak myślisz, czy można to wytrenować, takie mentalne przygotowanie głowy do ultradystansów czy też bikepackingowych wypraw, ?
Na pewno zawsze, ale do tego, że trzeba mieć jakieś predyspozycje. Nie mam na myśli predyspozycji fizycznych w stylu jakąś długą czy silną nogę, lecz takie predyspozycje psychiczne. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym poświęcać na przykład tyle czasu na trenowanie łyżwiarstwa, bo po pięciu minutach na łyżwach jestem znudzony i nie sprawia mi to żadnej przyjemności, a na rowerze jest wręcz przeciwnie. Próbowałem też kiedyś biegać. No i zwyczajnie to nie było to. Odliczałem aż minie te 45 minut i wrócę do domu. Na rowerze mija 5-6 godzin i często mam ochotę jeździć o wiele dłużej. Wydaje mi się, że nie da się wyrobić do końca psychicznie aspektu takiego, że coś się uwielbia i jest to moją pasją. To trochę musi zaskoczyć, tak bym to ujął. Więc ja miałem szczęście. Od razu, od momentu, w którym kupiłem rower, od razu u mnie to zaskoczyło. Ok, może nie pierwszy w sumie rower. Odkąd kupiłem Gravela i stwierdziłem, że spróbuję tego kolarstwa, to od razu mi to zaskoczyło.
Psychicznie, to wiadomo. Fizycznie nie miałem formy, ale psychicznie od razu byłem gotowy na bardzo długie dystanse i blokowała mnie tylko forma fizyczna. Co do takiego przygotowania na awarie sprzętowe i inne niedogodności, których nie mogę przewidzieć, to szczerze mówiąc, to często jestem gotowy. W takiej sytuacji, że nie mam wyjścia, tylko muszę sobie poradzić, bo albo zamarznę, albo będzie mi bardzo, bardzo nieprzyjemnie. Tak jak z tym telfinem. Zwyczajnie nie mogłem się położyć i zacząć płakać, a jakbym to zrobił, to i tak po kilku minutach musiałbym zacząć działać, bo przede mną była bardzo chłonna noc. Oczywiście miałem ze sobą zestaw do spania, ale już miałem zarezerwowany nocleg. Często są to sytuacje bez wyjścia. Albo sobie poradzę, albo będę musiał wzywać pomoc, a na szczęście jeszcze nie byłem w takiej sytuacji, gdy musiałem wzywać pomoc, zawsze mogłem poradzić sobie sam.
No tak zdecydowanie. Forma mi się fizyczna z roku na rok poprawia, co widać w filmach. W tym roku kilka razy sponiewierany dojechałem, ale trochę inaczej niż kiedyś.
Teraz więcej od siebie też wymagasz, więc to sponiewieranie nieraz wynika może nie z tego, twojego nieprzygotowania, tylko narzucasz sobie trudniejsze warunki, wyższe prędkości, większe moce i myślę. Gdybyś popatrzył na tempo z pierwszego roku, czy z drugiego twojej jazdy, to ono wzrosło i moce wzrosły, wszystko wzrosło.
Tak, tak, no kiedyś zdecydowanie obciążało mnie to, tak inaczej. Kiedyś nie miałem doświadczenia w tak długich dystansach i już sam dystans potrafił mnie bardzo sponiewierać teraz często mnie wyczerpuje bardziej intensywność jaką dobieram do tego dystansu. Jeszcze kilka lat temu nie miałem wyboru w jakiej intensywności mogłem jechać, bo od 20 godziny jechałem i tak już w trybie zombie. Teraz jakbym chciał mógłbym jechać po 20 godzinach lżej i czuć się lepiej, ale narzucam sobie często tempo szybsze niż minimum.
Powiedziałem, że mam mocną głowę. Nie do końca się z tym bym zgodził. Ja jestem, jakby to ująć – wygodnym kolarzem i naprawdę może to wiele osób zaskoczy, ale mi to zwyczajnie sprawia frajdę. Ja się za bardzo nie forsuję, co można było zobaczyć w filmie z Maroko, w którym nie bawiłem się najlepiej. Moim zdaniem, może 10% wpływu miało to, jak trudna to była trasa, ale 90% na to, jak źle się bawiłem, miało wpływ to, że byłem jeszcze przemęczony po starcie w Across Andes w Chile, które było niecałe 2 czy 3 miesiące wcześniej. I zwyczajnie nie byłem jeszcze mentalnie przygotowany na taką trudną trasę. I od samego początku nie sprawiało mi to zwyczajnie przyjemności. Więc wydaje mi się, że gdybym miał taką mocną głowę i potrafił się forsować, to bym ukończył te zawody w Maroku. A jako, że uważam właśnie siebie, że nie mam mocnej głowy, jestem po prostu takim kolarzem wygodnym, to zdecydowałem się wycofać.
Ale w tym filmie z Maroka powtarzałeś tam kilka razy sobie, że nie cieszy Cię ta jazda, męczy Cię ten teren. Tam nawet pamiętam jak powiedziałeś, że Ty to wolisz las tak naprawdę, a nie ten góry.
Tak, ja nie jestem lekkim zawodnikiem, ważę 82 kg. I nie najlepiej sobie radzę w górach, zdecydowanie lepiej radzę sobie po pagórkach lub po płaskich terenach. A w Maroku, ani nie miałem roweru adekwatnego do trasy, bo miałem gravela na oponach chyba 44 mm, a jest to zdecydowanie trasa dla roweru górskiego. Nie miałem frajdy psychicznej, bo byłem przemęczony jeszcze. Nie było chrapki na takie zawody. Nie byłem też w życiowej formie. Nic tam się nie zgrało i skończyło się właśnie DNF-em.
Bardzo możliwe, że gdybym był w innym stanie psychicznym, na przykład gdybym nie wystartował w Chile te 2-3 miesiące wcześniej, to bym skakał tam z radości, byłbym super zaparty i może byłby to wyjazd życia.
Moim zdaniem bardzo dużo zależy od stanu psychicznego, w jakim w danym momencie się jest. U mnie wtedy nie był zbyt dobry. Nie było chrapki na te zawody. Długo myślałem nad tym, czy się wycofać, ale tak z dnia na dzień wydawało mi się, że już chce mi się jechać. No i finalnie nie przełożyłem startu na kolejny rok. Nie powiedziałbym, że to był błąd, bo mam bardzo cenne doświadczenie. Cieszę się, że tam byłem, ale skończyło się DNF-em.
Jeżeli dobrze pamiętam, to w Chile przeszedłeś, jeżeli nie mylę wyścigów, taką mega metamorfozę. Zaczynałeś tak strasznie słabo, nie szło ci, nie miałeś ochoty i tam, napędzałeś się z dnia na dzień, jakby odwrotnie niż tutaj w Maroku. Pamiętam, że tam nocy nie przespałeś, pamiętam tą stację, w której opowiadasz, o pani na stacji benzynowej (polecam film na kanale You Tubę Marcina). No i skończyłeś finalnie na pudle tam, prawda?
Tak, to były absurdalne zawody.
W Maroku, nie zdecydowałem się ani wcześniej, ani po zawodach, na wycieczkę z torbami. Do Chile, jako że tam podróż zajmuje aż tak dużo. Jeśli dobrze pamiętam, od drzwi wyjścia z domu do dotarcia na pierwszy nocleg zajęło mi to bodajże 35 lub 40 godzin. Dwie przesiadki i autobus więc z tego powodu nie chciałem jechać tylko na zawody i zdecydowałem się jeszcze na wypad bikepackingowy i finalnie jak dobrze pamiętam skończyło się to tak, że przed zawodami jeździłem 10 dni z torbami przed siebie i pomiędzy bikepackingiem a zawodami miałem bodajże tylko 2 dni przerwy. Trener mówił, że nie zagra, mi się wydawało, że może zagrać. Finalnie trener miał rację, Byłem przemęczony i nie było formy. No i też, jako że na tym bikepackingu bawiłem się przedoskonale, i można powiedzieć, że to była taka podróż życia. Było przepięknie, i już nie miałem takiego głodu. Nie miałem już takiej zajawki na zawodach, no ale wystartowałem. Watomierz nie pokazywał zbyt przyjemnych liczb.
Na pierwszym checkpoint’cie wydaje mi się, że to był jakiś 170 kilometr, dojechałem nawet na trzydziestej którejś pozycji. A jako, że ja zawody traktuję sportowo, a turystycznie mam wyjazdy bikepackingowe, to troszeczkę mnie to bolało, w jak słabej formie jestem. Wiem, że stać mnie na więcej. Ale jechałem, mijały kolejne godziny, a o dziwo ja jechałem podobnie i po 20 godzinach moce, które generowałem już były zadowalające. Wyprzedzałem kolejnych zawodników. Pogoda nie dopisywała. Tu jako Polak chyba mogłem mieć przewagę, bo noc była bardzo deszczowa. Wydaje mi się, że Chile’jczycy mogą (z północy, którzy przylatują na zawody na południe) mogą nie być przygotowani na tak niskie temperatury i deszczowe warunki. Wydaje mi się, że w Santiago panuje dosyć ciepła zwykle temperatura. No i przejechałem pierwszą noc. Wycofanie się z zawodów też nie jest często zbyt łatwe, jak jesteś w innym kraju, a właściwie na innym kontynencie. Nie ma pociągów, cała logistyka wycofania nie jest zbyt łatwa, więc jechałem dalej. O dziwo po około 24 godzinach z tego co pamiętam zacząłem się czuć dobrze, jakkolwiek to dziwnie brzmi i jazda zaczęła mi sprawiać coraz większą przyjemność. Zmieniło się to dopiero, jeśli pamiętam, po 35 godzinach od startu, gdy jeszcze nabawiłem się kontuzji. Małej kontuzji mięśnia czworogłowego. Lecz wtedy już zaczął napędzać mnie wynik, bo jakoś przesunąłem się na pozycję, jeśli dobrze pamiętam, piątą. Tu mi się trochę poszczęściło bo Łukasz Ugarenko drugi Polak który startował w tych zawodach dostał kontuzji pleców i musiał się zatrzymać na wiele godzin. Innemu zawodnikowi, jeżeli dobrze kojarzę zepsuła się przerzutka i wycofał się z zawodów. I nagle wyjeżdżając ze stacji benzynowej dostaję wiadomości na telegramie, że jestem na pozycji trzeciej. Do mety było jeszcze 300 km ale dało to trochę wiatru w żagle, pomimo przeogromnego już zmęczenia psychicznego i bólu mięśnia przez kontuzję.
Jakoś udało się dojechać do mety. Jak dobrze pamiętam zajęło to 55 godzin, gdzie finalnie nie spałem nawet minuty. Postojów na odpoczynek też było zero. Wiadomo gdzieś tam jadłem szybko na stacji coś siedząc, ale to nie, że się zatrzymałem i sobie odpoczywałem. Udało dojechać się do mety, przez chwilę panowała radość, jako że udało mi się zająć trzecie miejsce, co jest dla mnie niesamowitym wynikiem, którego nigdy się nie spodziewałem. Lecz później trzeba było zapłacić za ten wysiłek. Totalna dewastacja układu nerwowego, mini depresja. 55 godzin bez snu z takim wysiłkiem zostawia lekką skazę, na moim umyśle. I kilka tygodni zajęło, zanim świat zaczął być znowu kolorowy, że tak to ujmę.
To przeżyłeś to nieźle.
No tak, tego nie widać. Ludzie wrzucą rolkę na Instagrama, wszystko hihihihi, jak fajnie. Później wyłącza aparat i banan z twarzy znika.
Ja właśnie staram się nie ukrywać takich emocji i nie kantuję. Bardzo, bardzo ciężko było. Wiadomo, ta chwila po dojechaniu do mety, była euforia. Ale później… Później psychiczny o dziwo dołek. W moim przypadku była dewastacja układu nerwowego. Ale coś w tym jest, że chętnie chcę to powtórzyć. Ale tak to bywa.
Oglądając Twoje filmy, można wywnioskować, że nagrywanie w trakcie jazdy dodatkowo Cię czasami motywuje. Gdzieś tak pomiędzy Twoimi słowami można to wywnioskować. Bo mówiłeś, że nawet nagrywanie nie daje Ci satysfakcji, i wyłączałeś nagrywanie, chyba w Maroku to właśnie było. Czy tylko o to chodzi, czy na przykład dzięki tym filmom, które tworzysz, które nagrywasz, robisz w ten sposób swój pamiętnik z tych wszystkich przygód, czy jest jakiś inny klucz? Co cię nakręca, mobilizuje, zachęca, żeby kolejne wyprawy tak fajnie nagrywać i w nich opowiadać?
Podczas pierwszych wycieczek z kamerą, czy to bikepackingowych, czy zawodów, było to bardzo stresujące i nie dawało mi to za dużo frajdy. Lecz dałem sobie chwilę czasu, aby się z tym oswoić. Co też wydaje mi się, że widać po latach z filmami. Teraz czuję się z kamerą bardzo swobodnie i nie powiedziałbym, że właśnie nagrywanie mi przeszkadza w na przykład ściganiu się na zawodach. Wręcz jakoś mnie nawet motywuje. A filmy traktuję jako swego rodzaju pamiątkę z wyjazdu. Ja robię bardzo mało zdjęć i właśnie lubię sobie czasami zerknąć na filmy, głównie na te momenty z fragmentami muzycznymi, bo dziwnie się czuję słuchając siebie. Przesuwam sobie szybko tylko te momenty, gdy jest fragment muzyczny. Są to najczęściej momenty z ładnymi widoczkami. Do tych momentów lubię wracać w swoich filmach i cieszę się, że będę miał taką pamiątkę za 5, 10 czy 20 lat.
Bardzo lubię poznawanie świata, zwiedzanie z perspektywy roweru, który się zgoła różni od klasycznego podróżowania. Bardziej mnie ciekawi popatrzenie, poobserwowanie lokalnych ludzi pod wiejskim sklepem w wiosce, w której nie ma żadnych turystów, bo nie jest przy jakiejś głównej drodze. Jak żyją, co kupują interesuje mnie bardziej niż na przykład przebywanie w miejscach w stylu jak Sagrada Familia w Barcelonie czy prawie wszystkich miejscach takich w stylu top 5 Trip Advisor.
No właśnie. Ja oglądając Twój film z Badlland’sów, to chyba najbardziej tam poczułem to, co właśnie mówisz, czyli Twój zachwyt nad takimi zwykłymi rzeczami.
Dużo takich interakcji z ludźmi, czy ogólnie nawet zakupów w sklepie nie nagrywam, bo na ich miejscu niekoniecznie chciałbym być nagrywany. Szanuję prywatność tych ludzi, też to są takie moje, powiedzmy, prywatne momenty.
Czy masz jakieś jeszcze dodatkowe swoje tipy na długą samotną jazdę ? Słuchasz muzyki i podcastów to widać na Twoich filmach. Masz coś jeszcze takiego co pomaga ci jechać te kilkaset kilometrów samotności, bo praktycznie cały czas jedziesz sam.
Często staram się dobrać podcast do lokalnego miejsca, w którym jestem. Dodaję to fajnego smaczku podróży, bo dowiaduję się czegoś o tym miejscu. A tak to naprawdę mi ciężko odpowiedzieć, bo ja wiem, że większość tak nie ma, ale ja naprawdę bardzo dobrze się czuję sam ze sobą. I ten czas, czy to jest 10 czy 15 godzin, naprawdę zlatuje mi momentalnie i się nie nudzę. Dla mnie to jest takie naturalne.
Z Twojego doświadczenia tych kilku lat wypraw i zawodów, co jest według Ciebie największym wyzwaniem w realizacji celu jakim jest ultra czy bikepacking długodystansowy? Czy jest to przygotowanie fizyczne, sprzęt, logistyka, dobry plan, doświadczenie ?
Największym problemem jest stres. Ja zawsze pierwszy, często ostatnio nawet i drugi dzień takiej wyprawy potrafi być naprawdę bardzo stresujący. Dopiero trzeci, czwarty dzień już czuję jak ten stres schodzi i zaczynam czerpać o wiele, wiele większą przyjemność z jazdy. Wyobrażam sobie, że dużo osób ten stres potrafi zniechęcić już na etapie planowania podróży. Bo świadomość tego, że jeszcze podróżuje się w pojedynkę, że jedzie się w miejsce, którego się nie zna, język, którego się nie zna, często ludzie… Właściwie nie byłem jeszcze w miejscu na świecie, gdzie ludzie mówili bardziej po angielsku niż w Polsce. Mam wrażenie, że to może wielu zaskoczyć niepodróżujących. I na etapie właśnie planowania podróży już stres potrafi być bardzo duży i może zniechęcić wiele osób.
Moja pierwsza większa wycieczka to była eskapada z Krakowa. I trochę to była niestandardowa wyprawa, bo nie miałem określonego dnia, w którym muszę wyjechać, ale miałem określonego dnia, w którym muszę dotrzeć. A mianowicie dlatego, że żona dolatywała do Rzymu samolotem. Finalnie chciałem dojechać w okolicach chyba 15-16 dni, a to był dystans w okolicach chyba 2300 kilometrów. Lecz jeszcze deszczowa pogoda skróciła mi czas, jak dobrze pamiętam, o 2 dni. A zmierzam do tego, że pierwszy dzień tak się stresowałem, że jak wyruszyłem bodajże w okolicach godziny 12 z Krakowa, to o godzinie 16 wynająłem nocleg, bo już mnie tak bolała głowa ze stresu. Dojeżdżając na nocleg jeszcze zwymiotowałem, i musiałem położyć się spać. I nie byłem zatruty, tylko tak stresowała mnie ta wyprawa – jak to się potoczy, eskapada w nieznane.
Lecz nie wycofałem się i finalnie bawiłem się przecudownie, lecz nie pierwszego dnia, tylko później jak stres zniknął. Wydaje mi się, że to głównie ludzi blokuje i tak jakby to jest najpiękniejsze. Przełamać ten stres i strach, strach przed nieznanym.
Tak dodam jeszcze. Często te miejsca nie są jakoś bardzo odludnione. Zawsze jakoś w miarę można wezwać pomoc. Wydaje mi się, że to jest najtrudniejsze, myśląc o tym, niż w rzeczywistości jest faktycznie. Tak mi się wydaje.
Są różne typy podróżowania. Dla mnie to jest dopiero hardcorowe, że są osoby, które, żyją na rowerach, to znaczy nomadzi. Jadą 4 miesiące. Ja nigdy na takiej wyprawie nie byłem i raczej nie będę. Ja lubię wyprawy w stylu tydzień, dwa tygodnie max. Z jazdą od rana do nocy. Powiedzmy jak jest możliwość to często i nawet po 10, 14 godzin dziennie.
A odnośnie tej długiej jazdy, pamiętam jak ubolewałeś będąc na Badlandach, że ten dzień taki krótki, prawda? I że już w sumie noc i tej jazdy tak mało, a Ty się dopiero rozkręcasz.
Tak, tak. Na Badland’ach pod koniec sezonu brakowało mi długiego dnia. Realnie było tylko 10 godzin jasno i czułem troszeczkę takie ciśnienie, że mam mało tego czasu, jednak przy 15 na przykład godzinach światła dziennego już takiego ciśnienia nie mam, daję radę się wyjeździć każdego dnia, a przy 10 godzinach brakło mi już trochę tego czasu. Bo to jednak też często trzeba znaleźć nocleg. Nie zawsze nocuję w namiocie, co czasami powoduje, że mam do wyboru albo zjadę teraz, albo następny nocleg będę miał za 3-4 godziny. Więc czasami ucinam trochę tego światła dziennego.
Czy planując Marcin, wyprawy masz ustalony plan działania krok po kroku? Myślę tu o takich większych raczej wyjazdach. Jakaś lista? Czy działasz spontanicznie i zostawiasz troszkę miejsca na jakieś niespodzianki, które wiemy zawsze się przydarzają?
W sumie moje planowanie wycieczek kończy się na tym, że ustalam trasę, I w sumie to koniec. Wyznaczenie trasy trochę czasu mi zajmuje. Korzystam z kilku map, Strava, Global Heat Maps, chociaż niestety czasami zdarzają się tereny, gdy ta mapa nie istnieje, bo nikt tam nie jeździ, na przykład ukraińskie Bieszczady. Korzystam z satelit, żeby zobaczyć, czy w ogóle tam jest coś wyjeżdżonego. A ostatnio jeszcze odkryłem patrzenie na segmenty i w jakim czasie ludzie potrafili tam wjechać. Na przykład rozważałem jedną drogę raz czy wybrać, w drodze na Piku i na najwyższy szczyt Bieszczad, lecz znalazłem, że ten segment ktoś pokonywał maksymalnie chyba z prędkością 3,8 km na godzinę przez dwie godziny. Jakaś kobieta, która jechała tam 10 lat temu i do swojej aktywności dodała zdjęcia, więc mogłem sobie jeszcze zobaczyć, jak ta trasa wyglądała.
Podczas moich wycieczek nie odwiedzam turystycznych miejsc, nie zwiedzam zamków koloseum, czy muzeum, tylko delektuję się jazdą, więc w sumie przed wycieczkami mam tylko zaplanowaną trasę i tyle, którą też często jeszcze modyfikuję na bieżąco.
Chciałbym zapytać o Ukrainę, wiem że podejmowałeś trzy wyprawy na Piku, ale interesuje mnie ten ostatni. Natomiast jak w kontekście tych wydarzeń, które się dzieją, czyli całej wojny, jak na to patrzyłeś, wybierając się tam ?
To zacznijmy od tego, że mój pierwszy, ale taki naprawdę pierwszy, pierwszy wypad bikepackingowy w życiu to był na Piku.
I to jeszcze było w roku 2000. Ja wtedy nie jeździłem na rowerach, może miałem przejechane, 500 km, pewnie przez rok może nawet 5 lat. Przyjaciel powiedział, że jego brat jedzie z kolegą na Pikuj, w ukraińskie Bieszczady, I czy chcę jechać z nimi ? Pojechaliśmy. A skończyło się to tak, że to już był trzeci wypad. Lecz zdecydowanie nie byliśmy przygotowani na teren, który nas czekał, na trasę, która nas czekała. Głównie to rowery, nasze wielkie rowery trekkingowe z sakwami ważące pewnie po 40 kilo pchaliśmy. Finalnie nie udało się dojechać do Pikuj’a. No i minęło jakoś pięć, sześć lat, aż się wkręciłem w rowery i zawsze mi ten Pikuj siedział w głowie. Ciekawiło mnie, jak bym sobie poradził teraz, gdy już mam sensowniejszy rower, wiedzę, żeby nie pakować wielkiej szczoteczki elektronicznej ważącej pół kilo.
Też mam jakąś formę, więc zawsze miałem ten pikuj z tyłu głowy. Po rozpoczęciu pełno skalowej inwazji Rosji na Ukrainę nie rozważałem tam wyjazdu. Do pewnego dnia, gdy wszedłem na strawę i zobaczyłem, że Urszula Żuchowicz wrzuciła zdjęcia, że jeździ po zachodniej Ukrainie. No więc zapytałem, jak wygląda obecnie wjazd na zachodnią Ukrainę. Okazało się, że jest bezproblemowy, a zachodnia Ukraina od frontu jest tak daleko, że w sumie poza takimi wojskowymi kontrolami na drogach, życie toczy się normalnie. Tak bym to mniej więcej ujął. Po tym jak zobaczyłem te zdjęcia Urszuli, dowiedziałem się, że można bezproblemowo wjechać na Ukrainę, to spakowałem się i wybrałem. Lecz niestety dojeżdżając już, zaczynając podjazd pod Pikuj, który miał jeszcze trwać 20 czy 30 kilometrów, najechałem na jakiś pręt zbrojeniowy, przedziurawiłem aż obręcz w rowerze i zdecydowałem się zawrócić, bo bałem się później jechać w tak odległym terenie z niepewną obręczą.
I co? No więc drugi wyjazd na Pikuj, też był nieudany, więc dalej mi siedział z tyłu głowy i postanowiłem wrócić trzeci raz na Pikuj. No wtedy już czułem się jeszcze bardziej przygotowany. Wyznaczanie tras w ukraińskich Bieszczadach było bardzo trudne. Nikt tam właściwie nie jeździ, więc na Global Heat Map ciężko. Satelity też są bardzo nieaktualne, więc było to problematyczne. Musiałem na przykład zawracać lub robić jakieś objazdy na bieżąco. Jakaś pani krzyczy, żebym tam nie jechał, bo tam są wilki.
Tak, tak, kojarzę z filmu.
I finalnie na Pikuj udało się dopiero wjechać podczas trzeciej próby. Nie obyło się bez perypetii. A to znosiłem rower przez kilkadziesiąt metrów a to wypychałem po jakichś chaszczach. Ale się udało i pikuj odhaczony.
I chyba z tego, co mówiłeś, nie ostatni raz byłeś na Ukrainie.
Mam nadzieję.
Bardzo byłeś zachwycony Ukrainą.
Bardzo lubię podróżować do miejsc, gdzie poziom życia jest znacznie niższy niż w Polsce. Na szczęście rozwinęliśmy się tak bardzo, że tych miejsc jest bardzo dużo. Niekoniecznie się dobrze czuję w miejscach w stylu Lago di Garda, czy jezioro Komo o wiele lepiej się czuje na zachodniej Ukrainie wśród drewnianych chat, do których nie prowadzi droga asfaltowa. Mam wrażenie trochę jakby to była podróż do dzieciństwa, bo ta zachodnia Ukraina obecnie w wielu miejscach mam wrażenie, że wygląda tak jak Lublin, w którym się wychowałem dwadzieścia kilka lat temu. Te sklepiki, jak się wchodzi… i nie ma, przecież Żabki, nic nie ma, żadnego napisu. jakieś to takie ubogie te sklepy.
To była dla mnie taka podróż sentymentalna.
Gorąco polecam Połoniny ukraińskie. W Polsce nie ma możliwości chyba jazdy po Połoninach, takich bieszczadzkich czy innych gór. Tam są drogi lekko wyjeżdżone przez, wydaje mi się, zbieraczy jagód, którzy dojeżdżają motocyklami na te połoniny. Więc jest jakaś ścieżka. Naprawdę gorąco polecam. Wydaje mi się też, że to są piękne tereny na rower elektryczny, tylko trzeba go chyba zabrać z Polski, bo pożyczyć na miejsce nie można.
miłe było to, że podczas wszystkich wyjazdów moich na Ukrainę, rozmawiając czy to z wojskowymi na blokpostach, czy nie wiem, co nazwać woli, punktach kontrolnych, czy z lokalnym facetem przy źródełku wody i tak dalej.
Wszyscy, których spotkałem na Ukrainie mieli jakieś skojarzenia z Polską, a to miasto, w którym pracowali, a to miasto, w którym studiuje jego córka. Bardzo miło. Inaczej wygląda polityka, a inaczej rzeczywistość. I jest trzeci naród, któremu to zależy, żebyśmy byli skłuceni.
Spróbuj sięgnąć pamięcią albo blisko, albo daleko. Czy pamiętasz jakąś historię spotkania z człowiekiem podczas Twoich wypraw, która utkwiła Ci w głowie i jest z Tobą ?
Pierwsze takie małe, które mi przychodzi do głowy akurat, to nie było na rowerze, lecz podczas eskapady rowerowej, a mianowicie doleciałem do Chile, do miasta Coyhaique i nocleg miałem pod tym miastem. Szedłem przy głównej drodze na piechotę do miasteczka, spacer by mi zajął 30 minut i lokalna osoba zatrzymała mnie. Nie łapałem autostopa, lokalna osoba i tak się zatrzymała i zapytała, czy mnie podwieźć. To jednak jest taka mała rzecz a cieszy, skorzystałem z podwózki, chwilę porozmawialiśmy.
W Maroko pamiętam w kilku wioskach lokalne dzieciaki wyciągały ręce żeby zbić z nimi pionę w czasie jazdy. Coś pięknego.
Na Ukrainie podczas trzeciej próby wjechania na Pikuj. Ostatnia wioska przed wjazdem na Połoninę przed szczytem. Robi się już ciemno. Sklep, więc się zatrzymuję. Podłoga klepowisko i jak to w prawie każdym wiejskim sklepie, kobieta za ladą i kilku pijaczków. O, Polak! Gdzie jedziesz? Pikuj?! Ciemno już! Przenocuj u mnie w chacie.
Nie skorzystałem i wybrałem namiot, ale to urocze jak ktoś zaprasza Cię do swojego domu a znacie się kilkadziesiąt sekund.
Ja czasami jestem zdziwiony, jak w dzisiejszych czasach dużo osób boi się osób nieznanych. Ja osobiście podchodzę ze sporym zaufaniem do osób. Postanowiłem tak kilka lat temu, że jak mnie spotka niemiła sytuacja, to może wtedy zdanie zmienię. Ale jak na razie mnie nie spotykała. Czasami mam wrażenie, jakbym żył w innej rzeczywistości, jak czytam na przykład komentarze pod swoimi filmami, że miałem szczęście, że mnie nie okradli w tej Andaluzji, że miałem szczęście, że mi nie ukradli roweru przed sklepem itp.
Mnie naprawdę takie niemiłe sytuacje nie spotykały.
Marcin, jak oglądam Twoje filmy, gdzieś tam po którymś już nasunęło mi się pytanie, że mało mówisz o swoim jedzeniu. Tym bardziej ciekawi mnie to podczas Twoich bardziej egzotycznych wypraw.
Na zawodach do 20 godzin często bywa, że pokarmu stałego w sumie nie jem nic, tylko kalorie z płynów. Bardzo lubię też chodzić do restauracji, lecz niestety nie zawsze mam taką możliwość na wyjazdach bikepackingowych. W Andaluzji szczerze mówiąc nie było zbytnio tych restauracji, a jak były, to miałem wrażenie, że właściwie prawie zawsze trafiałem na siestę i były zamknięte. Więc niestety musiałem się głównie stołować w sklepach, a czasami niestety nie przewidywałem, że nie uda się nic zatankować i troszeczkę głodowałem. Niestety, wtedy też często przetworzone jedzenie, bo w małych sklepach nie ma zbyt wielkiego wyboru. Lecz jak jest możliwość, to bardzo uwielbiam zajrzeć do lokalnych piekarni i tam nabierać świeżych wypieków.
Jak zobaczę podczas eskapady, otwartą piekarnię, to od razu banan na twarzy. Na przykład podczas wyprawy na Bałkanach, jak byłem, głównie w restauracjach są ryby. Tak się składa, że ja mięsa nie jadam, więc jedyne, jak przeglądałem sobie menu restauracji to były frytki, więc wolałem odpuścić, niż jechać do restauracji na frytki. Skończyło się, że cały wyjazd jadłem w piekarniach, które na szczęście były często nawet otwarte do północy i można było dostać lokalnego, przepysznego burka, czyli ciasto świeżo pieczone na oliwie z takim białym serem. Jadłem tego, nie wiem, po dziesięć dziennie. No i dopiero pod koniec tego dziesięciodniowego wyjazdu zaczęło mi się to nudzić, więc mogę jeść też chyba monotonnie.
Oswajam się dopiero z nocowaniem w namiocie i jeśli nie nocuję w namiocie, to często pytam na kwaterze, gdzie można coś zjeść. Zostawiam rower i idę na miasto coś przekąsić do restauracji. Często cały dzień mało jem i później jest obżarstwo na wieczór w restauracji. Inaczej to wygląda, jak nocuję w namiocie, już coraz bardziej się oswajam, coraz lepiej się czuję i coraz lepiej się wysypiam. Ale mi osobiście nocowanie w namiocie nie przychodzi dosyć łatwo. Nocowanie jest okej, ale wysypianie się nie przychodzi mi łatwo. Wiem, że nic mi nie grozi, ale każdy jakiś szum trawy powoduje, że jestem na takim trybie czuwania, a ten nocleg w Andaluzji zdarzył się tak, że był to nocleg na ślicznej plaży przy morzu. Jedyne co słyszałem to szum fal, który mnie uspokajał. Umysł nie był w takim trybie czuwania i wyspałem się przecudownie. Niesamowita to była noc, nie zapomnę jej nigdy. To są plusy podróżowania poza sezonem, które właśnie też staram się uprawiać. Wybieram się poza sezonem, co pozwala cieszyć się pięknymi miejscami z o wiele mniejszą liczbą osób. Często jazda w sezonie w nadmorskich miejscowościach rowerem nie jest zbyt przyjemna, ani komfortowa.
Powiedz mi, gdzie siebie widzisz w tym kolarstwie gravelowym, bypackingowym, zawodach za dwa, pięć albo dziesięć lat. Czy gdzieś tak czasami wyobrażasz sobie albo rozmyślasz o tym, co mógłbyś robić? Czy czujesz, że może przyjść punkt kulminacyjny? Czy na razie w ogóle o tym nie myślisz ?
Nie jest to zaplanowane, lecz widzę, że cały czas staram się od odrobinę podnosić poprzeczkę w wypadach z torbami, jak i zawodami. Eskapady są coraz trudniejsze, zawody też staram się w sezonie, żeby były coraz trudniejsze. I w maju tego roku wystartuję w zdecydowanie najtrudniejszych zawodach, w jakich w życiu brałem udział. Będzie to też dla mnie taki test, czy takie zawody, a mianowicie bikepacking races mi się podobają. Bo dotychczas nie brałem udziału w czymś podobnym, niby było Maroko, ale tam DNF. Dotychczas nie brałem udziału w zawodach, które trwają cztery albo i więcej dni.
W maju wystartuję w Transbalkan Race na dystansie 1300 kilometrów i bodajże chyba 30 czy 35 tyś m przweższeń. Ale ja bardziej patrzę na czas, w którym ukończył go zwycięzca. I jest to chyba 5 dni, ukończył go jeden z najlepszych zawodników na świecie. Więc mi na pewno to zajmie dłużej. A więc jest to zdecydowanie podniesienie poprzeczki. Nie mogę się doczekać tych zawodów i po nich będę musiał się zastanowić, czy sprawiało mi to frajdę, a jeśli tak, no to kolejny raz podnieść poprzeczkę. A możliwe, że zdecyduję, że jednak nie mam ochoty jeździć tak długich tras na takiej deprywacji snu i takie eskapady pozostawię sobie na jazdy takie z 8 godzin snu, bez trackera, czyli wypady bikepackingowe. Bo myślę, że wiele osób jeździ zawody podobnie do tego, jak ja jeżdżę moje eskapady z torbami, czyli jazda prawie od świtu do zmierzchu. Ja zawody traktuję sportowo, i tak jakby nie chcę ich jeździć turystycznie.
Czyli rozumiem, że potrzebujesz celów i wyznaczasz je, a potem je realizujesz. Tak to działa u ciebie ? Bo chyba to nie jest tak, że budzisz się w maju i może dzisiaj sobie to pojadę.
Zapisując się do Chile wyglądało to w ten sposób. Miałem gorszy dzień. Wstałem, była godzina dwunasta, jak dobrze pamiętam. I włączyłem sobie na YouTube wywiad z Łukaszem Ugarenko. I powiedział Acros Andes. Jedzie zawody. To było do tych zawodów jeszcze około pół roku, jak nie więcej. Postanowiłem, że nic nie sprawdzam, po prostu klikam, zapisuję się. Nie wiedziałem jaka tam jest do końca trasa. Wiedziałem, że jest tylko 950 kilometrów. I się zapisałem na te zawody. To były moje pierwsze zawody za granicą, więc to też wtedy była tak jakby poprzeczka zawieszona wysoko.
Tak jak właśnie powiedziałem, było to bardzo spontaniczne, nieprzemyślane. Zapisanie się do Maroko było chyba jeszcze bardziej spontanicznie, bo Łukasz Ugarenko mi napisał, że dzisiaj mija termin zapisywania się. I napisałem mu nie kuś diable i jakoś, nie wiem, godzinę, dwie, później byłem zapisany.
Jest w tym taka fajna opowieść, ale też jest w tym taki powiedziałbym romantyzm takiej osoby, która podróżuje i która lubi ten klimat. To właśnie pokazuje takie Twoje kolarstwo oczywiście w cudzysłowie, romantyczne.
No właśnie, tak. Wielotorowo. Można też powiedzieć, że wiele form kolarstwa sprawia mi wiele frajdy. Mianowicie jedno to, co robi każdy, czyli jazdy wokół komina. To chyba przypada mi najmniej. Druga to jest, akurat połączone z jazdami wokół komina, czyli trenowanie. Trzecia, to są kwadraty, które uwielbiam, lecz też specyfika polskiej pogody i tak dalej. Nie można tego właściwie robić cały rok. Wiele jazd w roku jest pod te kwadraty. To była trzecia. Czwarta, to są zawody i piąta, którą uwielbiam najbardziej, to właśnie takie eskapady mniej więcej tygodniowe. Tydzień z hakiem, z jazdą od rana do nocy i raczej za granicą. Tutaj też powiedzmy podnoszę sobie poprzeczkę i nie mogę się doczekać co przyniesie przyszłość. Nie mam jeszcze pomysłu co w tym roku, lecz staram się mieć taką jedną wyprawę rocznie.
Pierwsza to był Rzym, druga Bałkany, trzecia Chile, czwarta to teraz Andaluzja była, no i jeszcze 2026. Nie wiem, co przyniesie. Oby coś przyniósł.
1433 kilometry i prawie 25 tysięcy metrów przewyższenia. Maroko. Atlas. Wiatr, który potrafi dojść do 120 km/h. I ona — Justyna Jarczok — szósta wśród kobiet na Atlas Mountain Race.
Zanim jednak stanęła na starcie, potraktowała rozgrzewkę dosłownie. Z Malagi dojechała rowerem — skromne 500 kilometrów bikepackingu, żeby „rozkręcić nogę”. A potem ruszyła w góry. 1433 kilometry surowej przestrzeni i niemal 25 tysięcy metrów wspinania. Cztery pierwsze dni z chorobą, która nie pyta o zgodę.
Mówi o tym wyścigu spokojnie: „To jest stworzony dla mnie. Dystans i technika — to mój styl”. Dla niej to było turystyczne tempo. Telefon do babci w środku pustkowia, techno w słuchawkach, treningi po 2–4 godziny dziennie, około 25 godzin tygodniowo.
Wyścig nauczył ją cierpliwości i większego zaufania do siebie. Że czasem zamiast zimnego prysznica lepiej zjeść podwójną porcję jedzenia. Że życie i tak napisze własny scenariusz.
W sześć dni przejechała pół Maroka. Samochodem byłoby to wyzwanie. Na 1430 kilometrów — jeden kapeć.
Ultra wygrywa się brakiem snu. Ale jeszcze częściej — zgodą na drogę.
Czasem nie chodzi o wybór idealny, tylko o ten możliwy. O moment, w którym rower przestaje być projektem, a staje się narzędziem do jazdy. Gdy szerzej już się nie da, a przed tobą są setki kilometrów różnych dróg, opona musi po prostu nieść Cię do przodu. A ja lubię patrzeć przed siebie a nie pod koła.
Artykuł niesponsorowany.
Są rowery, które nie pytają, czego chcesz, tylko jasno stawiają granicę. Szosowa Orbea taka jest, nie powinno to dziwić ale jak się człowiek uprze to kto mu zabroni.
Maksymalna szerokość opony jaką mogłem wrzucić to 33 mm i został tylko optyczny prześwit między oponą a widełkami. Ale na szczęście pomogła karbonowa obręcz, na której opona ułożyła się idealnie. I to mnie uratowało, bo karbonowa obręcz jest szersza od fabrycznej obręczy i to już pozwoliło na wystarczający prześwit. Na tyle duży, że można śmigać gravelowe trasy a na tyle mały że, opona minimetr więcej nie pozwoliłaby już na jazdę.
Schwalbe X-One Tubeless w rozmiarze 700C x 33 — opony, które z definicji są kompromisem, ale w praktyce potrafią zaskoczyć.
Przejechałem na nich 3 sezony, średnio jeden zestaw na sezon, czyli około 5-6 tysięcy kilometrów. Wspólnie zmierzyliśmy się podczas objazdu tras Ultra Race Roztocze, Dolina Bugu, Silesia i Podlasie, czasami coś dłuższego na szosie (z lenistwa, nie chciało mi się zmieniać opon a po przejściu na koła karbonowe nie chciałem wracać do fabrycznych). Wiosna, lato, jesień, zima, ale bez śniegu. Szutry, kamienie, bruki, płyty, piaski, błoto, asfalty, lasy i pola. Bez wybierania warunków i bez zmiany ogumienia pod konkretną trasę. X-One musiały radzić sobie ze wszystkim — i w większości przypadków radziły sobie uczciwie.
Jestem niereformowalny i jeżdżę na dętkach, ale nie odczułem tego zbyt mocno. Na trzy sezony może 3-4 razy przebiłem dętkę ale to nie były przypadki, po prostu musiały strzelić.
Będę szczery, pierwszy sezon cisnąłem na atmosferze 5-6, dopiero później zacząłem testować ciśnienie w oponach. Teraz jeżdżę na ciśnieniu około 3,5-4,5 bar’a.
Na asfalcie są szybkie. Toczą się lekko, bez wyraźnego oporu, utrzymanie średniej prędkości powyżej 30 km/h jest realne.
To jest coś za co je kocham, bo lubię pocisnąć czasami sobie tak, żeby wiatr rozdmuchiwał mi włosy na brwiach. W terenie zachowują się przewidywalnie: na suchych szutrach i leśnych drogach trzymają dobrze, w lekkim piasku dają radę, choć nie oszukujmy się — to nie jest opona do głębokiego sypkiego podłoża. Zdażyło się raz w okolicy Włodawy, że przednia opona wbiła się w piach. To był ułamek sekundy, moje myśli i kontemplacja jazdy zatrzymały się razem z przednim kołem. Skończyło się na 3 szwach w okolicy kolana. Zasugerowałem na pogotowiu lekarzowi aby użył mocnej nici, bo następnego dnia mam jeszcze do przejechania kilkadziesiąt kilometrów. W błocie szybko pokazują swoje ograniczenia, ale nie tracą nagle kontroli — raczej informują, że to już nie ich żywioł. Kilka razy jasno dały do zrozumienia – znajdź lepszą drogę. Pamiętajcie – technika to ważny element jazdy w terenie.
Największą zaletą X-One jest uniwersalność w ramach wąskiego marginesu. To opona, która pozwala jechać dalej bez ciągłego zastanawiania się, czy dziś było „dobrze dobrane ogumienie”. Trzymanie w zakrętach jest pewne, prowadzenie przewidywalne, a tubeless (dla tych co tak wolą) daje spokój psychiczny na długich trasach.
Obiektywnie patrząc — X-One 33 mm lepiej sprawdziłyby się podczas zawodów gravel race niż w bikepackingu. To opona bardziej pod tempo niż pod dźwiganie ciężaru i walkę z naprawdę trudnym terenem. A zdarzało się nie rzadko, że wiozłem ze sobą ekwipunek 3 dniowy. Czasem nie wybierasz idealnego rozwiązania — wybierasz to, które mieści się w ramie. I w tej roli Schwalbe X-One spisały się lepiej, niż mogłem oczekiwać.
To nie jest opona marzeń. To opona rozsądna. A w świecie ograniczeń sprzętowych rozsądek bywa największym sprzymierzeńcem drogi. Nie zamieniłbym tej opony na inną. Jeszcze pewnie nie raz założę je do szosowej Orbei.
9.30 rano. Auto parkuje pod niebieską cerkwią z 1823 roku. Ubieram się dość ciepło, jest około 5 stopni, rześko i wilgotno. A ja jestem zmarzluch.
Słońce lekko nad horyzontem, przenika mgły Bugu. Mielnik w jesiennym śnie, cichy i spokojny. Wygląda jakby ten stan trwał tu nieustannie. Tylko ten jeden raz wymówię jego nazwę. Później już nie ma znaczenia kto, co, skąd, gdzie, ile. Nie dlatego tutaj jestem. Cel zaplanowałem jednoznaczny – droga.
Zabieram ze sobą kilka batoników, 2 bidony (jeden z ciepłą miksturą imbiru, miodu i soku z czarnej porzeczki), jedna kanapka, resztę dokupuję w sklepie. Trasę zaplanowałem pod wpływem pozytywnych opinii uczestników Ultra Race Dolina Bugu.
Jeszcze szybko do sklepu, jest po drodze, tylko 2 minuty. Dokupuję drożdżówkę i pączka, paczkę kabanosów, pepsi zero w małej puszce. Od śniadania upłynęło już trochę czasu, więc pączka zjadam na miejscu. Resztę chowam po kieszonkach. Mam tylko jedną sakwę pod górną rurką, 2 lampki (na wypadek gdybym się nie wyrobił do 16), powerbank, kanapkę ze smażonym jajkiem i boczkiem, zapasową dętkę i 1 nabój.
Jesień tutaj zaczyna się od ciszy. Nie tej absolutnej, lecz podszytej szelestem liści i szumem roweru, który jeszcze nie wie, dokąd pojedzie. Sto kilometrów pętli brzmi jak plan, ale to tylko liczba – pretekst. Wyruszam sam, bo samotność jesienią jest jak druga skóra: nie grzeje, ale pozwala czuć i czerpać najwięcej z otoczenia.
Pierwsze kilometry płyną. Ubita droga jest miękka od wilgoci. Bug oddycha mgłą. Zostawiam wszystko za plecami, nie obracając się za siebie. Miasteczko, ze swoim kościołem i śladami dawnych historii, patrzy na mnie jak architekt, który zgodził się na modernizm: pozwala odejść, ale pamięta. W murach jest spokój, w cegle – czas. Znika bruk, pojawia się droga, a ja – w rytmie oddechu – staję się częścią pejzażu. Trochę jak intruz, trochę jak gość, który przybywa z daleka i chce zabrać co nie swoje dla siebie.
Chłonę pierwsze kilometry jak małe dziecko – naiwnie i prosto. Koduje każdy obraz, staram się nie robić zdjęć bo wiem, że nie po to
tu przyjechałem. Pragnę nasycić się bez opamiętania, do pełna, ile zmieszczę. Zachwycający jest pierwszy odcinek. Bug nie odstępuje mnie ani na krok. Ścieżka wije się, skręca, meandruje jak rzeka. Czuję jej zapach a wilgoć otula mnie kroplami wody. Chciałbym tak cały czas, nie oddalać się od niej. Trwać przy niej, ciągle na wschód, wzdłuż niej aż do źródła w Werchobużu na północnej Wyżynie Podolskiej na Ukrainie. Kiedyś tak zrobię. Celem będzie – być w drodze przy Bugu.
Dynamika na chwilę zmienia się. Wjeżdżam w wioseczki, kilka kilometrów asfaltu, domki po prawej i po lewej, gdzie nie gdzie podlaskie chaty. Wiatr. Podjazd. Nie minął mnie ani jeden samochód. Ostry skręt w prawo. Zjeżdżam z asfaltu. Drzewa gęścieją, jakby chciały mnie zatrzymać. Złote liście strzelają spod kół, krótki deszcz przemyka po ramie roweru. I wreszcie jestem sam na świecie, a droga prosto przed siebie prowadzi mnie w pędzie.
Po prawej ściana lasu, po lewej ściana lasu. Białe brzózki, sosny, buki. Jeszcze patrzę, obserwuję, liczę, sprawdzam. Ale już za chwilę mój umysł odpuszcza, nie analizuje. Wchodzi w stan tańca Świtezianki- Mickiewicza. Tajemniczy i wirujący ruch w nieznane, gdzie droga nadaje rytm a przestrzeń uruchamia wyobraźnię.
Ja i droga. Ona nie obiecuje niczego. Ma do zaproponowania wiele. Ja wybieram to czego pragnę i sam przytulam się do niej. Ona beznamiętnie otwiera przede mną siebie. I pyta czego oczekujesz, czego szukasz, czego pragniesz. Jaki jest Twój cel ? Mój jest drogą, tylko albo aż. Jeżeli coś więcej to tylko w nagrodę. Kilka razy chyba zasłużyłem czymś sobie. Dostrzegł mnie Podlaski Juda, który to raz pomaga, raz płata figle. Dla mnie przygotował kilka miłych niespodzianek.
Podlasie jesienią nie krzyczy kolorami, ono mówi półgłosem. Pola rozciągają się jak płótna jeszcze wilgotne po pracy malarza. Spotykam ludzi w trakcie polowych prac – na polu, ze zwierzętami. Kiwnięcie głową, krótkie „dzień dobry”, jak zawarcie przymierza: ty jedziesz, my zbieramy, a wszystko dzieje się w rytmie natury, w harmonii z otoczeniem. Traktory mruczą, a ja prześlizguję się między ich rytmami, jak obcy. Nie zakłócam ich spokoju, nie ingeruję. Tylko na chwilę podlaski rolnik zwróci głowę w moją stronę. Ich myśli, nie są moimi myślami. Ich życie dalekie od mojego.
Zwierzęta pojawiają się bez zaproszenia. Sarna wyskakuje z rowu jak myśl, która przychodzi za późno. Łoś przecina drogę i wśród drzew, zostawia po sobie drżenie powietrza. Mijam go jeszcze kilka razy, nie daje się sfotografować, trzyma mnie na
dystans. W jednej z wiosek pies biegnie chwilę obok mnie – jakby sprawdzał, czy wytrzymam tempo. Wytrzymuję. Inne za ogrodzeniem głośnym szczekaniem zaznaczają swoją obecność. Śledzę je aż minę koniec płotu, czy czasami jakaś dziura nie umożliwi im pościgu za mną.
Spotykam rytmicznie, co kilka kilometrów drewniane domy, pochylone jak starcy, cerkwie z cebulastymi kopułami, kapliczki przy drodze – małe punkty odniesienia w przestrzeni, gdzie wszystko jest równiną. Zatrzymuję się na moment. Jedno, dwa zdjęcia, zjadam batonik, łyk z bidonu. Kolejny odpoczynek mam trochę dłuższy, przy niebieskiej cerkwi, przy samej granicy. Płot strzelisty z drutem wkuwa się do mojej wyobraźni. Chwile świdruje, szuka swojej myśli. Nie dałem się, szybko go wyrzuciłem z siebie. Pozostał tam gdzie stał.
Po kilku godzinach jazdy spotykam mundurowych. Kilka minut rozmowy o pracy, o życiu, o pogodzie, o Podlasiu. Miło i sympatycznie, z uśmiechem. Kilka wskazówek na drogę. Pierwsza i jedyna rozmowa podczas całej drogi. Ale też nie szukałem ich więcej. No może jeszcze kilkanaście zdań wypowiedzianych do samego siebie, a może do kogoś z boku. Już tak mam. Czasami myśli dostają słów i spadają na język, by w powietrzu zadrgać. Nie jeżdżę ze słuchawkami, nie po to szukam drogi, emocji aby zagłuszać to w zarodku. Lubię uczestniczyć w procesie zjednoczenia się z otoczeniem, rower aktywuje ten proces za każdym ruchem korbą.
Wioska, miasteczko, nazwa, tytuł, liczba … nie mają znaczenia. Zdaje mi się, że przesuwam się ze stałą prędkością, płynę wśród sennego, bezbarwnego krajobrazu. Jestem wiatrem, ciszą, rytmem. Zamknąłem się w sobie. Czuje własny puls, oddech i pot na plecach. Raz zimno, raz gorąco. Raz szybko, raz wolno. Zmieniam tempo, ale nie spieszę się.
Pod koniec drogi jesień gęstnieje, tak jak moje myśli. Słońce schodzi nisko, światło przecina pola jak nóż. Wracam w stronę początku inną drogą, bo zawsze warto wracać inaczej. Miasteczko przyjmuje mnie bez fanfar. Zmęczenie jest ciężkie, ale dobre – jak kamień w kieszeni, który przypomina, że byłem gdzieś naprawdę. Jeszcze tego dużo w głowie, w myślach, w emocjach, ale będzie czas to poukładać.
Wracam, kiedy już ciemno. Obraz z za szyby samochodu, jest bardziej obcy, tam gdzie przed chwilą byłem spleciony z nim teraz już nie stanowimy żadnej jedności. Ale uważam, że tak jest bardziej fair. Byłem gościem, na chwilę. Zabrałem co mogłem, co chciałem i odjechałem. Więc dlaczego miałbym jeszcze czegoś oczekiwać. Przyjmuję ten stan rzeczy takim jakim jest.
Sto kilometrów domyka się jak zdanie. Bez kropki. Bo ta podróż nie była o dotarciu, tylko o byciu. O samotnej jeździe, która nie izoluje, lecz zbliża. O Podlasiu, które nie musi nic udowadniać. O jesieni, która uczy, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy pozwolisz drodze prowadzić, nawet jeśli nie wiesz dokąd.
Jak naprawdę wygląda organizacja ultra? Ile w tym pasji, a ile stresu? Co dzieje się za kulisami, zanim staniesz na starcie? Tomasz Oleksy opowiada szczerze o blaskach i cieniach ultra zawodów gravelowych. Bez filtrów. Bez marketingu. Ile kasy to kosztuje. Po prostu prawda.
Ultra z zewnątrz wygląda prosto. Trasa, start, meta, wynik. Kilka zdjęć, parę emocjonalnych relacji, uśmiech albo zmęczenie na twarzach zawodników. Ale prawda zaczyna się dużo wcześniej — i kończy dużo później.
Bo ultra to proces.To setki godzin w drodze, w planowaniu, nad papierami, dokumentami, e-mail’ami, telefonami …
To setki godzin planowania, dziesiątki spotkań, rozmów, maili i decyzji, których nikt nie widzi. To wybieranie dróg, które muszą być jednocześnie piękne, bezpieczne i wymagające. To sprawdzanie prognoz, alternatyw, scenariuszy awaryjnych. To odpowiedzialność za ludzi, którzy zaufali, że wszystko zadziała.
Organizacja ultra zawodów gravelowych to balansowanie między pasją a rozsądkiem. Między marzeniem a logistyką. Między wizją a budżetem. Czasem to euforia, kiedy wszystko zaczyna się składać. A czasem zwątpienie, kiedy lista problemów wydaje się nie mieć końca.
Są momenty ciszy — zwykle późno w nocy — kiedy pojawia się pytanie: po co? Po co brać na siebie tyle stresu, ryzyka, presji? I wtedy przychodzą odpowiedzi. W postaci wiadomości od zawodników. W postaci wspomnień z mety. W postaci zespołu, który wierzy tak samo mocno. W postaci komentarzy pod postami.
Ultra Race Series powstało właśnie z tej potrzeby: stworzenia wydarzenia, które nie jest tylko wyścigiem. Które jest drogą. Doświadczeniem. Przestrzenią na zmęczenie, radość, kryzys i satysfakcję.
To również historia ludzi — stałych partnerów, którzy są z nami od czterech lat i współtworzą ten projekt od fundamentów, oraz tych, którzy w tym sezonie dołączyli, ufając wizji, zanim zobaczyli efekt. Bez nich ten świat nie miałby racji bytu.
Bo ultra nie buduje się samemu.
Buduje się je razem.
Każdy sezon to nowa lekcja pokory. Nowe wyzwania. Nowe granice do przesunięcia. Ale też nowe dowody na to, że warto. Że ta droga ma sens. Że gdzieś pomiędzy pierwszym telefonem a ostatnim finiszerem rodzi się coś prawdziwego.
To jest cała prawda o ultra.
W filmie usłyszycie o tym czego tutaj nie przeczytacie a jest szczerą opowieścią jak wygląda organizacja ULTRA.
Rozważaniami podzielił się Tomasz Oleksy – organizatora Ultra Race Series.
Zima to najlepszy sprawdzian dla rowerowego sprzętu. Mróz, wiatr i wielogodzinne trasy szybko weryfikują marketingowe obietnice, zostawiając tylko to, co naprawdę działa. Termos Fjord Nansen Honer, kurtka Forclaz MT500 i nawigacja Bryton Rider S500 to trzy elementy mojego zimowego zestawu, które przeszły ten test bez zająknięcia – w terenie, na długich dystansach i w ujemnych temperaturach. Oto subiektywna, praktyczna recenzja sprzętu, który realnie podnosi komfort i pewność jazdy w najtrudniejszych warunkach.
Termos Fjord Nansen Honer 0,7 l – mała rzecz, duża różnica na zimowej trasie.
Termos Fjord Nansen Honer 0,7 l to jeden z tych elementów wyposażenia, których znaczenie docenia się dopiero podczas prawdziwie zimowych wypraw. W mroźnych warunkach staje się czymś więcej niż tylko pojemnikiem na napój – daje chwilę wytchnienia od chłodu i realnie wspiera regenerację.
Model Honer wyróżnia się bardzo dobrą izolacją termiczną. Nawet po kilkunastu godzinach w niskiej temperaturze zawartość pozostaje wyraźnie ciepła. Podczas testów w temperaturze od –7 do –9°C po 12 godzinach herbata była nadal bardzo ciepła, niemal gorąca. To wynik, który robi wrażenie i potwierdza skuteczność zastosowanych rozwiązań.
Pojemność 0,7 litra sprawdza się idealnie na kilkugodzinne, zimowe wypady. Z jednej strony pozwala kilkukrotnie sięgnąć po gorący napój, z drugiej – zachowuje kompaktowe wymiary. Termos bez problemu mieści się w koszyku na bidon, plecaku czy torbie rowerowej. Solidna konstrukcja zapewnia odporność na przypadkowe uderzenia, co w zimowym terenie ma kluczowe znaczenie. Korek działa pewnie, nie przecieka i umożliwia szybkie nalewanie bez nadmiernego wychładzania zawartości. Nakrętka pełni funkcję kubka – niewielkiego, ale w zupełności wystarczającego na krótki postój. Jedynym minusem może być wysokość termosu – w połączeniu z torbą montowaną pod górną rurą ramy przestrzeń robi się nieco ograniczona.
W praktyce Fjord Nansen Honer to niezawodny towarzysz zimowych tras. Kilka łyków ciepłej herbaty czy kawy w momencie, gdy dłonie marzną, a wiatr daje się we znaki, wyraźnie poprawia komfort i morale. To prosty, ale bardzo skuteczny element zimowego ekwipunku, który realnie podnosi jakość jazdy. Z powodzeniem będzie też towarzyszył wiosennym, całodniowym wyjazdom bikepackingowym.
Kurtka Forclaz MT500 do –10°C – uniwersalna ochrona na zimowe aktywności.
Kurtka Forclaz MT500 do –10°C z Decathlonu została przeze mnie przetestowana w różnych warunkach: podczas jazdy na nartach, górskich wędrówek oraz zimowej jazdy rowerem. To właśnie w takich okolicznościach marketingowe obietnice najszybciej poddawane są weryfikacji.
Poszukiwałem lekkiej, ciepłej i możliwie uniwersalnej kurtki puchowej, którą można łatwo spakować do niewielkich rozmiarów, która zapewni komfort termiczny w ujemnych temperaturach, ochroni przed wiatrem oraz będzie wyposażona w kaptur i kieszenie na suwak. Wybór padł na model MT500 zamówiony w sklepie internetowym Decathlonu. Warto wspomnieć, że czas oczekiwania na wysyłkę przekroczył 7 dni – informacja była co prawda podana na stronie, jednak dziś rzadko zdarza się tak długi termin realizacji.
Już od pierwszych kilometrów kurtka dała się poznać jako solidna, dobrze izolująca warstwa, skutecznie chroniąca przed chłodem i wiatrem. Podczas spokojnej jazdy oraz dłuższych podjazdów utrzymywała stabilny komfort termiczny, nie powodując uczucia przegrzania czy „zamknięcia”. Materiał zewnętrzny bardzo dobrze radzi sobie z podmuchami zimnego powietrza, szczególnie odczuwalnymi na otwartych przestrzeniach i szybkich zjazdach. Jednocześnie kurtka pozostaje elastyczna, umożliwiając swobodną pracę ramion i tułowia – co na rowerze ma kluczowe znaczenie. Krój sprzyja aktywności, a odpowiednia długość rękawów i pleców skutecznie chroni ciało w pochylonej pozycji.
Na uwagę zasługuje również dobra oddychalność. Nawet przy intensywniejszym wysiłku wewnątrz pozostaje względnie sucho, co realnie przekłada się na komfort podczas dłuższej jazdy. Forclaz MT500 sprawia wrażenie kurtki zaprojektowanej z myślą o ruchu w zimnym terenie, a nie o statycznym przebywaniu na mrozie. Testowałem ją przy temperaturze około –5°C podczas trzygodzinnej jazdy rowerem o zmiennej intensywności, mając pod spodem jedynie bluzę z wełny merino. W takich warunkach sprawdziła się bez zarzutu.
Nawigacja Bryton Rider S500 – pewność na trasie bez zbędnych fajerwerków.
Bryton Rider S500 to urządzenie, które od pierwszego uruchomienia komunikuje jedno: mapa jest tu, jedź tam, gdzie chcesz. Bez stylistycznych fajerwerków, za to z solidnym zestawem funkcji, które w praktyce po prostu działają. Jako osoba, która sprzęt rowerowy ocenia przede wszystkim przez pryzmat drogi, a nie cyferek, szybko doceniłem jego podejście do nawigacji.
S500 to rozwiązanie dla tych, którzy szukają przede wszystkim pewnego prowadzenia w terenie. Może brakuje mu bardzo dużego wyświetlacza czy rozbudowanych podglądów danych, ale w zamian oferuje to, co dla mnie najważniejsze – spokój na trasie. W praktyce oznacza to, że mogę jechać tam, gdzie chcę, i mieć pewność, że zaplanowana droga wciąż jest przede mną.
Bryton nie zawiódł mnie ani na krótkich wypadach, ani podczas kilkudniowych wypraw bikepackingowych. Sprawdził się zarówno w Polsce, jak i za granicą – w Chorwacji, Czarnogórze oraz we Włoszech. Mapy można łatwo dograć w zależności od potrzeb, a pliki GPX wczytywane są szybko i intuicyjnie. Urządzenie nigdy nie zgubiło trasy, bateria oferuje wystarczający zapas energii nawet przy połączeniu Bluetooth z telefonem, a kompatybilność z tylną lampką Bryton Gardia 300L (radar) dodatkowo zwiększa bezpieczeństwo. Całość zamknięta jest w minimalistycznej, odpornej na deszcz obudowie.
Używam tej nawigacji od ponad trzech lat. Choć trudno mi jednoznacznie ocenić aktualną kondycję baterii, nadal nie wymaga ona doładowywania podczas całodniowych przejazdów. W większości korzystałem z niej w temperaturach powyżej zera, jednak także przy –5°C działała bez zarzutu. Regularne aktualizacje oprogramowania dodatkowo poprawiają stabilność i funkcjonalność urządzenia.
Podsumowując jednym zdaniem: na mecie zawodów gravelowych jeszcze ani razu nie usłyszałem, że Bryton zgubił trasę albo źle poprowadził – o innych urządzeniach słyszę to regularnie.
Wprowadzenie do serii poświęconej treningowi i przygotowaniu do startów gravelowych. Na początek odpowiemy na najważniejsze pytanie: od czego naprawdę powinien zacząć początkujący kolarz gravelowy, aby zbudować solidne fundamenty i uniknąć klasycznych błędów.
Gravel od podstaw
Gravel przyciąga wolnością, różnorodnością terenu i atmosferą przygody. Z drugiej strony potrafi brutalnie zweryfikować przygotowanie – długim dystansem, zmienną nawierzchnią i koniecznością radzenia sobie z kryzysami. Dla wielu osób pierwszy kontakt z gravelowymi zawodami kończy się pytaniem: dlaczego było aż tak ciężko?
Ten artykuł jest wprowadzeniem do serii poświęconej treningowi i przygotowaniu do startów gravelowych. Na początek odpowiemy na najważniejsze pytanie: od czego naprawdę powinien zacząć początkujący kolarz gravelowy, aby zbudować solidne fundamenty i uniknąć klasycznych błędów.
Czym naprawdę jest gravel?
Choć gravel bywa postrzegany jako „luźniejsza szosa” albo „mniej techniczne MTB”, w praktyce jest osobną dyscypliną o bardzo specyficznych wymaganiach fizycznych.
Typowy wyścig gravelowy to:
długi czas trwania – od 3 do nawet kilkudziesięciu godzin
zmienna intensywność – częste zmiany tempa wynikające z terenu,
To oznacza, że gravel nagradza nie chwilową moc, lecz umiejętność zarządzania energią, wytrzymałość i odporność na narastające zmęczenie.
Z perspektywy treningu gravel nie premiuje jednego „magicznego” parametru. Kluczowe są cztery obszary:
1.Wytrzymałość tlenowa
Wytrzymałość tlenowa to zdolność organizmu do długotrwałej pracy przy umiarkowanej intensywności, bez nadmiernego narastania zmęczenia. W gravelu to absolutna podstawa niezależnie od dystansu czy profilu trasy.
W przeciwieństwie do krótkich wyścigów szosowych lub dynamicznych startów MTB, gravel rzadko pozwala na „odpoczynek w peletonie”. Nawet gdy tempo nie jest wysokie, organizm przez wiele godzin pracuje nieprzerwanie. Brak solidnej bazy tlenowej sprawia, że:
zmęczenie pojawia się zbyt wcześnie,
trudniej utrzymać koncentrację,
każda zmiana tempa kosztuje nieproporcjonalnie dużo energii.
Dobrze rozwinięta wytrzymałość tlenowa pozwala:
jechać długo bez gwałtownych skoków tętna,
szybciej regenerować się po trudniejszych fragmentach,
zachować „rezerwy” na końcówkę wyścigu.
To właśnie dlatego w gravelu zawodnik z przeciętną mocą maksymalną, ale świetną bazą tlenową, bardzo często wygrywa z kimś, kto jest szybki… ale tylko przez godzinę.
2. Siła mięśniowa
Gravel to jazda, w której mięśnie pracują inaczej niż na idealnie gładkim asfalcie. Szuter wymusza większą siłę przy mniejszej płynności ruchu, a to stawia wysokie wymagania układowi mięśniowemu.
Bez odpowiedniej siły mięśniowej:
nogi szybciej „puchną”,
pojawia się uczucie ciężkości i braku dynamiki,
organizm szybciej przechodzi na mniej ekonomiczne źródła energii.
Siła w gravelu nie oznacza siłowni nastawionej na maksymalne ciężary. Chodzi raczej o odporność mięśni na długotrwałe obciążenie i zdolność do generowania mocy wtedy, gdy kadencja spada, a zmęczenie narasta.
3.Mocny core
Core, czyli mięśnie głębokie tułowia, pełnią w gravelu znacznie większą rolę niż wielu zawodników przypuszcza. Na nierównej nawierzchni to właśnie one odpowiadają za:
stabilną pozycję na rowerze,
efektywne przenoszenie mocy na napęd,
kontrolę nad rowerem w trudnym terenie.
Gdy core jest zmęczony lub słaby:
część energii „ucieka” zamiast napędzać rower,
pojawia się ból dolnego odcinka pleców,
spada precyzja prowadzenia roweru,
szybciej męczą się ręce i barki.
W długim wyścigu gravelowym zmęczony tułów działa jak nieszczelny układ napędowy – nawet przy dobrej formie nóg nie jesteśmy w stanie wykorzystać pełnego potencjału. Regularna praca nad core pozwala:
utrzymać stabilną pozycję przez wiele godzin,
zmniejszyć ryzyko bólu i przeciążeń,
zachować kontrolę nad rowerem do samej mety.
4.Odżywianie na trasie i trening jelita
W gravelu odżywianie nie jest dodatkiem do treningu tylko jest jego integralną częścią. Długi czas wysiłku sprawia, że błędy żywieniowe prędzej czy później zostają brutalnie ujawnione.
Brak regularnego jedzenia i picia prowadzi do:
nagłego spadku mocy,
problemów żołądkowych,
trudności z koncentracją,
kryzysu, z którego trudno się podnieść.
Kluczowe jest nie tylko co jemy, ale też jak dobrze organizm potrafi to wykorzystać. Dlatego tak ważny jest tzw. trening jelita, czyli przyzwyczajanie układu pokarmowego do:
jedzenia w trakcie wysiłku,
większej podaży węglowodanów,
picia w warunkach zmęczenia i wysokiego tętna.
Zawodnicy, którzy potrafią regularnie dostarczać energię, są w stanie:
utrzymać stabilne tempo,
lepiej reagować na ataki lub trudne fragmenty trasy,
zachować siłę i świeżość w końcówce wyścigu.
W gravelu często wygrywa nie ten, kto ma najlepsze nogi na starcie, ale ten, kto najlepiej zadbał o paliwo po drodze.
Od czego zacząć trening?
Najczęstszy błąd początkujących to zbyt szybkie wchodzenie w intensywny trening. Gravel wymaga najpierw solidnych fundamentów.
Priorytety na start:
regularność (3–5 treningów tygodniowo),
spokojna objętość, a nie „ściganie się” na każdym wyjeździe,
jeden dłuższy trening tygodniowo,
stopniowe przyzwyczajanie organizmu do czasu w siodle.
Jak powinien wyglądać tydzień?
1–3 treningi spokojne (tempo konwersacyjne),
1 trening dłuższy (na początku 2–3 h co tydzień wydłużając trening o 10min),
1-2 krótki treningi siłowe lub nastawione na prace nad kadencją
1-3 razy w tygodniu 15min ćwiczeń na wzmocnienie core
Czas trwania treningów zależy w główniej mierze od wyścigu docelowego oraz naszych możliwości czasowych. W MŚ Cycling & Dietetyka wychodzimy z założenia, że trening trzeba dopasować do życia, a nie życie do treningu.
Na tym etapie nie chodzi o maksymalną moc, tylko o budowanie tolerancji na długi wysiłek.
Czego NIE robić na początku?
Lista błędów, które regularnie powtarzają się u debiutantów:
❌ zbyt dużo intensywnych interwałów,
❌ kopiowanie planów zawodowców,
❌ ignorowanie ćwiczeń siłowych i core,
❌ startowanie w zbyt długich lub trudnych zawodach „na próbę”,
❌ brak testowania jedzenia na treningu.
Gravel nie wybacza braku cierpliwości. Forma budowana zbyt agresywnie często kończy się stagnacją lub przeciążeniem!
Jeśli chciałbyś/ chciałabyś przygotować się z naszą pomocą do zawodów zapraszamy do kontaktu. Oferujemy darmowy 7 dniowy okres próbny, abyś mógł/ mogła zobaczyć jak wyglądają u nas treningi.
Partner merytoryczny cyklu artykułów.
Skontaktować możesz się z nami pisząc maila : mscycling1@gmail.com, dzwoniąc pod numer 663388570 lub przez formularz kontaktowy na stronie www.mscycling.pl
Znajdziesz nas również na Facebooku MŚ Cycling & Dietetyka lub na Instagramie.
Cykl artykułów podzielony na 12 części, co 2 miesiące publikujemy 2 części.
Droga, która zmienia wszystko
Zrozum trasę
Plan treningowy – siła i wytrwałość w praktyce
Sprzęt – nie może cię zawieźć
I. DROGA, KTÓRA ZMIENIA WSZYSTKO.
Pierwsze ultra to więcej niż wyścig – to osobista opowieść o granicach, które przesuwasz własną siłą. Jadąc trasą zawodów, odkryjesz, że kilometr to nie tylko liczba, ale emocja, pot i zachwyt. Na starcie poczujesz niepewność, ale już po kilku kilometrach wciągnie Cię magia przygody.
Nie porównuj się z innymi – każdy jedzie swoją historię. W ultra nie chodzi o prędkość, lecz o konsekwencję. Nawet gdy przyjdzie kryzys, on też jest częścią tej drogi. Pamiętaj, że każdy finisz jest zwycięstwem. Po 130 km zrozumiesz, że możesz więcej. Po 320 km – że możesz wszystko. A największym ograniczeniem jest głowa, którą musisz odpowiednio przygotować do drogi.
Jedź swoim tempem lub zbliżonym. Jazda mocniejsza szybko zweryfikuje Twoje przygotowanie i wyjedżenie. Może się okazać, że naciągając tempo szybko stracisz siły na dalszą część drogi. Nie szarp się, staraj się jechać równym tempem.
Dla wielu uczestników dystans 120 km lub 330 km to nie tylko sportowe wyzwanie, ale moment, w którym zaczyna się prawdziwe poznawanie siebie.
Ultra to nie trasa – to doświadczenie. Każdy podjazd, każdy odcinek szutru i każda chwila ciszy w lesie stają się częścią Twojej osobistej historii. Z każdym obrotem korby rośnie w Tobie przekonanie, że granice istnieją tylko w głowie, a siła, której szukałeś, od początku była w Tobie.
Pierwsze ultra uczy pokory i cierpliwości. Na początku jedziesz z energią i entuzjazmem, później pojawia się zmęczenie, zwątpienie, może nawet złość. Ale to właśnie wtedy, gdy wszystko staje się trudne, zaczyna się prawdziwe ultra. Nagle zauważasz, że zamiast patrzeć na licznik, patrzysz na krajobraz. Słyszysz wiatr w koronach drzew, czujesz zapach lasu, widzisz promienie słońca przemykające przez liście. Każda droga wynagradza wysiłek – szutry, lasy, doliny i pagórki mają w sobie coś magicznego.
Nie musisz być zawodowcem, by przeżyć coś wielkiego. Wystarczy odwaga, by stanąć na starcie i powiedzieć sobie: jadę, spróbuję, zobaczę, co potrafię. Każdy, kto kończy swoje pierwsze ultra, wie, że to nie tylko kwestia nóg, ale serca i charakteru. To chwile, gdy liczysz już nie kilometry, lecz emocje.
A gdy przekroczysz linię mety – zmęczony, ubłocony, ale z uśmiechem – poczujesz, że stało się coś niezwykłego. Bo pierwsze ultra to moment, w którym zrozumiesz, że można być silniejszym, spokojniejszym i bardziej sobą. To historia, do której zawsze będziesz chciał wracać. Bo kto raz poczuje ducha zawodów ultra, ten już zawsze będzie chciał więcej. Jedni dla atmosfery, drudzy dla towarzystwa, inni dla wyzwania a kolejni dla euforii na mecie — wszyscy dla czegoś, czego nie da się porównać z niczym innym.
Nie porównuj się z innymi.
Jedź swoim tempem.
Trzymaj stałą prędkość.
IIZROZUM TRASĘ.
Każda kraina ma swój indywidualny charakter. Trasa Ultra prowadzi przez miejsca, które zachwycają i zaskakują zmiennością. Będą odcinki, gdzie wpadniesz w rytm i zapomnisz o świecie, ale też takie, gdzie każdy metr będzie walką. Warto zapoznać się wcześniej z profilem trasy i kluczowymi punktami. Przeanalizuj podjazdy, zjazdy i możliwe miejsca na odpoczynek. Dystans 130 km to już solidne wyzwanie, a 320 km wymaga planowania i pokory wobec terenu. Natura potrafi być łagodna o świcie, bezlitosna w południe a mordercza w nocy. Znajomość trasy da Ci spokój i pewność na starcie.
Najczęściej dokładna trasa jest przesłana przez organizatora na 10-14 dni przed startem. To jest wystarczający czas na zapoznanie się z nią i przygotowaniem istotnych punktów takich jak: uzupełnienie zapasów, odpoczynek, bardziej obfity posiłek, ewentualne miejsce noclegu, oficjalny Pit-Stop …
Trasy zawodów to nie tylko miejsce na mapie – to żywioł, który potrafi oczarować i wystawić na próbę w tym samym momencie. Falujące wzgórza, szutrowe dukty i drogi pachnące żywicą tworzą scenerię, w której każdy zakręt skrywa nową historię. Trasa Ultra nie jest przewidywalna – zmienia się jak pogoda nad Bugiem. Raz gładka i szybka, pozwala złapać rytm, innym razem zamienia się w labirynt ziemi, kamieni i podjazdów, które każą sięgnąć po każdą cząstkę determinacji. To właśnie ta zmienność sprawia, że poznajesz drogę naprawdę – nie z przewodnika, ale z perspektywy własnych kół.
Na krótkich dystansach 80-120 km odkryjesz, jak różnorodna potrafi być trasa. To nie tylko przejażdżka, ale intensywna lekcja pokory wobec terenu. Gdy wpadniesz w rytm, poczujesz wolność – wiatr na twarzy, dźwięk opon na szutrze, ciszę lasu przerywaną tylko biciem własnego serca. Ale przyjdą też chwile, gdy ukaże się surowsze oblicze: teren, wzniesienia i wiatr, który zdaje się wiać zawsze w twarz. I wtedy właśnie zaczyna się prawdziwe ultra – wtedy decyduje nie siła nóg, lecz hart ducha. Dystans ponad 300 km to już osobna opowieść. To wyzwanie, które wymaga planowania, szacunku do trasy i mądrego zarządzania siłami. Tu nie chodzi o tempo, ale o wytrwałość – o umiejętność dostrzeżenia piękna w każdym trudnym kilometrze. Na długich prostych nauczy Cię cierpliwości, a na podjazdach – determinacji. 300 km potrafi być bezlitosne, ale też niezwykle nagradzające: nagle zza zakrętu otwiera się widok, który sprawia, że zapominasz o zmęczeniu i po prostu jedziesz dalej, bo chcesz zobaczyć, co czeka za kolejnym wzgórzem.
Zrozumienie trasy to coś więcej niż znajomość mapy – to wejście w dialog z naturą i samym sobą. Każdy, kto ją przejedzie, wie, że drogi zawodów nie daje się pokonać siłą – można ją tylko przeżyć. I właśnie to doświadczenie zostaje w pamięci na długo po tym, jak opadnie kurz z ostatnich kilometrów.
Przeanalizuj trasę.
Wyznacz punkty na odpoczynek.
Przeczytaj uważnie racebook.
III. Plan treningowy – siła i wytrwałość w praktyce
Trening do ultra to proces, nie sprint. Buduj bazę wytrzymałościową stopniowo – zwiększaj dystanse, ale daj ciału czas na regenerację. Minimum trzy miesiące przygotowań to rozsądny czas dla dystansu 130 km, a pół roku dla 320 km. Włącz jazdy na zmęczeniu, długie wyjazdy weekendowe i krótkie treningi intensywne. Naucz się jeździć w różnej pogodzie, bo Roztocze lubi zaskoczyć. Nie zapominaj o sile – podjazdy wymagają nóg i serca, które nie pęka. Dodaj ćwiczenia ogólnorozwojowe: core, przysiady, rozciąganie. Słuchaj organizmu – przemęczenie to wróg, nie odznaka bohatera. Systematyczność jest Twoją najlepszą bronią.
Staraj się co jakiś czas trenować w terenie, Roztocze to nie gładkie asfalty ale również leśne i polne ścieżki, czasem równe a czasem z korzeniami i nierównościami gleby. Czasem będzie miękko a czasem kamieniście. Musisz być na to gotowy. Inaczej ciało zachowuje się podczas jazdy po równym inaczej kiedy podskakuje i musi amortyzować nierówności terenu. Pracują plecy, nadgarstki, przedramiona.
Trening do pierwszego ultra to podróż, a nie pośpiech. To proces, w którym z tygodnia na tydzień uczysz się nie tylko jeździć dalej, ale przede wszystkim rozumieć własne ciało i głowę. Ultra Race Roztocze to nie sprint ani klasyczny maraton – to wyzwanie, które wymaga cierpliwości, konsekwencji i pokory wobec czasu. Tu nie wygrywa ten, kto jedzie najszybciej, ale ten, kto potrafi przetrwać, utrzymać rytm i zachować w sobie pasję, nawet gdy nogi odmawiają posłuszeństwa.
Pierwszy krok to zbudowanie bazy wytrzymałościowej. Jeśli przygotowujesz się do dystansu 120 km, trzy miesiące solidnych treningów wystarczą, by Twoje ciało i głowa oswoiły się z długim wysiłkiem. Dla dystansu 330 km potrzebujesz przynajmniej pół roku regularnych przygotowań – to czas, by nie tylko zwiększyć moc, ale też nauczyć się słuchać organizmu, reagować na zmęczenie i rozumieć jego potrzeby. Nie chodzi o to, by codziennie dawać z siebie wszystko. W ultra liczy się równowaga – tyle samo znaczą mocne jednostki treningowe, co świadoma regeneracja.
Buduj dystans stopniowo. Zacznij od krótszych tras, ale jeździj często. Co tydzień dodawaj kilka, kilkanaście kilometrów, ucząc się, jak reaguje Twój organizm na dłuższy wysiłek. Kluczem jest systematyczność – regularność buduje formę, a nie jednorazowe „mocne” treningi. Warto też trenować w różnych warunkach: na wietrze, w deszczu, na piachu i po pagórkach, bo Roztocze nie zna litości dla tych, którzy liczą tylko na asfalt i słońce.
Nie zapominaj o treningu siłowym – mocne nogi to jedno, ale stabilne plecy, ramiona i korpus to gwarancja, że utrzymasz pozycję w siodle przez kilkanaście godzin. Wpleć więc w plan ćwiczenia z ciężarem własnego ciała, podjazdy w terenie, a także krótkie, dynamiczne interwały. W ultra nie chodzi o prędkość maksymalną, ale o umiejętność utrzymania mocy przez wiele godzin.
Równie ważna jak fizyczna siła jest odporność psychiczna.Trening ultra to w dużej mierze nauka cierpliwości i zaufania do procesu. Będą dni, kiedy nie będzie Ci się chciało, kiedy wiatr będzie za mocny, a nogi zbyt ciężkie. To właśnie te treningi – te, które wymagają wewnętrznego dialogu – budują hart ducha. Bo w ultra to głowa prowadzi ciało, nie odwrotnie.
Nie lekceważ regeneracji i snu. Po intensywnych tygodniach treningu warto zrobić lżejszy okres – ciało potrzebuje czasu, by odbudować siły. Dobrze zbilansowana dieta, sen i nawodnienie są częścią treningu równie ważną jak jazda. To właśnie dzięki nim można wracać mocniejszym po każdym wysiłku.
Im bliżej zawodów, tym ważniejsze staje się poznanie siebie w warunkach startowych. Zrób kilka dłuższych jazd w tempie, w jakim planujesz pokonać trasę, pojedź w terenie nie po asflacie. Sprawdź sprzęt, ubranie, odżywianie. Naucz się jeść i pić w czasie jazdy, bo w ultra to nie dodatki, tylko warunek przetrwania. Nie zostawiaj niczego przypadkowi – każdy detal, od ustawienia siodła po wybór rękawiczek, ma znaczenie.
Wszystko, co robisz w trakcie przygotowań, buduje nie tylko Twoją formę, ale też pewność siebie. Bo gdy staniesz na starcie Ultra Race Roztocze, nie chodzi o to, by mieć perfekcyjną kondycję. Chodzi o to, by wiedzieć, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś – że zbudowałeś w sobie siłę, która pozwoli Ci jechać dalej, kiedy inni już zwolnią. A być może to Ty będziesz dawać siłę innymi aby dojechali do upragnionej mety. Bądź gotowy na wszystko.
A gdy po wielu godzinach zobaczysz metę – może z błotem na twarzy, może ze łzami w oczach – zrozumiesz, że każdy kilometr treningu miał sens. Bo trening do ultra to nie przygotowanie do jednego dnia. To szkoła charakteru, której efekty zostają na całe życie.
Potrzebujesz wytrzymałości nie siły .
Jeździj więcej a wolniej niż szybciej a mniej.
Trenuj w różnym terenie.
IV Sprzęt – nie może cię zawieźć.
Twój rower to partner w przygodzie – zadbaj o niego jak o przyjaciela. Na Roztoczu sprawdzi się rower gravelowy lub MTB (z kołami 28/29 cali). Przed startem sprawdź napęd, hamulce, opony i zawory – najmniejszy błąd może kosztować cenny czas. Opony o szerokości 38–45 mm to złoty środek między komfortem a szybkością. Ustaw wygodną pozycję – po 10 godzinach każdy milimetr ma znaczenie. Weź zapas dętek, łyżki, multitool i pompkę. Lepiej dźwigać 100 gramów więcej niż stanąć bezradnie w lesie. Pamiętaj: niezawodność ponad lekkość. Rower przygotowany z sercem to gwarancja spokoju. Nie eksperymentuj, postaw na sprawdzone rozwiązania.
Przetestuj różne ciśnienie w oponach, ale napewno nie maksymalne. Zastanów się jak i gdzie porozkładasz ekwipunek. Sprawdź taki zestaw w praktyce na 2-3 tygodnie przed startem. Posegreguj wszystko i spakuj się na 2-3 dni przed wyjazdem na Roztocze. Sporządź wcześniej listę tego co zabierzesz.
W ultra nie ma miejsca na przypadek. Gdy stajesz na starcie Ultra Race Roztocze, wiesz, że przed Tobą setki kilometrów, w których sprzęt staje się Twoim najwierniejszym towarzyszem. Każdy detal – od opony po bidon – może zdecydować o tym, czy przejedziesz trasę z uśmiechem, czy z frustracją. W zawodach, gdzie liczy się wytrzymałość i konsekwencja, sprzęt nie powinien być źródłem stresu, lecz pewności i spokoju.
Pierwszym krokiem jest dobór roweru, który będzie współpracował z Tobą, a nie przeciwko Tobie. Na Roztoczu, gdzie asfalt przeplata się z piaskiem, szutrem, korzeniami i polnymi drogami, najlepiej sprawdza się gravel lub lekki MTB – uniwersalny, stabilny, zdolny do znoszenia kaprysów terenu. Tu nie liczy się prędkość maksymalna, ale komfort i niezawodność. Rower musi być dopasowany do Twojej sylwetki i stylu jazdy. Jeśli coś uwiera na treningu, na 300. kilometrze stanie się problemem, który odbierze Ci radość jazdy.
Opony to Twoje „buty” w tym świecie. Na Roztocze wybieraj szerokość między 38 a 45 mm – tak, by zapewniały przyczepność na piasku, ale nie spowalniały na twardych nawierzchniach. Bieżnik powinien być kompromisem między lekkością toczenia a trakcją w trudnych warunkach. I pamiętaj: ciśnienie w oponach to nie dogmat – eksperymentuj. Czasem 0,2 bara mniej znaczy o wiele więcej kontroli i pewności na zjazdach.
Równie ważny jest napęd – prosty, niezawodny i czysty. Wybieraj rozwiązania, które dobrze znasz i potrafisz obsłużyć w terenie. Ultra to nie miejsce
na eksperymenty. Warto nauczyć się podstaw serwisu: wymiany dętki, łańcucha czy regulacji przerzutki. Bo na trasie możesz być zdany tylko na siebie. A wtedy świadomość, że potrafisz poradzić sobie z drobną awarią, daje spokój, który w ultra jest na wagę złota.
Światło to nie gadżet, to bezpieczeństwo. Nawet jeśli startujesz na 120 km i planujesz ukończyć przed zachodem, Roztocze potrafi zaskoczyć – mgła, zachmurzenie, dłuższy postój. Dobre lampki przednia i tylna to obowiązek, a na dłuższy dystans 330 km – mocne oświetlenie czołowe lub kierownicowe, z zapasem baterii lub powerbankiem. Kiedy wjeżdżasz w noc, a przed Tobą tylko wąski tunel światła i szum wiatru, docenisz każdy lumen.
Nie zapominaj o odzieży i akcesoriach. Roztocze bywa kapryśne – poranki chłodne, południe gorące, wieczory wilgotne. Zasada jest prosta: ubieraj się warstwowo. Lekka kurtka przeciwdeszczowa, rękawki, buff, rękawiczki i zapas skarpet potrafią uratować dzień. Dobrze dobrana odzież nie tylko chroni, ale też buduje morale – bo komfort to energia, a energia to wytrwałość.
Na ultra liczy się też ergonomia i logistyka. Zadbaj o to, by mieć pod ręką to, czego potrzebujesz – bidony, batony, żele, narzędzia. Torebki bikepackingowe, mała podsiodłówka czy torba na ramę to sprzymierzeńcy porządku i spokoju. W 300 kilometrze każda sekunda szukania multitoola może wydawać się wiecznością. Uporządkowany sprzęt to spokojna głowa, a spokojna głowa to mocne nogi.
Nie lekceważ testów sprzętu przed zawodami. Zrób kilka dłuższych jazd na tym, co planujesz zabrać. Przetestuj ciśnienie, ustawienie siodła, wysokość kierownicy. Sprawdź, jak działa napęd po 5 godzinach w kurzu. Przetestuj, jak organizm reaguje na odżywki, jak radzisz sobie z ubieraniem się w ruchu. Każdy drobiazg, który „wychwycisz” w treningu, oszczędzi Ci frustracji na trasie.
I pamiętaj – sprzęt to tylko narzędzie. Nawet najlepszy rower nic nie znaczy bez serca do jazdy. Ale gdy połączysz dobrze przygotowany sprzęt z własnym charakterem, determinacją i spokojem – powstaje coś wyjątkowego. Na Ultra Race Roztocze sprzęt nie ma być bohaterem. Bohaterem jesteś Ty.
Bo kiedy wiatr huczy w uszach, błoto chrzęści w napędzie, a przed Tobą kolejne wzniesienie – wtedy liczy się jedno: pewność, że możesz zaufać temu, co masz pod sobą. A gdy po wielu godzinach przekroczysz linię mety, spojrzysz na swój rower i pomyślisz: „Zrobiliśmy to razem.”